Feminizm a kryzys męskości

Współczesny feminizm za zły stan społeczeństwa obarcza głównie patriarchat. Do tego stopnia, że feministki wolą się modlić do bogini, a nie do Boga, a wszystko co męskie, z założenia podejrzewają o patriarchalność i wcielenie wszelkiej patologii i zła. Po części się zgadzam. Owszem, cywilizacyjnie przeżywamy obecnie kryzys męskości. Ale wynika to nie z patriarchatu (bo samo to słowo jest już pewnym wytrychem, które w XXI wieku znaczy wszystko, tylko nie coś konkretnego), lecz z braku wychowania mężczyzn ku odpowiedzialności i ku właściwie przeżywanej męskości. Widać to najlepiej w relacjach damsko-męskich, o czym będzie mowa poniżej.

 

Mężczyźni XXI wieku jak że często wychowywani wyłącznie przez matki i babcie - nigdy nie słyszą za młodu, że kiedy już się zakochają i postanowią zrealizować swoje seksualne aspiracje - to stają się w tym samym momencie winnymi kobiecie opieki nad nią i potencjalnym potomstwem. Jest to kwestia automatyczna, którą choćby świat zwierząt bezwzględnie szanuje. Człowiek jednak postanowił dla własnej wygody i w imię "postępowości" wyrzucić tę naturalną zasadę na śmietnik historii. Bo aktualni 20-letni, 30-letni i 40-letni dorośli ale skrajnie niedojrzali mężczyźni, mając za wzór szczęścia hedonistyczne wzorce typu "wolne związki", "seks bez zobowiązań" i tak dalej - oczywiście że bardzo chętnie z tych wzorców korzystają. Ale nikt nie dostrzega jakoś przy tym, że owe wzorce zupełnie nie zostawiają miejsca dla wzięcia odpowiedzialności za szczęście drugiej osoby w związku, dla zapewnienia swoim domownikom wolności oraz warunków do wzrostu i rozwoju (choć w jasno wytyczonych ramach, które nie zamienią wolność w permisywizm), dla dostarczenia bezpieczeństwa (materialnego, emocjonalnego i duchowego), które to bezpieczeństwo zapewni jak najlepsze przekazanie pałeczki życia dalej oraz dla czerpania radości z bycia fundamentem dla własnej rodziny. Bo, drogie Panie, jestem pewien, że gdyby każda z Was spotykała w swoim życiu wyłącznie takich mężczyzn, którzy nie zwiewaliby od Was za każdym razem, gdy tylko zaczyna pachnąć odpowiedzialnością, to i potrzeba w tego typu tekstach byłaby znacznie mniejsza. Bo prawdę mówiąc, kiedy słyszę „aborcja wyborem kobiety”, to tak naprawdę słyszę „aborcja tchórzostwem mężczyzny”. Kiedy słyszę „samotna matka”, to tak naprawdę słyszę „nieodpowiedzialny ojciec”. Kiedy słyszę „przemoc mężczyzny w rodzinie”, tak naprawdę słyszę „bijatyka durnia w piaskownicy”. I niech drzwi ścisną wszystkich tych „ojców”, którzy tyle tylko potrafią wydobyć z własnej męskości, co erekcja z ejakulacją, zostawiając potem skutki tej ostatniej sierotami przy wciąż żywym ojcu.

 

I może jestem staroświecki, konserwatywny, niepostępowy - prawdę mówiąc, wszystko mi jedno, jak się taką postawę nazwie. Ale naprawdę uważam, że jeśli równocześnie będziemy wychowywać całe pokolenia ku seksualnej rozwiązłości (zwanej dla niepoznaki wyzwoleniem z oków dogmatycznego patriarchatu), a równocześnie zapomnimy o tym, by uczyć ludzi obu płci odpowiedzialności za podejmowane w wolnym wyborze decyzje - to kryzys męskości nie tylko będzie postępować, ale i dalej się pogłębiać, a przez to i dramaty kobiet będą narastać. Tak zwane rodziny "po przejściach" staną się normą (bo już się stają), wzorzec "silnej, samotnej kobiety" będzie gloryfikowany w kulturze masowej (bo już jest gloryfikowany), rola mężczyzny tak naprawdę pozostanie przemilczana a na końcu tego całego cyrku – ani kobiety nie będą szczęśliwe, ani mężczyźni.

 

Na sam koniec dodam, że akurat "męstwo", czyli umiejętność podejmowania dobrej decyzji wbrew okolicznościom - jest jedną z czterech kardynalnych cnót. Tak się akurat składa, że modlę się do Boga, a nie do bogini, o to, by dał mi wystarczająco sił i rozumu, by tym cnotom na własnym przykładzie i w sposób świadomy nauczyć własną czwórkę dzieci. Tak się też składa, że na tyle mocno przeżywam rozumienie wierności i mojej odpowiedzialności, że od ponad dwóch dekad miałem i wciąż mam w życiu szczęście być mężczyzną tylko jednej kobiety. I możecie się ze mnie z tego tytułu śmiać - ale jestem w tym stanie przeszczęśliwy, dziękując Bogu za to, że swego czasu wziąłem sobie pewnie zbyt blisko do serca Jego - zapewne bardzo patriarchalne - nauki o tym, by zwyczajnie być odpowiedzialnym we własnej wolności. I oczywiście, ktoś może mi przy tym zarzucać, że cała ta postawa sama w sobie jest „przemocowa”, bo narzuca przecież ludziom jakiś jeden, jak wierzę - właściwy, - sposób życia. Cóż ja na to poradzę, że taki sposób jest jeden. Życie też jest tylko jedno, i zwyczajnie szkoda mi go marnować na to, by próbować przeżywać go w sposób niewłaściwy.

 

Szalom! :)