COVID-19

Tym razem będzie dość przyziemnie. Za chwilę jest koniec roku 2021 i właśnie przechodzę COVID-19. Ponad dwa lata zajęło więc patogenowi rodem z odległego od nas o prawie 8 tys. km Wuhan, by w końcu zakaził też mnie. Podzielę się w związku z tym kilkoma faktami i przemyśleniami praktycznymi z pierwszej ręki – może komuś się przyda.

Drugą dawkę szczepionki dostałem w czerwcu tego roku. Gdy na początku listopada wykonywałem sobie z ciekawości test na poziom przeciwciał, miałem je na poziomie 1200 BAU/ml. Sporo czy mało – nie wiadomo, wiadomo jednak, że coś tam jednak miałem i teoretycznie organizm pewnie podjął walkę z chorobą szybciej, niż później. Zakaziłem się najprawdopodobniej od średniej córki, która z kolei zakaziła się w przedszkolu (gdzie w jej grupie było już w pewnym momencie 5 dzieci z oficjalną „pozytywką”). Po średniej córce w pierwszej kolejności chorowała pozostała trójka naszych dzieci – z symptomami od kataru, poprzez kilkugodzinny i nawracający ból gardła, zapalenie krtani, aż po niewyjaśniony, krótkotrwały ból wszystkich (!) zębów. Stany raczej podgorączkowe. Półtorej tygodnia później symptomy grypopodobne zacząłem też mieć ja, a dwa dni później też moja żona. Nam, jako dorosłym, doszedł jeszcze zanik węchu i smaku, co ma tę zaletę, że można dowoli zmieniać pieluchy najmłodszej nie ryzykując żadnych odruchów fizjologicznych :) Minusem jest to, że musimy polegać na noskach młodszych dzieci w celu wykrycia potrzeby zmiany tejże pieluchy ;)

Co do działania systemu – to myślę, że nie będzie żadną przesadą, gdy powiem, że wszystko jest oparte o indywidualną odpowiedzialność. Ja się sam chciałem przetestować, by mieć pewność i ograniczyć ewentualną transmisję na innych. Co ciekawe, gdy po tygodniu od wystąpienia u średniej córki symptomów dostałem skierowanie dla niej na test PCR,– była już negatywna, co uśpiło naszą czujność. Dlatego kontynuowałem chodzenie do pracy jeszcze przez kilka dni, teoretycznie siejąc wirusa w najgorszej fazie. Szkoda, że równocześnie z badaniami PCR nie kieruje się też ludzi na ustalenie poziomu przeciwciał, dawałoby to lepszy ogląd sytuacji. Zachęcam więc do indywidualnego badania się pod kątem przeciwciał (dzięki temu można w ogóle odpowiedzieć sobie na pytanie, czy się szczepić, czy szczepić dzieci lub czy forsować kolejną dawkę. Jeśli poziom przeciwciał będzie wysoki – to może warto sobie dać spokój ze szczepionką; natomiast gdy ich nie będzie – to może jednak warto się zaszczepić). Wracając jednak do historii – po powzięciu tej „pozytywnej” informacji o byciu pozytywnym, zostałem objęty 10-dniową izolacją domową od dnia wykonania testu. Miły kobiecy głos w automacie z warszawskiego numeru poinformował mnie równocześnie, że powinienem zgłosić innych domowników na kwarantannę poprzez Internetowe Konto Pacjenta. Wynik zgłoszenia jest taki, że kwarantanną objęto wszystkie moje dzieci o okres o siedem dni dłuższy od mojego. Natomiast żonę, jako osobę szczepioną, kwarantanną nie objęto (sic!). Generalnie system jak to system – dziurawy, jak ser szwajcarski, i logiki w nim nie za wiele. Podsumowując, nie ma co liczyć na system, a trzeba polegać na sprezentowanej przez Pana Boga roztropności. Jeśli ktoś podejrzewa u siebie lub u swoich bliskich zakażenie – warto się przebadać. Jeśli jest się pozytywnym – należy pomyśleć o skutkach bycia z innymi ludźmi i spróbować je ograniczyć. Dobre testy to podstawa do ograniczenia rozprzestrzeniania wirusa – o ile dalej to przede wszystkim obywatel ma myśleć o sobie i swoim otoczeniu. Bo państwo, niestety, wciąż myśli o nas w sposób ułomny.

Co do faktów związanych z chorobą. Otóż świadczę własnym przykładem, że podział ludzi na szczepionych i niezaszczepionych ogólnie jest przejawem segregacji sanitarnej i ma się nijak do faktów naukowych. A fakty są takie, że chorują zarówno zaszczepieni, jak i niezaszczepieni, i chorobę przenoszą zarówno ci jak i tamci. Jeśli kogoś nie przekonuje mój pojedynczy przykład – proszę bardzo naukowy dowód opublikowany w prestiżowym European Journal od Epidemiology (https://link.springer.com/article/10.1007/s10654-021-00808-7). Trzeba sobie zdawać też sprawę, że ograniczenia sanitarne na dłuższą metę pozostają bez wpływu na rozpowszechnianie się wirusa. Nie oznacza to jednak wcale, że szczepić się nie trzeba. Ryzyko śmierci na COVID-19 jest około 5-6-krotnie wyższe u ludzi niezaszczepionych, niż u szczepionych, jako że na 100.000 zaszczepionych na COVID umiera jedna osoba, a na 100.000 niezaszczepionych – 5-6. Bardzo dobre dane w tym zakresie z odpowiednim wyjaśnieniem można znaleźć tutaj: https://ourworldindata.org/covid-deaths-by-vaccination. Ale nawet nie to jest najważniejsze. Sednem walki o szczepienia tak naprawdę jest kwestia konieczności hospitalizacji, która w przypadku osób w pełni zaszczepionych jest około 10- lub nawet 20-krotnie mniejsza, niż w przypadku osób niezaszczepionych (https://www.thelancet.com/journals/lanam/article/PIIS2667-193X(21)00061-2/fulltext). Większa hospitalizacja pacjentów z COVID oznacza mniejsze zasoby służby zdrowia dostępne dla innego rodzaju pacjentów, a przecież inne choroby nigdzie się nie podziały. Statystyki GUS za 2020 r. niezbicie dowodzą, że COVID-19 ostatecznie odpowiada „tylko” za 43% nadwyżkowych zgonów w tym roku, reszta to zaniedbania w leczeniu chorób układu krążenia, cukrzycy, chorób neurologicznych, układu trawiennego itp. (https://www.gov.pl/web/zdrowie/raport-o-zgonach-w-polsce-w-2020-r). Jest to więc 38 tys. dodatkowych zgonów w skali roku, które wcale nie musiały się wydarzyć, gdyby służba zdrowia pozostała na poziomie wydolności z roku 2019. I gdybyśmy się nie poddali zmasowanej panice i lękowi.

Bo, moi drodzy, to, że mamy do czynienia z epidemią lęku, też jest faktem. W naszej rodzinie powstała w międzyczasie smutna „anegdota” o dalekich krewnych. Małżeństwo w wieku przed 50. tak było przerażone wizją zachorowania na COVID-19, że nabawili się prawdziwej obsesji i panicznego wręcz lęku przed zachorowaniem. Badali się co tydzień, permanentnie dezynfekowali ręce, wszędzie chodzili tylko w maseczkach w standardzie co najmniej FFP3 itd., ani na milimetr nie odstępując od oficjalnych wytycznych i ograniczeń. Ostatecznie kiedy test wyszedł u nich pozytywnie – choć nie mieli jeszcze żadnych symptomów! – stwierdzili, że oto nadszedł już ich koniec. Najpierw wszyscy bliscy ich wyśmiali, ale rzeczywiście trzy tygodnie później już musieli się wybierać do nich na pogrzeb. Morał tej historii jak najbardziej bazuje na ustaleniach nauki: wydzielane do krwioobiegu w wyniku długotrwałego strachu kortyzol oraz inne podobne związki dramatycznie obniżają zdolności obronne naszych organizmów (https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1361287/). Długotrwały stres prowadzi do zahamowania odpowiedzi proliferacyjnej limfocytów i generalnie osłabia odpowiedź immunologiczną na wszelkich możliwych poziomach. Stany lękowe związane z aktualnie trwającą pandemią naprawdę więc zabijają, trzeba sobie zdawać z tego sprawę. Choćby po to, by ten strach – wciąż rozsiewany przez media, na konferencjach prasowych polityków i przez już zastraszonych współobywateli – nie był podstawowym motywatorem do życia. Życie w strachu w zasadzie przestaje takowym być i przeradza się w parodię samego siebie. A w dodatku taki strach – sam w sobie stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo dla swego nosiciela. Przestańmy się więc w końcu bać!

Jak ktoś mi w tym momencie mówi, że „bzdury opowiadam, bo oto wystarczy się przejść na oddział covidowy i zobaczyć, jak umierają ludzie, albo poobserwować sobie jak chorują duszące się dzieci” – to ja odpowiem – owszem, umierają, chorują, mają duszności. Nikt przecież temu nie zaprzecza! Ale jeśli ktoś do pandemii żył w błogiej nieświadomości możliwości swojej własnej śmierci czy śmierci bliskich, a dopiero teraz zaczął się jej autentycznie obawiać, to ja mam jednak pytanie – czy oby na pewno rozmawiam z dojrzałym człowiekiem? Ludzie, czas już dojrzeć i otrząsnąć się z letargu! SARS-CoV-2 jest z nami już na zawsze – i podobnie jak inne choróbska i wszelkiej maści podłe zdarzenia, będzie przyczyną zgonów w kolejnych miesiącach i latach. Sam nie wiem, ile mi jeszcze jest pisane, czy za chwilę nie dostanę komplikacji w postaci obustronnego zapalenia płuc, albo zatoru tętnicy albo udaru, albo czegoś w ten deseń. Albo czy nie spotka to mojej żony, albo innej bliskiej mi osoby. No to trudno. Czyż ja na to mam jakiś większy wpływ? Czyż ja muszę naprawdę uważać siebie za pana życia i śmierci, by nagle mieć poczucie panicznego strachu przed nadejściem tego, co nieuchronne? Jaki miałby być cel takiej postawy? Co mi po tym, że sam zacznę trząść portkami, albo zarażę tym strachem kolejną osobę? Czy to naprawdę w czymś pomoże? Nie ja decydowałem o rozpoczęciu mojego życia i nie ja decyduję o jego zakończeniu. Dlatego dziękuję Bogu za dar życia – i staram się jak mogę przeżywać go godnie. Tylko tyle i aż tyle.

O tym, jak w takim razie dalej żyć i jaka rzeczywistość czeka nas w rzeczywistości pocovidowej – napiszę następnym razem. Będzie już więc bardziej syntetycznie i teologicznie, jak zwykle :) A tym czasem apeluję po raz któryś – nie żyjmy w strachu! Życie jest czymś znacznie więcej niż kolejna napotkana w jego trakcie choroba, i o ileż dużo większe od strachu przed nią! Dla wciąż wątpiących mam też wiadomość: tak naprawdę to życie nigdy się nie kończy :) Dlatego na sam koniec życzę wszystkim roztropności, mądrości, pokoju ducha i właściwego dystansu do wszelkich przyziemnych spraw, z chorobami włącznie.

Szalom!

P.S.: Dla tych, co zachorowali lub dopiero mogą zachorować – gdy już symptomy wystąpią, trzeba postępować podobnie jak w przypadku grypy i przeziębienia, czyli: dużo pić, nie przeciążać organizmu, wysypiać się, zażywać witaminę C. Dodatkowo zadbajcie o pulsoksymetr zawczasu – jest to ważne a niedrogie urządzenie do monitorowania saturacji (nasycenia tlenem) krwi, które pozwala zawczasu zobaczyć, że jednak „poszło w płuca”, bo to przecież najgorsza wieść przy tej chorobie. I zbijajcie jednak gorączkę, nie słuchajcie szarlatanów o tym, że organizm sam musi zwalczyć infekcję. Powikłanie z płucami wynika najczęściej z tak zwanej burzy cytokinowej, która jest – obrazowo rzecz ujmując – nadmierną odpowiedzią organizmu na nieznany patogen, polegającą na nadmiernej produkcji cytokin, które nakierowują siły obronne organizmu na walkę z infekcją – po czym dochodzi do uszkodzenia tkanek płuc. A że cytokiny produkowane są m.in. w dużych ilościach przy wysokiej temperaturze ciała – to monitorowanie temperatury też ma ważne znaczenie.

P.P.S.: bez względu na przebieg choroby, pozostawajcie w kontakcie z lekarzem i nie zajmujcie się samoleczeniem. Aktualnie już opracowano dość rozległe protokoły leczenia – więc najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, to zgłosić się do lekarza zbyt późno. Lepiej jednak korzystać z już wypracowanej wiedzy, niż samemu na sobie przeprowadzać eksperymenty medyczne :)