List otwarty do moich Przyjaciół-Antyklerykałów

Drodzy Przyjaciele,

 

Postanowiłem napisać do Was ten list, choć wiem, że nie będzie on dla Was ani miły, ani lekki w odbiorze.

 

Tak się składa, że mam Was całkiem sporo. Z niektórymi z Was przyjaźnimy się od wielu lat, z niektórymi – spotkaliśmy się stosunkowo niedawno. Sporo nas jednak łączy – jak ot zamiłowanie do (choć czasami różnie pojmowanej) wolności, deklarowany szacunek do innego człowieka, wrażliwość na ludzką krzywdę. Mamy też wspólny pogląd na rozdział polityki od Kościoła, zwany w teorii anty-klerykalizmem. Jako wierzący i praktykujący też uważam, że mieszanie się Kościoła w sprawy współczesnej polityki jest błędem, bo Kościół to nie jest partia polityczna i jego agenda nie powinna zawierać punktów związanych ze zdobywaniem i sprawowaniem świeckiej władzy. Jezus sam naucza, żeby oddać cesarzowi to, co cesarskie, a Bogu – to, co boskie (Mt 22, 21), że Królestwo Jego nie jest z tego świata (J 18, 36), i że nie ma ono zwyczajowo przyjętych granic, tylko jest po prostu pośród ludzi (Łk 17, 20-21). Tak samo jak Wy – nienawidzę duchownych kochających władzę, kierujących się w życiu pożądliwością, namiętnością, sprawujących obłudę i broniących podobnych do siebie innych obłudników. Tyle jednak podobieństw na poziomie teoretycznym. Dwa punkty w praktyce mam Wam za złe, i właśnie te punkty pragnę Wam dziś przedstawić.

 

Punkt pierwszy to zakładanie, że osoba duchowna powinna pozostawać pod każdym względem nieskazitelnym, wolnym od jakichkolwiek błędów czy upadków, swego rodzaju nad-człowiekiem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie macie tego typu oczekiwań względem lekarzy, architektów, doradców podatkowych, nauczycieli, policjantów czy innych przedstawicieli jakichkolwiek zawodów. Oczywiście, oczekujecie od każdego specjalisty, że nie będzie popełniać karygodnych błędów i będzie dobrze wykonywać swój zawód. Całkiem słusznie, ja też mam dokładnie takie same oczekiwania. Ale zauważyłem, że kiedy dowiadujecie się, przykładowo, o jakimś nauczycielu-pedofilu, albo o jakimś konowale-lekarzu, albo o jakimś uwikłanym w mafijne struktury policjancie – to jednak reagujecie z większą dozą powściągliwości, niż w przypadku popełniającej równie ciężkie przestępstwa osoby duchownej. Aktualnie nikt w Polsce Was nie jest w stanie bardziej zgorszyć, niż ksiądz. To dlatego, zapewne, takim zainteresowaniem cieszy się chociażby taka produkcja filmowa, jak „Kler” (5 mln 184 tys. widzów) versus chociażby taka produkcja, jak „Drogówka” (1 mln 25,5 tys. widzów; specjalnie dobieram dzieła tego samego reżysera, nakręcone w podobnym historycznym momencie i stylu, by można było uczciwie porównać zainteresowanie tematyką przynajmniej wśród wielbicieli talentu tego samego człowieka). Obstawiam, że ten irracjonalny pociąg do wszystkiego, co anty-klerykalne, ma zapewne swoje mocne podłoże psychologiczne. I jak Was znam – śmiem twierdzić, że jest tym podłożem Wasz własny brak wiary, Wasz własny brak miłości do Boga. Bardzo mocne jest w Was pragnienie znaleźć kolejny dowód na to, że Wasza niewiara ma rację bytu – i tym mocniejszym owo pragnienie jest, im bardziej próbowano Wam w dzieciństwie wpajać przywiązanie do wszystkiego, co chrześcijańskie. Bo też umówmy się, gdyby podobny do „Kleru” film został nakręcony na temat muzułmańskich mułł lub hinduskich swami – zapewne nie wzbudziłby aż takiego zainteresowania. Tak, tak, anty-klerykalizm w Polsce ma zabarwienie prawie wyłącznie anty-chrześcijańskie, bo takim też jest kulturowe tło polskiego anty-klerykalizmu. Polski anty-klerykalizm będzie tym mocniejszy, im więcej ludzi będzie podświadomie lub świadomie próbować wyrwać się z "oków" chrześcijańskiego dogmatyzmu. I nie jest to proces typowy wyłącznie dla Polski. Tak naprawdę w każdym kraju, który przeżył już rozstanie z chrześcijaństwem jako podstawą prawa moralnego, będącego z kolei fundamentem dla ustroju społecznego – czy to we Francji z jej Wielką Rewolucją, czy to w innych krajach Zachodu dotkniętych późniejszą Rewolucją Seksualną – w każdym z nich żegnano się z chrześcijaństwem dokładnie w ten sam sposób: poprzez nieproporcjonalnie dużą niechęć to wszystkiego, co ma związek z duchowością chrześcijańską. A kto uosabia ową duchowość? No oczywiście, że tym uosobieniem jest przysłowiowy „klecha”. Tak właśnie działa psychologiczny mechanizm kompensacyjny – jeśli jest mi wygodnym czuć się „zgorszonym”, „oburzonym”, „wkurzonym”, to zrobię wszystko ku temu, by się takim właśnie czuć. Ile w tej aktorskiej postawie jest podstaw do prawdziwego zgorszenia, oburzenia i wkurzenia? Myślę, że dokładnie tyle, ile wynika z proporcji liczby widzów „Drogówki” do „Kleru”. Policzcie sobie, proszę, ten stosunek sami.

 

Punkt drugi, niestety, jest znacznie gorszy. Bo szczerze nie rozumiem, jak możecie – częstokrotnie będąc tak wrażliwymi na człowieczeństwo innych, tak delikatnymi w odbiorze indywidualnych ludzkich historii, tak wybitnie uzbrojonymi w analityczne umysły, pozwalającymi dosięgać najczulszych zakamarków serca w innych ludziach – równocześnie pozostawać tak wściekle nienawidzącymi jakiekolwiek duchowieństwo jako takie. Współczesny „klecha”, staroświecki „katabas” lub inne podobne określenia, które nie nadają się już na to, by je odtwarzać na piśmie – to wszystko są zionące wręcz nienawiścią i pogardą określenia względem właśnie całkiem dobrze określonej grupki ludzi. A jak nazywamy taką z góry określoną nienawiść względem jakiejś grupy ludzi? A no właśnie. Ciekawe, że nikt z Was – aktywnych anty-klerykałów, aktywnie głoszących idee anty-klerykalizmu – nie ma ani jednego przyjaciela wśród księży. Nikt z Was nigdy nie próbował zaprzyjaźnić się z kimś z osób duchownych, zrozumieć indywidualną motywację do wyboru takiej, a nie innej drogi życiowej, słowem – spróbować dostrzec w osobie duchownej Człowieka. Nie, wręcz przeciwnie – każdy stereotyp, każdy powielające ten stereotyp kłamstwo, i każde kłamstwo, które wspiera to pierwsze kłamstwo – są wśród Was mile widziane, podczas gdy prawda na temat życia tych wszystkich ludzi jest przez Was świadomie lub nieświadomie ignorowana, przemilczana, zaniedbana. Uważacie się bardzo często za ludzi światłych i progresywnych, otwartych na inność, miłość, tolerancję, szacunek do innego. A tym czasem oto cała grupa ludzi – która według Was w niczym nie zasługuje na Waszą otwartość, miłość, tolerancję i szacunek. Tropicie tak zaciekle jakiekolwiek przejawy obłudy wśród kleru, a tym czasem sami zachowujecie się, jak obłudnicy: bo oto właśnie widzicie źdźbło w oku bliźniego, a belki w swoim nie dostrzegacie (Mt 7, 3-5). Co konkretnie Ty, mój dogi Przyjacielu lub droga Przyjaciółko, wiesz na temat tego całego dobra, które osoby duchowne tworzą, nawet we współczesnej Polsce? Co wiesz na temat śp. ks. Jana Kaczkowskiego, założyciela Puckiego Hospicjum? Co wiesz na temat ks. Piotra Dydo-Różnickiego, wolontariusza w Domu Pomocy Społecznej w Bochni? Co słyszałe(a)ś z niezwykle przejmujących kazań śp. ks. Piotra Pawlukiewicza, nawracającego z miłością i wielką mądrością tysiące ludzi? A słyszałe(a)ś coś w ogóle o wolontariatach przy zgromadzeniach zakonnych? O zorganizowanej przez przedstawicieli Kościoła systemowej pomocy dla osób bezdomnych, seniorów, kalekich i ubogich? Czy kojarzysz cokolwiek na temat wkładu osób duchownych w rozwój kultury, filozofii, sztuki? No cóż, zapewne – nie, bo gdyby tak było, pewnie nie był(a)byś takim zacietrzewionym anty-klerykałem. A skoro ni(ą)m jesteś, to pewnie jednak wolisz odczłowieczać całą grupę ludzi i w myśl jedynie sobie znanych celów – z góry traktować ją z buta. Zupełnie zaprzeczając tym samym wszystkim ideom, które tak wzniośle i z taką werwą głosisz.

 

Przepraszam Was za mój oskarżycielski ton. Jeśli dotrwaliście do tego miejsca, co już jest cudem, to zapewne kipicie już ze „świętego” oburzenia. Bo jak śmiem Was wszystkich pouczać, kiedy duchowieństwo w Polsce daje nam tak wiele przykładów do autentycznego zgorszenia? Jak mogę bronić tej grupy ludzi, która tak karygodnie się sprawuje w obliczu wszystkich dotychczasowych skandali, nie oferując osobom poszkodowanym żadnej pomocy, zamiatając ciągle „sprawę” pod dywan, „karząc” poszczególnych kleryków jedynie poprzez niekończące się karuzele przenosin do innej parafii? Broniąc ich ustami skompromitowanego o. Dyrektora? Odwołując się ustami kolejnych „spasionych” biskupów do jakiegoś nakazu miłości do krzywdzicieli?

 

A no śmiem, i pouczam. Bo nie dlatego piszę do Was ten list, by wybielać te wszystkie bezsporne winy, za które – też w to gorąco wierzę – wszyscy w nie uwikłani w końcu tak czy siak poniosą odpowiedzialność. Piszę do Was ten list, bo mi, jako Waszemu Przyjacielowi, rzeczywiście zależy na Waszym dobru. Pragnę z całego serca, byście dostrzegli, że ta nienawiść względem określonej grupy osób – niszczy przede wszystkim Was samych. Chcę, byście byli sprawiedliwi w Waszych ocenach i osądach, i jeśli mówimy o winach Kościoła – to byśmy mówili też o Jego zasługach. Chcę, byście nie demonizowali ludzi, którzy Kościół ten tworzą. Bo w końcu i ja, Wasz Przyjaciel, z całą moją rodzinką – ten Kościół tworzymy: w sposób niedoskonały, zawodny, częstokrotnie niewłaściwy, ale jednak. I chcę, byście wiedzieli, że jako członek Kościoła – nie mogę ze spokojem patrzeć, jak podobni do Was rzucają przekleństwami i plują w kierunku innych moich przyjaciół na przystanku tramwajowym za to tylko, że śmieli wyjść na ulicę w sutannie lub habicie. Nie mogę się godzić na to, że to zacietrzewienie i stygmatyzowanie – ma miejsce we współczesnym, rzekomo tolerancyjnym i postępowym społeczeństwie. I nie mogę ze spokojem przemilczeć całą sprawę. Bo dziś – plują na księdza w sutannie, ale jutro – tak samo będą pluć na mnie i na moje dzieci. Bo taki jest odwieczny mechanizm spirali zła i nienawiści, która się stale nakręca. O ile, rzecz jasna, sami nie zapragniecie tego procesu przerwać, w myśl głęboko chrześcijańskiej zasady „zło dobrem zwyciężaj”. Mam nadzieję, że się na taki ruch zdobędziecie. Wierzę w Was. I ponad wszystko – wciąż kocham.

 

Z serdecznymi pozdrowieniami

 

 

RacjonalnyKatolik