Dwa rodzaje miłości

Drodzy, polecam Wam do zapoznania się dwa skrajnie przeciwstawne artykuły, które doskonale ilustrują różnice światopoglądowe w trwającej dyskusji o aborcji w Polsce:

1.     https://stacja7.pl/rozmowy/to-nie-ja-wyznaczylam-granice-zycia-mojej-corki-rozmowa/

2.     https://www.facebook.com/hanna.frydrych.5/posts/10158117378353853


Świadectwo versus świadectwo… Co mnie uderzyło w tych obu świadectwach w przypadku zmierzenia się z bardzo podobną tragedią – to kompletnie inne rozumienie, czym jest miłość. Pozwólcie, że to rozwinę.

 

Otóż w wersji, nazwijmy ją - pro-choice, - miłość rozumiana jest jako ograniczenie cierpienia - dziecka i swojego. Kluczowymi w tym artykule są według mnie zdania opisujące intencję towarzyszącą decyzji o aborcji: „Pomyślałam, że chcę TERAZ przejąć odpowiedzialność za moje dziecko. Chce wybrać drogę, na której według mnie będzie mniej cierpiało niż jakby było starsze i bardziej rozwinięte. I chcę też chronić moją psychikę, moje "wewnętrznej dziecko".”.

 

Z kolei w wersji, nazwijmy ją - pro-life, - miłość definiowana jest jako bycie z innym maksymalnie długo jak się da i danie jemu wszystkiego, co się da. Ilustracją tutaj mogą być choćby takie zdania: „Dla mnie to było trwanie przy dziecku do końca. Ten koniec przyszedł, kiedy miał przyjść – to nie ja go wyznaczyłam, nie przesunęłam tej granicy. […] Mam poczucie, że daliśmy jej wszystko – wszystko, co mogliśmy jej dać, wszystko, co ona mogła przyjąć.”.

 

To są dwa absolutnie różne podejścia do miłości. Obie postawy dość mocno różnicuje jedno: w pierwszym przypadku stawiamy w centrum przede wszystkim siebie. Patrzymy na świat głównie ze swojej perspektywy: to JA podejmuję za kogoś decyzję o życiu lub śmierci, i to JA jestem w tym procesie najważniejszy. Przez to też cierpienie staje się ważniejsze od życia: robimy wszystko, by cierpienie ograniczyć, aż po wcześniejsze zakończenie czyjegoś życia włącznie. W drugim przypadku w centrum stawiamy przede wszystkim inną osobę. Patrzymy wtedy na świat oczyma tej osoby: to JEJ życie decyduje o sposobie mojego postępowania, i to ONA jest w tym procesie najważniejsza. Przez to życie drugiego wciąż jest ważniejsze od jego cierpienia: robimy wszystko, by to życie przedłużyć, nawet kosztem zgody na występujące przy tym cierpienie.

 

A zatem, dyskusja sprowadza się do odpowiedzi na pytanie co jest ważniejsze – życie czy cierpienie? Nic dziwnego, że we wszystkich krajach legalizujących aborcję, w dość krótkim czasie pojawia się też legalizacja eutanazji. Bo skoro miłość jest rozumiana jako unikanie cierpienia – to pomiędzy aborcją eugeniczną a eutanazją nie ma żadnej różnicy. W obu przypadkach jesteśmy „miłosierni”, skracając komuś życie. Natomiast głęboko wierzę, że życie wciąż jest ważniejsze od cierpienia. Jeśli, bowiem, życie ma polegać tylko na tym, że nie ma w nim cierpienia – to może zabrzmi to dziwnie, ale wtedy nie widzę w nim żadnej wartości.

 

Pewnie ktoś się obruszy i powie – no jak to? Co to za bzdury? Odpowiem wtedy – że cierpienie towarzyszy życiu od początku. W bólu się rodzimy – przecież dziecko przychodząc na świat nie krzyczy bynajmniej z radości. Niemowlak męczy się leżąc na brzuszku i unosząc głowę – choć jest to ćwiczenie niezbędne, by wzmocnić mięśnie jego szyi. Dziecko doświadcza mnóstwa cierpienia upadając przy nauce chodzenia. Cierpimy przy nauce – bo potrzeba jest jednak wysiłku, by coś pożytecznego do tych naszych głów włożyć. Cierpimy uprawiając sport – ćwiczenia fizyczne sprężone są z bólem w sposób bezpośredni. Cierpimy chodząc do pracy – by coś pożytecznego wypracować. Wreszcie cierpimy też chorując – bo owo cierpienie i ból są najczęściej oznaką właśnie podjętej przez organizm walki, zmagania się z jakimś stanem, który tę chorobę wywołuje. Ogólnie jakikolwiek ruch do przodu, przejście etapu życia do czegoś bardziej wartościowego – sprężone jest z wykonywaniem pracy, która z definicji jest sprężona z cierpieniem. Czy taki stan wyklucza radość? Absolutnie nie – wręcz przeciwnie – każdy sukces i rozszerzenie dobra w takim przypadku przekłada się na wzmożone poczucie zadowolenia i radości. Po prostu tak już na tym świecie jest, że przebywanie w strefie komfortu – zwykle nie przynosi żadnych efektów i oznacza stagnację, brak postępu. Gdyby człowiek myślał przede wszystkim o ograniczeniu własnego cierpienia – to nigdy nie stanąłby na Księżycu.

 

Dlatego na przykładzie tych dwóch artykułów uważam, że życie jest czymś więcej, niż towarzyszące jemu od początku cierpienie. A miłość – polegająca na dawaniu siebie temu drugiemu do końca – jest czymś znacznie bardziej pożytecznym, niż miłość rozumiana jako ograniczenie cierpienia za wszelki koszt. Bo w istocie ten drugi rodzaj miłości – jest zaprzeczeniem życia u samych podstaw, z definicji.