Konstrukt Miłości w Kinematografii

Nie ukrywam, że lubię kinematografię, bo jest ona dość dobrym barometrem ducha świata. Jednym z indykatorów stanu współczesnej kultury jest temat miłości (przez małe „m”) w filmach. Obecnie w produkcjach często pojawia się odwołanie do miłości, która przenika cały Wszechświat i nadaje sens istnieniu niezliczonej ilości filmowych bohaterów. Ta miłość przedstawia się jako osobna siła we Wszechświecie, która umożliwia znalezienie nici porozumienia między przedstawicielami różnych gatunków z odległych zakątków kosmosu (vide „Avatar”, „Valerian i miasto tysiąca planet”), pozwala przetrwać apokalipsę (vide „2012”, „Nie otwieraj oczu”) a nawet przemienia zło demoniczne w pokojową bogini matki-Ziemi (vide „Vaiana: Skarb oceanu”). Bez względu na gatunek filmu, tak przedstawiana miłość wydaje się konstytuować jedno z praw natury: ot, kolejna siła fizyczna, podobna chociażby do siły grawitacji. Częstokrotnie podszyta zmysłowością czy wręcz namiętnością, omawiana miłość wspaniale wpisuje się w zlaicyzowane trendy kulturowe, na pierwszy rzut oka jest dobra moralnie, a równocześnie jest poprawna politycznie i pasuje wszystkim bez względu na światopogląd. Niemiecki socjolog Ulrich Beck w swoim artykule „Ziemska religia miłości” już 1996 r. pisał o tym, że we współczesnych społeczeństwach zachodu miłość sama w sobie staje się religią i zastępuje Boga. Pozostając społeczną fikcją, jest jednak niezwykle ważna, bo teraz to właśnie ona wskazuje cele rozwoju naszej cywilizacji. Wyznawcy ziemskiej religii miłości zdają się przy tym sami rozumieć, że owa miłość tylko pozornie nadaje sens ludzkiemu istnieniu w ogólnie obojętnym na wszystkie nasze wysiłki kosmosie (vide „Interstellar”). Nie mniej skoro już jakikolwiek sens nadać musimy – to lepszego kandydata nie znajdziemy: miłość jest przecież wspólnym mianownikiem, który łączy wszystkie istoty ludzkie na świecie.

Objawów miłości doszukujemy się też w królestwie zwierząt, które – gdyby je przenieść w nasz ludzki wymiar – stanowiłyby niezaprzeczalny dowód na to szlachetne uczucie wśród innych gatunków (proszę sobie w tym aspekcie obejrzeć na przykład ogólnie rewelacyjny „Marsz pingwinów”). Czułe dotykanie pisklęcia dziobem przez ptaka-rodzica, szalone miłosne gody wśród płazów, bardzo skomplikowane relacje rodzinne wśród niektórych ryb a nawet monogamiczne związki żuków-grabarzy, wspólnie opiekujących się potomstwem, - niechybnie dowodzą, że miłość jest wspólną domeną bardzo dużej liczby stworzeń na Ziemi. Nie brakuje jednak głosów, które stwierdzają, że przenoszenie ludzkiego pojęcia miłości na inne gatunki – jest jedynie próbą wyjaśniania sobie świata przez zastosowanie pewnych „konstruktów” i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. W istocie, pytanie o to, na ile żuk-grabarz jest w stanie przeżywać świadomą ludzką miłość w relacji ze swoją partnerką jest pytaniem retorycznym. Nie mniej robimy to cały czas – od małego dziecka szukamy w otaczającym nas świecie „ludzkich” cech, które nie tylko nadawałyby jemu sens, ale i czyniłyby go bardziej zrozumiałym, przystępnym i przyjacielskim dla nas. W filozofii społecznej takie podejście nazywa się konstruktywizmem. Jeszcze w I w.p.n.e. Epiktet powiedział, że „człowiek podlega nie rzeczom, a poglądom na ich temat”. Od czasów Epikteta sporo się zmieniło, ale społeczny konstruktywizm obecnie zdaje się odżył z taką siłą, o jakiej ten rzymski filozof nie śmiał zapewne nawet marzyć.

I te dwie koncepcje – miłości jako siły natury niezależnie występującej we Wszechświecie z jednej strony oraz mocnego konstruktywizmu społecznego z drugiej strony – doprowadziły do tego, że obecnie kultura Zachodu wyraźnie zmierza w kierunku gloryfikacji miłości. Czyż nie miłość, zresztą, jest podstawą również w chrześcijaństwie – pytają, poruszeni współodczuwaniem i troską o wzajemne porozumienie, zwolennicy ziemskiej religii miłości, kierując to pytanie do ludzi wierzących w Boga osobowego i objawionego? Czyż nie miłość jest najważniejszą cnotą i sensem życia również wśród wyznawców Chrystusa?

I tu właśnie pojawia się problem, bo pomimo zbieżności – jako chrześcijanie wkładamy w pojęcie Miłości zupełnie inną treść. Wspomnę tutaj o kilku istotnych różnicach między miłością a… Miłością. Jak wylicza św. Paweł, prawdziwa Miłość jest cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, nie cieszy się z niesprawiedliwości, współweseli się z prawdą, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma, nigdy nie ustaje; nie jest jak proroctwa, które się skończą; nie jest jak dar języków, który zniknie; nie jest jak wiedza, której zabraknie… (według 1Kor 13:1-8). Jak się ma względem takiej Miłości, - nasza zwykła, ziemska miłość? Wystarczy powiedzieć, że każde drugie małżeństwo w Unii Europejskiej obecnie się rozpada – a więc o cierpliwości oraz przetrzymaniu wszystkiego można w tym przypadku zapomnieć. Ziemska miłość bazuje na sztuce uwodzenia i jak najbardziej szuka poklasku; często jest bezwstydna, gniewna, pamięta wszystkie winy (szczególnie przy kolejnej kłótni) i tak dalej. Czyżby św. Paweł był tak wielkim idealistą, by mówić o czymś niemożliwym do osiągnięcia? Czyżby on wytyczył pewien niedosiężny ideał, wykreował bohatera heroicznego, na którego co najwyżej wszyscy powinniśmy się równać, ale który to ideał z definicji jest nieosiągalny?

Oczywiście, że tak nie jest. Św. Paweł akurat jest świetnym przykładem tego, jak można żyć według prawdziwej Miłości, pisząc z więzienia listy o pełni radości (sic!). Wielu znamy ludzi, którzy potrafiliby zachować taką pogodę ducha, siedząc w więzieniu? I nie twierdzę, że tylko chrześcijanie taką prawdziwą Miłość są w stanie przeżywać. Formalne bycie chrześcijaninem nie oznacza jeszcze życia według Miłości, tak samo jak formalne niebycie chrześcijaninem nie oznacza, że już się jest owej Miłości pozbawionym. Nie mniej faktem jest, że chrześcijanie w oparciu o Ewangelię – są głosicielami zupełnie innego rodzaju Miłości, niż ten, który obecnie jest gloryfikowany w słynnych produkcjach filmowych. Do tego stopnia, że Miłość ewangeliczna wydaje się być nierealna i nie występująca w naturze.

I właśnie w tym tkwi logiczna sprzeczność zwolenników „ziemskiej” wersji miłości. Odwołując się bowiem do tego szlachetnego uczucia, bazują przy tym na założeniu, że jest ono naturalistyczne co do swojego charakteru. Za każdym razem jak widzę przejaw ofiarnej Miłości na ekranie, zastanawiam się jednak, jak to jest możliwe, że uczynek wieczny, ponadczasowy i moralnie dobry – rzekomo bazuje na przemijającej, ograniczonej w czasie i moralnie obojętnej naturze.

Zauważona sprzeczność wcale nie przeszkadza twórcom filmowym. We wszystkich produkcjach opowiadających o miłości przez małe „m” nie ma nadnaturalnego i transcendentalnego Boga, stworzyciela Nieba i Ziemi, od którego cała Miłość pochodzi. Jest za to w nadmiarze miłość jako kolejne prawo natury, jako budulec społeczny, konstytuujący preferowaną przez ludzi formę relacji. Całkowita (do)wolność interpretacji, czym owa miłość jest, pozwala każdemu znaleźć swoje preferencje oraz upodobania i walczyć o nie w obronie tak pojmowanej „miłości” bez oglądania się na jakikolwiek absolut czy dogmę, które stają się „przestarzałe”, „nudne”, „surowe” i niepotrzebne obywatelowi XXI wieku. Przecież homoseksualiści też się miłują („Tajemnica Brokeback Mountain”), z miłości do cierpiącego człowieka powinniśmy umożliwiać mu wolny wybór w zakresie eutanazji („W stronę morza”), miłosne trójkąty to po prostu inny (choć dość trudny w opanowaniu) rodzaj relacji miłosnej („Vicky Cristina Barcelona”), miłość do nastoletniej przyjaciółki własnej córki nikogo nie powinna dziwić i jest wyzwalająca ze swojej natury („American Beauty”)… Setki tytułów, czołowe produkcje, tysiące filmowych oskarów czy innych nagród oddziałują niczym zmasowany, kulturowy „nalot dywanowy” na umysł współczesnego widza, który po pewnym czasie nie ma już innej możliwości prócz jak polec w gruzach własnych „przestarzałych”, „nudnych”, „surowych” i „niepotrzebnych” „przesądów religijnych”. Bo co można przeciwstawić tak potężnym salwom nowoczesnej, barwnej, pociągającej, masowej produkcji filmowej? Jakąś rzekomo nierealistyczną pod względem ilości przelanej krwi „Pasję” Mela Gibsona? Jakąś bez sensu się kończącą „Misję” Rolanda Joffe? Trudne w odbiorze „Milczenie” Martina Scorsese’a? Usypiających „Ludzi Boga” Xavier’a Beauvois’a? (to oczywiście nie moje określenia, tylko najbardziej popularne zlaicyzowane głosy względem poszczególnych tytułów). Można wprawdzie dodać do tego jeszcze kilka nie traktujących wprost o wierze, ale ogólnie opartych o wartości chrześcijańskie produkcji typu „Gladiator” czy „Ben Hur”. W sumie mamy więc łącznie może kilkanaście tytułów rzeczywiście wartościowego kina, i na tym cała odpowiedź chrześcijaństwa się kończy…

Nie mówię przez powyższe, że nie dostrzegam wysiłków wielu chrześcijańskich (bardzo rzadko – katolickich) wytwórni, by przedostać się do masowego odbiorcy z utworami typu „Bóg nie umarł” czy „Mam przyjaciół w niebie”. Nie wiem dlaczego za każdym razem tego typu filmy muszą jednak ocierać się o kicz. I choć nawet wśród takiej grupy filmów zdarzają się nietypowe i godne uwagi pozycje („Chleb z nieba”, „Jak Bóg da”), jednak to są filmy dla chrześcijan, które w swojej większości oglądane są przez chrześcijan, gromadząc w tak katolickim kraju jak Polska od siły po kilkanaście osób na sali kinowej w godzinach szczytu (a jeszcze częściej nie gromadząc nawet tylu). I nie łudźmy się – nie da się tego w żaden sposób porównać do wypełnionej po brzegi sali kinowej z superprodukcją najnowszej, odwołującej się na potęgę do naturalistycznej wizji miłości, okultyzmu i magii „Krainy lodu II”.

Powyższe pozwala mi z całą stanowczością stwierdzić, że chrześcijańska Miłość jest aktualnie wzgardzona, niezrozumiała i przestarzała dla świata zachodniego, który na fali totalnej sekularyzacji dosłownie zachłysnął się ideami humanizmu, post-modernizmu oraz naturalizmu, bezlitośnie rzucając jeszcze do niedawna chrześcijańską kulturę cywilizacji Zachodu w objęcia nowożytnego panteizmu. Człowiek XXI wieku wciąż jest człowiekiem wierzącym, tyle że skłania głowę i puszcza łezkę ze wzruszenia już względem nowego boga miłości, tolerancji, współodczuwania, harmonii i porozumienia. Jest to bóg mało wymagający, zapewniający miłą atmosferę i mnóstwo przyjemnych chwil spędzonych w trakcie kolejnego seansu filmowego. Natomiast takie Postacie jak Jezus z Nazaretu, Piotr z Betsaidy, Paweł z Tarsu, Jan oraz Jakub z Kafarnaum i kilka innych, głoszących Miłość ponadnaturalną, przekraczającą wszelkie ziemskie wyobrażenia na Jej temat… No cóż, mało to „ekscentryków” po Ziemi w swym czasie chodziło? Jako chrześcijanie, niestety, abdykowaliśmy przed duchem naszych czasów i zbyt mało robimy, by przekonać świat do Tego, Kogo bezwzględnie warto poznać. Czasy się zmieniły, a duch czasów głosicieli Słowa już przestaje rozpoznawać. Bo „Słowo było na świecie i świat stał się przez Nie, a świat Go nie poznał. Przyszło do swoich, a swoi Go nie przyjęli. Tym zaś, co którzy Je przyjęli, którzy uwierzyli w Jego imię, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi” (J 1:10-12).

Dlatego życzę nam prawdziwej wiary. Zachęcam do aktywnego głoszenia Słowa i porzucenia biernej konsumpcji tego grochu z kapustą, którym próbuje karmić nas współczesny kinematograf. Oglądajcie, ale rozróżniajcie, rozeznawajcie i szukajcie Prawdy; krytykujcie, dzielcie się przemyśleniami, opowiadajcie aktywnie. Wiem, nie jest to łatwe wyzwanie… Ale kto z nas, chrześcijan, wierzy dlatego, że szuka łatwizny? Niech więc każdy na swoim stanowisku i na swoim miejscu w społeczeństwie – nie męczy się opowiadać o przekrętach ideologicznych we współczesnych scenariuszach do filmów. A jeszcze bardziej zachęcam – niech każdy całym swoim życiem świadczy o Bogu, który przyszedł do tego świata ofiarując mu zupełnie inny, prawdziwy oraz odwieczny rodzaj Miłości.

Szalom! :)