Ekonomicznie o Epidemii

Dziś będzie dłużej, bo o zbyt ważnym i skomplikowanym. Tak więc już na wstępie gratuluję tym, którzy wytrwają do końca

Potrzeba napisania tych przemyśleń z ostatnich kilku tygodni bierze się tak naprawdę z rozmów z Wami – moimi przyjaciółmi i znajomymi. Pytacie się mnie, jako ekonomisty – jak ja to widzę? Widzę, jak dosłownie z dnia na dzień rośnie strach, poczucie niepewności o przyszłość, sceptyczność co do podejmowanych decyzji przełożonych lub rządzących, zniechęcenie i niedowierzanie. Maleje poziom zaufania w społeczeństwie. Rosną nastroje protestu wśród przedsiębiorców, rozżalenie i strach wśród pracowników medycznych, frustracja pracowników, wciąż dzielnie dbających o nasz byt w czasach, kiedy społeczeństwo dzieli się już na tych, których w ogóle stać na pracę z domu i akcje śpiewania na balkonach, a tych, którzy nie mogą sobie na ten luksus pozwolić. Zaczęła swój ruch i lawina rozżalenia tych, którzy nagle, z dnia na dzień, utracili swój względny dobrobyt i pracę, pozostawieni samym sobie na oceanie obojętności, z rozrzuconymi po nim miliardami wysepek, wznoszącymi się jeszcze po inercji na dotychczasowym zatrudnieniu, na ewentualnie zgromadzonych oszczędnościach i zapasach papieru toaletowego, - a więc na jakiejś namiastce dnia wczorajszego. Jako społeczeństwo nagle rozpadliśmy się na atomy – i każdy sobie radzi z tym jak potrafi najlepiej, ale w pojedynkę.

To wszystko przekłada się na poczucie konieczności znalezienia winnego, wyładowania frustracji i gniewu, które to uczucie – jak widzę – rośnie w tempie wykładniczym prawie się pokrywając z wykresem globalnego poziomu zachorowań na COVID-19. Jeszcze jesteśmy w szoku, ale powoli się przyzwyczajamy do codzienności i zaczynamy pytać – ile to jeszcze ma potrwać? Dlaczego już nie można biegać w pojedynkę w szczerym polu? Dlaczego 17-latek nie ma prawa sam pójść do sklepu na zakupy by pomóc swojej samotnej, schorowanej matce? Dlaczego nauczyciele nagle zadają zdalnie tyle zadań, że dzieci nie wyrabiają nawet w weekendy? Dlaczego w trakcie nocy, po kryjomu, jest uchwalane jakieś dziwne „prawo” o ordynacji wyborczej, z pogwałceniem jakichkolwiek norm Konstytucji? Dlaczego małżeństwo, śpiące razem w łóżku w domu, musi chodzić w odległości dwóch metrów od siebie na ulicy? I mnóstwo innych tego typu pytań, domagających się odpowiedzi. I najważniejsze pytanie dnia dzisiejszego brzmi – kto jest więc temu wszystkiemu winien? To widać już nawet na poziomie geopolitycznym: Trump doskonale wiedział, co robi, kiedy mówił o „chińskim wirusie”, a Chińczycy doskonale wiedzieli, co robią, demonstracyjnie oburzając się na te słowa. Polscy przedsiębiorcy organizujący się w akcję protestu w niczym pod tym względem nie będą się różnić za chwilę od włoskiej mafii, która już się „zmęczyła kwarantanną” i za chwilę zacznie brać sprawy w swoje ręce. Proszę nie zrozumieć mnie źle – nie chcę powiedzieć, że przedsiębiorca to mafiosa (sam jestem przedsiębiorcą), ale łączy nas wszystkich w różnych krajach teraz jeden wspólny mianownik: poczucie strachu, potęgujące frustrację, która przeradza się w gniew, który z kolei domaga się znalezienia możliwości rozładowania. To jest naturalna kolej rzeczy – i w każdym zakątku globu ten mechanizm będzie działał tak samo. Widać to po zastraszonych Filipińczykach, do których służby mundurowe mogą już strzelać z powodu złamania kwarantanny; widać to po Polakach niezadowolonych (skądinąd całkiem słusznie) z wciąż trwającej kampanii prezydenckiej; widać to po Brazylijczykach, domagających się „bezpłatnych zakupów” w sklepach.

I to się będzie nasilać, moi drodzy – nie ma co się łudzić. Nie sądźcie, że za 3-4-5 tygodni wszystko zostanie odwołane, wyjdziemy na ulice, świętując radośnie i ściskając się przy okazji z obcymi ludźmi. A potem wszyscy wrócą do pracy, do szkół i będzie tak, jak przed 13 marca. Niestety, jako że zajmuję się trochę naukami społecznymi to wiem – tak te mechanizmy nigdy nie działają, a każda skrajna społeczna akcja, zawsze doprowadza do skrajnej społecznej reakcji. To jest takie samo prawo w nauce społecznej, jak trzecia zasada dynamiki Newtona w fizyce.

No dobrze, postawiłem tezę i powiedzmy że jakoś ją zilustrowałem. Nawet jeśli jest tak, jak piszę, to co z tego wynika?

Ano wiele rzeczy. Nie znamy zapewne nawet promila nadchodzących skutków, ale kilka rzeczy już da się wyraźnie zarysować. Po pierwsze – na pewno nie wyjdziemy z tego doświadczenia takimi samymi ludźmi. Będziemy wspominać nasze życie do 2019 roku włącznie jak i 30 lat po upadku komunizmu jako coś naiwnego i dziecinnego – to z pewnością. Przychodzi nam szybko dorosnąć – pomimo, że mam na myśli nas, dorosłych ludzi. Trzeba stawić czoła cierpieniu – bo oto nagle liberalna demokracja, oparta o rosnący konsumpcjonizm, straciła definitywnie owo oparcie. Okazuje się, więc, że byliśmy uśpieni tym pędem ku sytej zamożności, która zdawała się wylewać na coraz szersze kręgi społeczne, jednak była to jedynie iluzja rozwiązywania problemów, które nigdzie z rzeczywistości nie zniknęły, a teraz ujawniły się w pełnej okazałości. Lata zaniedbań w służbie zdrowia, nieadekwatny system szkolnictwa, niewydolne instytuty państwowe, mrzonki o innowacyjnej gospodarce, niesprawiedliwy system zamówień publicznych, nieadekwatnie rozłożone akcenty w budżetach, marnotrawienie zasobów… To wszystko zawsze było, tylko jakoś nie było nas na to stać, by w końcu coś z tym porządnie zrobić. Niektórzy sobie z tym poradzą, inni – nie poradzą, ale na pewno zmienimy się bardzo (w jaką stronę – o tym na końcu).

Druga sprawa – globalna, liberalna gospodarka, o którą był oparty dotychczasowy świat, ogromnie ucierpi. Taka gospodarka wymaga dużego poziomu zaufania milionów decydentów po różnych stronach globu – niestety, w aktualnej sytuacji to zaufanie zostanie bardzo nadszarpnięte. Zaufanie nie odbudowuje się tak samo szybko, jak się je traci – to też jest naturalną cechą jednostki ludzkiej. Że nie wspomnę o zerwanych łańcuchach dostaw dla ogromnej liczby branż, które nie da się też naprawić z dnia na dzień. Chiny po dwóch miesiącach istnie drakońskiej walki uruchomili gospodarkę – ale czy oni naprawdę to zrobili w wyniku pokonania epidemii, czy raczej wskutek niemożności podołać dalej gospodarczo z sytuacją? Równocześnie Chiny mają dość prężny wewnętrzny rynek, ale jednak nawet on nie odbierze nadmiarów produkcji, która przecież nie będzie teraz jeszcze co najmniej kilka miesięcy odnajdywać zasobnego odbiorcę w społeczeństwach konsumpcyjnych Zachodu. Co wtedy zrobi chiński przedsiębiorca? Będzie produkował na magazyn? Czy też odpuści i zwolni ludzi, zamykając fabrykę?

Po trzecie, nie wiem, na co jeszcze liczą obecnie w większości populistyczne rządy w Zachodnim Świecie – ale to są ich ostatnie miesiące/kwartały czy maksymalnie lata. Żaden wyborca nie wybaczy rządzącemu własnej pustej kieszeni – nie ważne, czy rządzący będzie temu obiektywnie winny czy nie. A niestety wiele wskazuje na to, że te pustawe kieszenie będą za chwilę faktem. W zamian do głosu będą dochodzić radykałowie proponujący łatwe, „twarde”, „żelazne” rozwiązania. Jako ludzkość identyczny proces przerabialiśmy w pierwszych dekadach XX wieku. Czym to się skończyło – wszyscy wiedzą.

Po czwarte, zapatrzeni w pieniądz, pamiętając pozytywne skutki luzowania ilościowego po kryzysie finansowym lat 2008-2009, rządzący znowu uruchomili maszyny drukarskie, licząc, że tony gotówki ożywią ten zemdlały organizm, którym jest obecna gospodarka krajów zachodnich. Niestety, zgadzam się w tym zakresie z prof. Koźmińskim – przy równocześnie ograniczonych zarówno popycie jak i podaży – spowoduje to tylko większą inflację, popychając nas w objęcia trudnej do przebrnięcia stagflacji. Ugrzęźniemy za chwilę w tym niekończącym się błocie wiecznie galopujących cen na tle braku wzrostu gospodarczego, i co wtedy zrobią nasi rządzący? Takiej sytuacji nie da się przezwyciężyć ani zakazami, ani nakazami, ani płomiennymi, ociekającymi patosem przemówieniami.

Po piąte, rosnące ostatnimi czasy ryzyka geopolityczne za chwilę mogą przetasować nam obrazek jak w kalejdoskopie. Nie wiem, jak będzie wyglądać Rosja za kilka miesięcy-rok-dwa, jeśli cena na jej ropę będzie się utrzymywać poniżej wartości produkcji, tak jak teraz. A co jeśli wskutek zakręcenia kurka w krajach OPEC, cena na ropę odreaguje za chwilę tak samo drastycznie w drugą stronę – zapewniając agresywnemu rosyjskiemu dowództwu wolną rękę względem choćby zdanych na samych siebie sąsiadów? Jak się zachowają schorowane Stany Zjednoczone, zajęte epidemią we własnym domu? Co przy tym drzemie w duszy narodów Zachodniej Europy? Jak poprowadzą siebie Chiny w warunkach rozhuśtanej gospodarki światowej?

No i na sam koniec – jestem też pewien, że czeka nas długi proces uczenia się faktycznego przebaczania wzajemnych słabości. Bo powiedzmy sobie szczerze w duchu – kto z nas nigdy nie narzekał? Nie obarczał winą innych? Tych rządzących, tych przełożonych, tych wstrętnych darmozjadów, tych oszustów, tych złodziei, tych wszelkiej maści okropnych wszędobylskich złych, którzy nam dawali tyle pożywki do rozmów, niekończącego się wyśmiewania się, osądzania, obwiniania, szydzenia, nadużywania słowa „masakra” względem naprawdę błahych i nieistotnych spraw... „Pycha kroczy przed upadkiem” – ta przypowieść Solomona sprzed trzech tysięcy lat zupełnie nie straciła na aktualności. Z perspektywy zachodzących zmian na świecie pozostaje posypać sobie głowę popiołem i naprawdę żałować, że tak sporo dobrego myślało się o sobie, a tak wiele złego – o innych. Przyszedł właśnie czas by odwrócić tę proporcje. Myślę, że to, co teraz się dzieje, jest najlepszym momentem na autorefleksję z możliwych.

A gdy już zrozumiemy, że tak naprawdę każdy z nas po trosze ponosi winę za to, co się właśnie z nami wydarza, kiedy przestaniemy krzyczeć na siebie nawzajem i przyjdzie chwila ciszy – nagle zobaczymy, że my – wszyscy mieszkańcy Ziemi – naprawdę jesteśmy jednością. Każdy z nas tak samo odpowiada za otaczający świat, za własne czyny i wypowiadane słowa; każdy – jest częścią zbiorowego organizmu, i każdy tak naprawdę nie może żyć bez drugiego. Jesteśmy sobie nawzajem bardzo potrzebni i nie ma podziału na „my, mądrzy” i „oni, głupi”; „my, mocni” i „oni, słabi”; "my, bogaci" i "oni, biedni"; „my, wspaniali” i „oni, beznadziejni”. Zobaczymy wtedy, że ta przemożna pycha, żywiąca dotychczas nasze indywidualne egoizmy – podstępnie tylko dzieliła i niszczyła, a nie jednoczyła i tworzyła. Że żyliśmy dotychczas w samozakłamaniu i że choć technologicznie i gospodarczo wyrwaliśmy się do przodu – społecznie wystarczył jeden drobnoustrój, co do którego nauka nawet nie ma pewności, czy jest istotą żywą – by nas w sercach cofnąć co najmniej o dziesięciolecia wstecz.

I wtedy dopiero przyjdzie ukojenie. Nie są to moje mrzonki, ani naiwność, czy "hipisowskie usposobienie" – bynajmniej, zapewniam Was. Tak już było w historii nie raz – po wielkich epidemiach, po wielkich Światowych Wojnach i zawirowaniach, cofaliśmy się nagle ku wzajemnej miłości i szacunku: robiliśmy się nastawieni pokojowo, skupialiśmy się na kulturze i wzajemnych relacjach, tworzyliśmy ogromne międzynarodowe organizacje, w których uroczyście z trybuny już sobie obiecywaliśmy: „nigdy więcej!”. Odwracaliśmy się od liderów, którzy sporo o dobrze mówią, a zwracaliśmy się ku tym, którzy sporo dobra czynią. To też jest naturalna kolej rzeczy. „To, co było jest teraz, a to, co będzie, już było” – jak to kiedyś napisał Kohelet.

Wierzę więc, że to wszystko przetrwamy, wyzdrowiejemy, staniemy się lepsi. Łatwo nie będzie, ale strzeżmy się, błagam, przed łańcuchem wzajemnych oskarżeń w tym trudnym czasie. Niech lepiej odbudowie podlegają zerwane już przed epidemią łańcuchy wzajemnych relacji. Służmy sobie wzajemnie, a jestem pewien, że uczucie pokoju i wiosny niechybnie do naszych znużonych serc powróci. To tylko kwestia czasu.

Szalom!