28,5 tysięcy żyć

Średnia długość życia w Polsce na ten moment wynosi niespełna 78 lat. Po przemnożeniu przez 365, daje to około 28,5 tysięcy dni w skali całego życia.


Każdy z nas jest nieco inny każdego dnia. Organizm dorośleje a potem się starzeje; nasza wiedza o otaczającym świecie najpierw szybko przyrasta, potem powiększa się znacznie wolniej; z drugiej strony z każdym dniem robimy się bogatsi o doświadczenie i mądrość, których nie mamy na początku życiowej drogi. Człowiek po przeżyciu 5 tysięcy dni nie jest tym samym człowiekiem, co po przeżyciu 20 tysięcy dni.


A co by było, jeśliby przyjąć taką perspektywę, że tak naprawdę ja to nie jestem ja jeden, tylko jestem kimś, kto składa się z takich 28,5 tysięcy „ja” – będąc każdego dnia kimś nieco innym i odmiennym względem dnia wczorajszego? Co, gdyby tak każdego dnia traktować siebie samego na nowo w tym świecie – jako kogoś, kto już bazuje na pewnej wiedzy i doświadczeniu, ale jest kimś nowym dla otoczenia? Każdego dnia rodzilibyśmy się w naszych łóżkach na nowo. I każdego wieczoru umieralibyśmy na zawsze… Co by było, gdybyśmy tak każdy jeden dzień przeżywali jako swój ostatni? I nie dlatego, że jest to jakiś zasłyszany na Facebooku truizm, tylko dlatego, że tak jest naprawdę! Przecież każdy z nas bezpowrotnie traci jednego z 28,5 tysiąca urzeczywistnień siebie samego – każdego dnia. Każdy z nas po zaśnięciu – odchodzi w niebyt, pozostając już w tej postaci w przeszłości na zawsze. Stary człowiek wieczorem umiera, by rano na nowo zrodził się nowy człowiek – nieco odmienny od poprzednika.


Wyobraźmy sobie, że mamy więc do dyspozycji 28,5 tysięcy możliwości żyć. Jest to niewątpliwie 28,5 tysięcy okazji by dawać, ale 28,5 tysięcy okazji by brać. Jak się dziś zrealizować? Jak posłużyć komuś innemu? Czego dokonać? Czego nie dokonać? Oto pytania – które całkiem zasadnie wypada postawić sobie samemu każdego poranka po przebudzeniu. Przecież ten poranek dla mnie jest w tym konkretnym dniu tylko jeden – pierwszy, a zarazem ostatni. Takim, jak dziś, jestem tylko raz na tym świecie. Zmienia to więc nieco postać rzeczy, bo ten konkretny dzień nabiera większego znaczenia, większej wartości. Z takiej perspektywy nie ma czasu do stracenia.


Ale pomyślmy przecież, że z tej samej perspektywy każda spotykana przez nas osoba – dziś jest spotykana po raz ostatni. Moja żona nie będzie jutro taką samą jak dziś. Moje dziecko jutro też będzie już kimś nieco innym. Moi rodzice, rodzeństwo, przyjaciele, znajomi, koledzy, sąsiedzi… każdy z nich dziś przeżywa swój ostatni i niepowtarzalny dzień. Z takiej perspektywy wiele słów, które normalnie mówimy sobie bez zastanowienia, jak też wiele czynów względem innych, które bezmyślnie popełniamy na co dzień, staje się po prostu niedorzeczna.


Lecz co istotne, któreś nasze urzeczywistnienie – rzeczywiście będzie ostatnim. To będzie dokładnie ta postać nas, w którym przejdziemy do wieczności. Tak strasznie pragniemy, by każdy z nas był wtedy tą siwą, pomarszczoną osobą, która jest już syta życia, po dziesiątkach tysięcy codziennych urodzeń i śmierci… Lecz nie wszyscy dostąpią tego zaszczytu. Dla niejednego nawet jeden przeżyty na tym świecie dzień – to już sukces na miarę całego życia.

Jest jeszcze jeden aspekt związany z takim patrzeniem na własne życie. Mianowicie – te 28,5 tysiąca wyjątkowych prezentów… nie są przecież naszą własnością. To nie my je sami sobie prezentujemy, i nie my decydujemy o tym, ile ich ostatecznie będzie. Możemy w pewnym stopniu decydować o sposobie ich wykorzystania, ale na pewno nie możemy dowolnie je modyfikować, zmieniać czy kształtować. Wyobraźcie teraz sobie takiego obdarowanego, co 28,5 tysiąca razy bierze ten sam prezent i ani razu nie mówi Darczyńcy „dziękuję”. Wyobraźcie sobie takiego kogoś, kto codziennie bierze ten prezent jako coś, co mu się bezwzględnie należy, i ani razu nie spojrzy na Darczyńcę jako na kogoś wartego uwagi. Czy w tym przypadku ma w ogóle znaczenie, czy prezent dostanie się 28,5 tysiąca, czy jeden, czy nieskończoną liczbę razy? Czy ukonstytuowanie takiego stanu człowieka na wieki byłoby w porządku z punktu widzenia podstawowego poczucia sprawiedliwości? Czy taki ktoś zasługuje w ogóle na to, by dalej żyć? I tutaj właśnie dotykamy sedna sprawy, jeśli chodzi o wieczność spędzoną w takim lub innym stanie ducha. Bo prawda jest taka, że zarówno 28,5 tysięcy urzeczywistnień mojego „ja” jak i jedno jedyne zaistnienie owego „ja” na wieczność – należy nie do mnie, tylko do Tego, Kto mi taką możliwość w ogóle zaoferował.


Chwała niech będzie Bogu za Jego nieskończone miłosierdzie. Nieskończona jest dobroć i chwała Pana, Który dla każdego z nas daje tak wiele, nie oczekując w zamian niczego, poza odwzajemnioną miłością. Niech każdy kolejny dzień otrzymany od Pana Boga będzie dla nas wszystkich powodem ku pełni radości.


Szalom! :)

 

P.S.: Muszę zaznaczyć, że powyższe oczywiście nie ma nic wspólnego z reinkarnacją. "Podobnie jak ludzie muszą raz umrzeć, a potem następuje sąd, tak i Chrystus jeden raz ofiarował się, aby wziąć na siebie grzechy wielu. Ukaże się po raz drugi już nie w związku z grzechem, ale dla zbawienia tych, którzy pilnie Go wyczekują" (Hebr 9:27-29). Raz się żyje, raz się umiera, po czym się doświadcza sądu Bożego. Chodziło mi tylko o to, by rozbudzić w sobie wartościowanie każdego z przezywanych dni. A nie ma lepszej na to metody, niż żyć tak, jakby ten konkretny dzień był ostatnim w naszym życiu. Tylko tyle i aż tyle :) Miłego!