Łatwość miłowania

Ludzie często mówią, że kochać Boga jest trudno. Nic bardziej mylnego. Przecież skoro każdy człowiek, w tym my sami -  jesteśmy obrazem i podobieństwem Boga – to trzeba chyba mieć serce ze skały, totalnie zamknięte na miłość jako uczucie, by nie wiedzieć, JAK pokochać Boga. Potrzeba ani razu w życiu się nie zakochać, ani razu w życiu nie odwzajemnić miłości, żadnego razu się nie zachwycić pięknem stworzenia, nigdy się szczerze nie rozradować, nigdy się nie urodzić, by nie doświadczyć miłości do Boga. Bo skoro On jest Miłością i to On jest samym naszym Życiem, - to jak można miłować chociażby siebie i swoje życie, nie miłując przy tym Jego?

Oczywiście, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że cała historia ludzkości jest potwierdzeniem tego przykrego faktu, że właśnie można kochać siebie i swoje życie bardziej, niż Boga. Można być ślepym i pozostać niewzruszonym, wpatrując się w rozpiętego na krzyżu Jezusa. Dzieje się tak w momencie, kiedy sami z siebie czynimy boga, kiedy stawiamy w centrum swego życia siebie, a nie Stworzyciela, kiedy pycha staje między nami a Odkupicielem, nie pozwalając Jemu udzielać nam jakichkolwiek łask. To jest tak proste, że aż niezwykłe – bo oto fakt pokładania w sobie nadmiernej wartości staje się śmiesznością prowadzącą do zaniku w nas samych życia; nasza wyniosłość staje się naszym upokorzeniem; nasza zawyżona samoocena stają się pułapką, z której nie ma ucieczki. To człowiek w takim stanie, chory na śmiertelną chorobę pychy mówi – kochać Boga jest trudno. Owo stwierdzenie jest najlepszym testem z możliwych, jako że ze stuprocentową skutecznością potwierdza, że mamy do czynienia z całkowicie pysznym a więc i totalnie pustym wnętrzem, które samo z siebie już nie wiele jest w stanie dać, a może tylko bez opamiętania brać.

Wystarczy jednak zdać sobie sprawę z tego, że wszelka miłość, i mądrość, i chwała, i dobroć, i piękno, i sława, - od Boga pochodzą, są wyłącznie Jego przymiotami i do Niego w pełni należą, by zrozumieć, że pycha jest wręcz niemożliwym do zrozumienia nonsensem. Kochani! Sami w sobie jesteśmy nic nie warci. Naprawdę. Skończmy z tą szalejącą w świecie psychologią „pewności siebie”. Słucham?! Ja, który tyle razy już sam samego zawiodłem – mam być pewien siebie? A niby w jaki sposób? I czego się tu ma być pewnym? I po co? Tylko po to, by kolejny raz zawodząc się na sobie samym – jeszcze głośniej krzyczeć o potrzebie bycia pewnym siebie? Na litość boską, tym krzykiem nic się nie osiągnie! Albo weźmy na tapetę tak zwaną psychologię sukcesu. Wystarczy przejść się po najbliższym cmentarzu, by uświadomić sobie, jak próżna i śmieszna jest owa psychologia z perspektywy czasu. Albo weźmy pod uwagę cały szereg zabobonów i systemów magicznego myślenia, które rzekomo mają „przyciągać do nas pozytywną energię”, „zapewniać nam dobrobyt”, „chronić przed wszelkim złem”, odstraszać od nas „wampirów energetycznych”. Naprawdę? Na dworze XXI wiek, tyle już wiemy o budowie całego Kosmosu, że głowa puchnie, a wy wciąż wolicie tańczyć szamańskie tańce wokół ogniska, wywołując deszcze?

Galopujące samoubóstwienie będzie szaleć dalej, tego jestem pewien. Ale jeszcze bardziej jestem pewien obietnic Boga co do tego, że „każdy, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 14,11). Uniżenie zaś, polegające na zwykłej akceptacji swojego miejsca w szeregu całego stworzenia i na oddaniu hołdu miłującemu nas Bogu – jest banalnie proste. Wystarczy wyjrzeć poza siebie, wystarczy wyjść poza skorupę własnego „ja”, by się prawdziwie w Bogu rozkochać. Łatwości kochania nam wszystkim życzę!

Szalom! :)