Każdy w coś wierzy

Każdy w coś wierzy. Twierdzę, że nawet najbardziej wojujący, materialistyczny ateista jest wierzący. Dlaczego? Bo każdy, nawet najbardziej wojujący, materialistyczny ateista stara się nadać swemu życiu sens i robić w nim rzeczy, które mają znaczenie. A czym że jest znaczenie? Przecież z punktu widzenia współczesnej, stricte materialistycznej, naukowej wiedzy - wszystko jest bez znaczenia. Kosmos nie stworzył życia dlatego, że to miało jakiś cel, gdyż, - jak twierdzą ateiści, - nasze istnienie jest jedynie skutkiem działania ślepego i nieczułego na wszystko, niewiarygodnego zbiegu okoliczności. 96% gatunków żyjących na tej planecie wcześniej – wyginęło. I co ciekawe, jako homo sapiens nie odpowiadamy za zabicie ich wszystkich. Po prostu taka jest naturalna kolej rzeczy: wszystko przemija, łącznie z całymi gatunkami. Z punktu widzenia ateistów nie istnieje też coś takiego jak dobro i zło. Jest ewentualnie rzecz służąca ewolucji i jej przeszkadzająca. Ale nawet ewolucja nie specjalnie czemukolwiek służy – ona po prostu jest. Z punktu widzenia ateisty w istnieniu osobnego atomu jest tyle samo sensu, co w istnieniu całego człowieka. Ot, coś po prostu jest. Dlaczego więc mamy ubolewać nad przeminięciem jednostki ludzkiej bardziej, niż na anihilującym atomem? Było, minęło – powstała co najwyżej nowa forma materii czy też wiązka światła. Jesteśmy pyłem kosmicznym, samoorganizującą się materią, która po chwili nabierze inną postać – i to wszystko.

Dlatego śmieszy mnie to, że pomimo takiego patrzenia na rzeczy – ateiści uparcie mówią o jakimś sensie. Zarzucają chrześcijanom bezsens, podając się za ludzi sensownych. A tym czasem sami głoszą, że tak naprawdę nic we Wszechświecie nie ma żadnego znaczenia. Według ateistów wszystko po prostu jest – i tyle. Nie ma w tym żadnej filozofii, żadnego przeznaczenia; myślenie o transcendencji to tylko mrzonki ludzi „słabych”, nie mogących się zmierzyć z faktem bezsensu kosmosu. To tylko ci mocni, wystarczająco silni mogą się z tym faktem zmierzyć. Stanąć oko w oko ze świadomością, że nic nie ma sensu. My po prostu istniejemy, należy czerpać z tego faktu przyjemność i już. Nie ma Boga, nie ma Nieba, nie ma piekła. Czyż to nie fascynująca perspektywa? Czyż nie czujecie w tym momencie powiem „wolności” od tych wszystkich oków dogmatyzmu, którymi otumaniano ludzkość przez tysiąclecia wszelakich teokracji?

No dobrze, to w takim razie tylko nieśmiało się spytam – dlaczego chrześcijanie są bez sensu? Skoro wszystko po prostu jest, to dlaczego akurat najlepiej by było, gdyby chrześcijan nie było? Nie powinno przecież być ani lepiej ani gorzej w związku z tym, że coś jest. Aha, bo chrześcijanie doprowadzają do wojen i wszelkiego zła i właśnie są czynnikiem przeszkadzającym w ewolucji ludzkości do lepszego stanu. Ale przecież tak naprawdę nie ma dobra i zła? Nic nie ma specjalnego znaczenia, więc dlaczego mamy się tym przejmować? Nic nie jest lepsze, ani gorsze. Poza tym – co to znaczy „lepszy” stan ludzkości? Bardziej wolny od wojen, głodu, cierpienia? Włączmy sobie „Imagine” Johna Lennona i zaraz sobie przypomnimy, śpiewając ten hymn hipisów oraz pacyfistów, o co tak naprawdę chodzi. Nie ma dogmatów – nie ma cierpienia. Życie jest fajne i tylko chrześcijanie nam przeszkadzają w tym, by było jeszcze fajniejsze.

Proszę mi jednak wybaczyć moją natarczywość – ja tylko zadaję pytania w momencie, gdy czegoś nie rozumiem... Otóż opisywany światopogląd byłby prawie idealny, gdyby nie fakt, że jednak na końcu tego światopoglądu znajduje się pewna wiara. Chociażby wiara w to, że ludzkość potrafi być czymś „lepszym” bez dogmatyzmu. Ale czy samo to twierdzenie nie jest jedynie kolejnym dogmatem? Czyż nie z wiarą w sercu właśnie w ten dogmat – unicestwiano w swym czasie w Związku Radzieckim miliony chrześcijan? Czyż nie z wiarą w sercu w ten dogmat – wciąż prześladuje się chrześcijan w Korei Północnej lub w Chinach? Czym „wierzący” w ten dogmat materialistyczny ateista, zwolennik tej czy owej partii komunistycznej, różni się pod tym względem od wierzącego chrześcijanina? Obydwoje przecież jedynie w coś wierzą. Jeden – w to, że Wszechświat będzie lepszy bez chrześcijan. A drugi w to, że Wszechświat będzie lepszy jedynie pod warunkiem zwrócenia się ku Prawdzie, która nas wyzwoli. Pierwszy twierdzi, że jego prawda jest lepsza – dlatego dąży do unicestwienia tego drugiego. Drugi uważa, że jego Prawda jest absolutnie prawdziwa, dlatego za nią potrafi oddać życie.

I żeby była jasność – nie twierdzę przez powyższe, że jedynie chrześcijanie umierają za Prawdę swojej wiary. Ateistyczni komuniści też nieraz potrafili bohatersko oddać życie ku chwale ojczyzny. Tak samo nie tylko komuniści zabijają chrześcijan. Trzeba przyznać, że ci ostatni też potrafili wzniecić nie jedną religijną wojnę w przeszłości. Co to za różnica, z jaką ideologią na ustach idzie się zabijać albo umierać? W obu przypadkach to tylko ideologia, podparta dogmatem. Dlatego absolutnie obiektywnie rzecz ujmując twierdzę, że każdy w coś wierzy. Jest to wpisane w ludzką naturę, by być oddanym prawdzie. I by poszukiwać w swoim życiu sensu. A skoro tak – to każdy automatycznie staje się wierzącym, bez względu na to, jak on ten sens w swoim życiu rozumie.

Problem w tym, że sama rzeczywistość nam narzuca, iż tylko jedna z tych dwóch prawd jest tą właściwą. Dla obliczenia 2+2=... - istnieje tylko jedna poprawna odpowiedź. Więc która prawda jest prawdziwsza? Ta, która głosi, że każdy dogmat jest złem, choć przy okazji sama jest dogmatem? Czy ta, która twierdzi, że „jest drogą prawdziwą do życia”? (J 14:6), że po to przyszła na świat, by po prostu dać świadectwo Prawdzie? (J 18:37).

I szczerze nie wiem, co tu się zastanawiać. Nawet na logikę patrząc – wybór pierwszej opcji byłby błędem, bo bazuje ona na wewnętrznej sprzeczności. Chyba że ktoś na tyle się rozkochał w owym samooszukańczym poczuciu „wolności od dogmatów”, że będzie iść w zaparte nawet ceną własnego życia. No cóż… Ja tak nie potrafię. Dlatego że sądzę, że przy poszukiwaniu Prawdy oszukiwanie samego siebie już na samym początku drogi jest niezbyt roztropnym podejściem.

Szalom! :)