Czy większość ludzi idzie do piekła?

Po wrzuconym na YouTube fragmencie wypowiedzi ks. Dominika Chmielewskiego zatytułowanego „Większość ludzi idzie do piekła”, przetoczyła się po forach katolickich prawdziwa burza. Po zwróceniu na ten fragment uwagi Tomasza Terlikowskiego, który wręcz stwierdził, że jest to nauka „niebiblijna” i „wołająca o pomstę do Nieba”, sporo ludzi się oburzało, że jak tak można mówić, że Bóg przecież jest miłosierny i nie chce śmierci grzeszników, że jest to straszenie piekłem, że to jest teologia lękowa i tak dalej. Niektórzy mówili, że nie będą komentować tego fragmentu, bo przecież nie słyszano całej konferencji; a jeszcze inni znowu przyczepili się, że to przecież przede wszystkim jest nauka głoszona w oparciu o prywatne objawienie, co jest ogólnie niedopuszczalne z punktu widzenia teologii i praktyki duszpasterskiej. I co istotne, prawie nikt nie odnosił się do sedna wypowiedzi. No to większość ludzi faktycznie idzie do piekła, czy też nie? Jest to zdanie prawdziwe czy fałszywe?

 

Najlepiej będzie, jeśli zadamy to pytanie Samemu Mistrzowi z Nazaretu. I choć On nigdy nie podaje dokładnej wartości wyrażonej w procentach, to jednak kilka z Jego wypowiedzi na ten temat wnoszą całkowitą jasność w sprawie:

- „(13) Wchodźcie przez wąską bramę, bo szeroka brama i szeroka droga prowadzą na zatracenie i wielu tędy idzie. (14) A jakże ciasna jest brama i jak wąska droga, która prowadzi do życia! I niewielu ją odkrywa!” (Mt 7, 13-14).

- „Bo wielu jest wezwanych, lecz mało wybranych.” (Mt 22,14).

- „(23) Zapytał Go ktoś: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? (24) Starajcie się usilnie wejść przez ciasną bramę, bo - mówię wam - wielu będzie chciało wejść, ale nie zdoła.” (Łk 13, 23-24).

 

Co by kto nie mówił, ale słowa „niewielu”, „mało” i „nieliczni” ewidentnie wskazują na istotnie mniejszą liczbę od „wielu”. Z tego też względu powinniśmy przyznać ks. Chmielewskiemu całkowitą rację: również na podstawie słów Samego Jezusa Chrystusa wiemy, że większość ludzi idzie do piekła.

 

Jednakowoż jako że mnie samego żywo interesuje, czy znajdę się w grupie „wielu”, czy jednak „nielicznych” – warto nieco zgłębić temat. Zgodnie z szacunkami Population Reference Bureau, dotychczas na Ziemi urodziło się ponad 108 miliardów ludzi. Ponad 100 miliardów z nich już odeszło do wieczności. Ilu z nich było niesprawiedliwych? Ilu rozpustników, bałwochwalców i cudzołożników, ludzi nie umiejących się oprzeć rozkoszom i mężczyzn współżyjących ze sobą, złodziei, chciwców oraz pijaków, oszczerców i rabusi? (1 Kor 6, 9-10). Już wiemy, że wielu. Większość ze 100 miliardów ludzi, stąpających historycznie po tej ziemi, już jest w piekle. A co z tymi niespełna 8 miliardami, którzy wciąż żyją? Dla nas, wciąż żyjących, wciąż pozostaje nadzieja.

 

Jednak zobaczmy, jak się sprawy mają z nami. Zgodnie z badaniami World Values Survey, za aktywnych członków swojego wyznania uważa się 20% mieszkańców świata, a swoją religię regularnie praktykuje (uczęszczając na służby religijne raz w tygodni lub częściej) 24% mieszkańców globu. Wychowanie ku wierze dla swoich dzieci uznaje za ważne tylko 28% respondentów – podczas gdy ponad 70% w ogóle o tym nie wspomina. Nawet te ogólne statystyki niezbicie dowodzą, że naprawdę niewielu z aktualnie żyjących stawia Boga na pierwszym miejscu w swoim życiu.

 

Żeby tego „straszenia” faktami było mało, tak samo od Samego Jezusa dowiadujemy się, że „Nie każdy, kto mówi do Mnie: Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebieskiego, ale ten, kto spełnia wolę mego Ojca, który jest w niebie.” (Mt 7, 21). Samego powiedzenia, że jesteśmy osobami wierzącymi nie wystarczy. Jaka więc część z tych 20-kilku procent współcześnie żyjących rzeczywiście znajdzie tę wąską drogą prowadzącą ku życiu wiecznemu?

 

Równocześnie jest wielce symptomatycznym, że tak wielu, - również wśród tych, co uważają się za wierzących, - obrusza się na słowa księdza Chmielewskiego. Nie stawianie Boga w centrum własnego życia i brak miłości do Boga i bliźniego jako najważniejszego napędu w codziennym funkcjonowaniu tak naprawdę już oznaczają, że współczesny człowiek sam siebie wykluczył z komunii z Bogiem. Sami sobie przez to zgotowaliśmy piekło już nawet tutaj, na Ziemi, gdzie być może brak Boga jeszcze nie doskwiera na co dzień aż tak, jak będzie to czynił w wieczności, ale już jest powodem do wzajemnej nienawiści, wojen, prześladowań, zawiści, przeklinania, smutku, kradzieży, chamstwa, gwałtów, morderstw, znęcania się, agresji, pożądliwości… Przecież nie trzeba być prorokiem, być widzieć jasno, że wszelkie humanizmy, modernizmy, komunizmy, liberalizmy, kapitalizmy, nacjonalizmy oraz inne „-izmy”, - w oderwaniu od Boga zwyczajnie nie działają. Nie trzeba być jasnowidzem, by rozumieć, że bezbożne życie ludzkości zamienia powierzoną nam planetę w piekło już nawet tu i teraz. To dlaczego kogokolwiek oburza stwierdzenie tych oczywistości? Czy nazywanie rzeczy po imieniu aż tak przeszkadza naszym zakłamanym sumieniom, że nie możemy tego znieść? Czy gdyby Jezus właśnie w tym momencie przybył na Ziemię i powtórzył swoje słowa sprzed 2 tysięcy lat – też byśmy się obruszali na Niego, że jak tak można mówić, że to straszenie ludzi piekłem, że to „teologia lęku”?..

 

Jestem przekonany, że gdy na końcu naszej życiowej drogi każdy z nas spojrzy Jezusowi w Jego święte oczy, to zrozumie w okamgnieniu, że wszystko, co wyrastało z naszego egoizmu zwyczajnie nie ma racji bytu. Pojmiemy wtedy, że wszystkie te mgliste odruchy w sercu będące powodem „słusznego obruszania się” i „świętego gniewu”, które tak naprawdę pojawiają się w obronie naszego kłamliwego, własnego wyobrażenia na temat tego, jakim jest Bóg; na temat tego, co jest świętością i co faktycznie należy bronić i pielęgnować – że to wszystko stanie się dla nas samych nie do przyjęcia. Zwyczajnie zrozumiemy, że obrażanie się na rzeczywistość, tak samo jak i nieprzyjęcie Prawdy – jest głęboko niesprawiedliwe samo w sobie. Wstyd nam będzie za własną słabość, ślepotę, zapatrzenie w siebie. Wstyd nam będzie, że modliliśmy się tylko o siebie, o własny dobrobyt, że uważaliśmy za najważniejszym nasze życie. Zrozumiemy, że powinno nas było obchodzić przede wszystkim dobro i życie Boga, a nie nasze własne, bo tylko Jego dobro i Jego życie – są prawdziwie moim dobrem i moim życiem. Zrozumiemy, że powinniśmy się byli przejmować tym, jak się w trakcie naszej modlitwy czuje Bóg, a nie jak czujemy się my. Nawet przez myśl nam wtedy nie przyjdzie by wyrzucać Bogu argumenty w stylu: „to dlaczego Bóg nas takimi stworzył?”, „dlaczego dopuścił do tego, byśmy tacy byli?”, „po co Jemu ta chwała i wieczne śpiewki ku Jego czci w Niebie?”. Zrozumiemy, że to wszystko, czego nie pojmowaliśmy i uważaliśmy za śmieszność; że przestarzała bigoteria babci w moherowym berecie; że te kiczowate i wyśmiewane wyrazy czci, składanej Bogu przez ludzi prostych – że to wszystko jest prostą, lekką i prawdziwą ścieżką, która rzeczywiście pozwoliła tylko nielicznym odnaleźć źródło wiecznego życia. Ale dla większości z nas będzie już za późno.

 

Oczywiście, mam nadzieję, że w tym gronie żałujących swoich złych wyborów nie znajdzie się ani ja, ani nikt z moich bliźnich, ani Ty – drogi czytelniku czy droga czytelniczko. Ale równocześnie zdaję sobie sprawę, że w rzeczywistości może być zgoła inaczej. Nie obraża mnie to, ani nie oburza – w końcu jestem tylko stworzeniem, i to w dość opłakanym stanie. Kim że jestem by decydować o tym, jak być powinno? Ufam mojemu Wybawicielowi, staram się nieustannie zmieniać moje myślenie, nawracać się ku Bogu. Wierzę, że wszystko będzie dobrze, bo Boga stawiam na pierwszym miejscu w moim życiu. Równocześnie jestem pewien, że miłość do Boga, nadzieja na Jego wybawienie i żywa, przepełniona uczynkami wiara w Jego Objawienie każdego przyjmującego tę prostą a jakże bogatą treść uratuje. I właśnie ta świadomość daje mi siły, radość i pokój w sercu już tu i teraz. Czego też wszystkim z całego serca życzę.

 

Szalom! :)