Memento mori

Współcześnie można wyróżnić zasadniczo dwie skrajne postawy względem śmierci. Pierwsza – powszechna – w połączeniu z niewiarą gruntuje na pysze. W tym przypadku człowiek ucieka się do „budowania własnego życia”, gromadzenia dóbr, rozwoju własnego „ja”, inwestycji we własną przyszłość i tak dalej. Tak, jakby ucieczka do tej całej krzątaniny, doczesności oraz egoizmu miały jakąkolwiek siłę by przemóc ograniczenia i skończoność własnego istnienia. Bardzo często ludzie wtedy w ogóle zapominają o śmierci czy starzeniu się – a wszystko, co im o tym przypomina – piętnują, odrzucają czy przemilczają. Dziejące się wokół nieszczęścia są w zasadzie dla takiego człowieka obojętne przynajmniej dopóty, dopóki nie dotkną go wprost. A jeśli już dotkną, to odbierane jest to jako największa krzywda i niesprawiedliwość z możliwych. Sporadycznie zdarza się, że taki człowiek uznaje własną nadchodzącą śmierć – rzucając wyzwanie całemu Wszechświatowi. Ale tacy świadomi, odważni ateiści – należą do rzadkości. Bez względu na poziom odwagi, dla takich pysznych ludzi każda dodatkowa zmarszczka, nowy siwy włos, następny dzień urodzin – są najczęściej jedynie powodem do zmartwienia i denerwowania się.

 

Druga, znacznie mniej powszechna postawa w połączeniu z wiarą bazuje na pokorze. Przyjęcie faktu własnej, niechybnej śmierci wraz z zaufaniem do Stwórcy i Jego planu na nasze życie w wieczności – wyzwala ku pełni życia, w wolności i niczym niezmąconej radości. Taka perspektywa wymaga jednak pełnego nawrócenia i rzadko spotyka się nawet wśród zadeklarowanych chrześcijan.

 

Dlatego twierdzę, że zdecydowana większość z nas jednak nie wierzy we własną śmierć. Rozumem wiemy, że ona ma przyjść, ale w głębi duszy jest to dla nas zazwyczaj pewien nie mający aż takiego znaczenia abstrakt. Po co myśleć o śmierci? Przecież jesteśmy żywi, trzeba być pozytywnym, cieszyć się życiem, skupiać się na byciu tu i teraz... Mamy tysiące wymówek, wzmacniających naszą niewiarę we własną śmierć. A spróbujcie w dodatku we współczesnym towarzystwie coś o śmierci powiedzieć! Ja czasami próbuję. Na przykład, kiedy mnie pytają: „Będziesz jutro?”, odpowiadam: „Jeśli Pan Bóg da dożyć, to będę”. Zazwyczaj pytający wtedy mówi z przerażeniem w głosie coś w stylu: „O, Jezu...”. I rzecz jasna nie mówi tak dlatego, że zwraca się do Jezusa, tylko dlatego, że, po pierwsze, nie wierzy we własną śmierć i woli ten temat utrzymywać w obszarze tabu. Po drugie myśli przy tym coś na temat fanatyzmu religijnego (no bo wierzyć to sobie można, ale bez przesady).

 

By pokazać tę niewiarę w pełni, zróbmy proste ćwiczenie. Wyobraźmy na chwilę, że gdzieś w przeciwległy zakątek kuli ziemskiej, powiedzmy, w regionie Nowej Zelandii, uderzy potężna asteroida. Od kilku dni wszystkie media dokładnie podają obliczone przez naukowców miejsce uderzenia. Wiemy też, że nic tego zdarzenia nie jest w stanie powstrzymać. Wiemy ponadto, że potrzeba zaledwie 8-12 godzin, by potworna fala uderzeniowa, w dodatku zmieniająca naszą łagodną atmosferę w coś, co przypomina wnętrze rozpalonego pieca, dotarła do miejsca naszego zamieszkania w Polsce. Nikt nie przeżyje. Nawet na głębokości tysiąca metrów pod ziemią zapewne kataklizm nie pozostawi większej szansy na przeżycie. Pozostaje nam więc może 3, może 4 dni życia.

 

Co zrobimy? Co zrobisz, drogi czytelniku czy droga czytelniczko, kiedy własna śmierć przejdzie z obszaru chwiejnej wiary w obszar twardej wiedzy? Czy dalej będziesz robić to, co w życiu zwykle robisz? Będziesz chodzić do pracy? Będziesz kontynuować studia? Czy mając tę wiedzę zaśniesz dziś wieczorem tak samo, jak zwykle? Czy będziesz czytać książki, oglądać filmy? A może gdzieś pójdziesz lub pojedziesz? Choć może to być też już niebezpieczną inicjatywą. Pewnie zapanuje absolutny chaos: rabusie na każdym kroku, bezkarni gwałciciele, fanatycy wołający o nawróceniu obok obojętnych na wszystko ludzi, popadających w skrajną prostrację. Wolący się zapomnieć w narkotyczno-alkoholowo-seksoholicznym amoku, obok zabijających dla rozrywki. Ktoś pewnie skróci sobie wieku w obawie przed cierpieniem, a ktoś pewnie dokądś będzie uciekać, żyjąc złudną nadzieją na ratunek. Jak nie trudno się domyślić, w obliczu pewnej zagłady świat z pewnością nie pozostanie taki jak zwykle, a poziom zbiorowego szaleństwa będzie się nasilać wprost proporcjonalnie do upływających godzin. Chcę przy tym wierzyć, że gdzieś pozostaną jeszcze grupki prawdziwie nawróconych ludzi, spędzających te ostatnie godziny w modlitwie, w pokoju, w miłości, z rodzinami, z Bogiem i w Bogu...

 

Jak by tam nie było, w obliczu pewnej śmierci na pewno obnaży się prawda o nas samych. Kim w istocie jesteśmy? Kto w naszej naturze ostatecznie bierze górę? Czy jestem tęskniącym za spotkaniem z Panem aniołem, czy raczej drżącym na tę myśl ze strachu demonem? Czy jestem osobą sprawiedliwą, żyjąca miłością wolną od strachu, czy jestem przeklęty, bo już odrzuciłem własne zbawienie?

 

Zabawne, że w momencie zamiany indywidualnej perspektywy przykładowych 3-4 dni z powyższej opowieści na przykładowych 3-4 dziesięciolecia nagle apokaliptyczna wizja świata zostaje na dobre zażegnana i wszystko wraca do „normy”. Prawda jest jednak taka, że jedyna zachodząca w związku z tym dla nas zmiana polega na powrocie z obszaru wiedzy na temat własnej śmierci w obszar wiary we własną śmierć. Przecież fakt śmierci pozostaje niezmienny w obu przypadkach. Natomiast wiara ma tę zaletę, że można z niej na co dzień wygodnie nie korzystać. Twardą wiedzę tak ignorować jest znacznie trudniej.

 

To dlatego jesteśmy potem tak zaskoczeni i zrozpaczeni śmiercią bliskich nam osób (że o własnej nie powiem). Śmierć gdzieś tam jest – ale nie z nami i nie dla nas. Kolejne setki ofiar w ramach jakiejś katastrofy transportowej? No to pech, takie życie. Kolejne dziesiątki zginęły w wyniku zamachu? W sumie to sami trochę sobie winni. Miliony umierający na raka? Pewnie źle się odżywiali i palili, więc nic dziwnego. Kolejne tysiące zmarłych na COVID-19? No ale to przecież prawie wszystko z chorobami współistniejącymi, więc co się dziwić… Jesteśmy zasadniczo głusi na tego typu informacje; żyjemy tak, jakbyśmy mieli nigdy nie umrzeć; nauczyliśmy się podmieniać bliżej nieokreśloną przyszłość na wieczność, okłamując samych siebie, zahibernowani w strefie własnego komfortu. No bo jak niby mamy pamiętać cały czas o śmierci? Przecież to nienaturalne. A kiedy śmierć jednak do nas przychodzi – to traktujemy ją jako absolutnie niegodziwego i niesprawiedliwego intruza, który nam krzyżuje plany na życie. I kto jest temu winien? Wszyscy włącznie z Panem Bogiem, tylko nie my sami.

 

Niektórzy filozofowie (np. Benjamin Constant, Ludwig Feuerbach, Maks Horkheimer, Bogusław Wolniewicz), uważają, że gdyby nie śmierć, religia nigdy by nie powstała. Człowiek dopiero wtedy zastanawia się nad nieskończonością, kiedy staje w obliczu własnej skończoności. Dopiero wtedy zwraca się ku ratującemu go od opresji śmierci Bogu, kiedy jej doświadcza. W myśl zasady – jak trwoga, to do Boga. Jako chrześcijanin sądzę jednak, że to tylko część prawdy o nas. Na pewno negatywna motywacja w obliczu śmierci ma znaczenie. Ale pozytywna motywacja, związana z dostrzeżeniem chwały Boga w całym Jego tworzeniu - ma znaczenie jeszcze większe (vide na przykład pełen zachwytu Psalm 104). Nawet gdyby Bóg nam Siebie Sam nie objawiał – i tak co przenikliwszy rozum, co wrażliwsza dusza – byłyby w stanie Jego ślady dostrzec we wszystkim, co nas otacza.

 

I to właśnie ten zachwyt Nieskończonym Bogiem daje mi możliwość stawić czoła własnej śmierci. Bo zamiast od niej ciągle uciekać, ratując pozory życia na tym padole łez, zamiast koncentrować się na niechybnie nadchodzącym bólu i cierpieniu – wolę żyć w wieczności już tu i teraz. Wolę czerpać z nieskończonego źródła wody żywej; w pełni radości i pokoju dla mojego ducha. Twardo przy tym wierzę we własną śmierć: codziennie idąc spać, mam świadomość, że już w tym ciele mogę się nie obudzić; codziennie wstając z łóżka, zdaję sobie sprawę, że mogę już do niego nigdy nie powrócić.

 

Wystarczy zaufać. Wystarczy przestać liczyć wyłącznie na siebie. Wystarczy przestać uciekać przed prawdą o własnej śmierci. Nieważne, czy przeżyje się wtedy jeszcze dzień, miesiąc, czy dziesiątki lat. Najważniejsze, że przestaniemy wtedy codziennie umierać w strachu, tylko zrodzimy się ku nowemu życiu w miłości. Nie bójmy się śmierci. Bójmy się braku zaufania do Boga, zgodnie z wyjaśnieniem św. Jana: „Po to doskonała stała się w nas miłość, aby w dniu sądu nie zabrakło nam ufności, ponieważ jak On jest, tak i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma bojaźni, lecz doskonała miłość usuwa bojaźń, ponieważ bojaźń powstaje z powodu kary, a kto się boi, nie kocha doskonale.” (1 Jn 4:15-18).”

 

Dlatego ja ufam, – nie zuchwale, tylko pokornie. Dlatego nie boję się – nie bezmyślnie, tylko roztropnie. Dlatego jestem gotów – bo na tyle na ile potrafię już kocham, i proszę Boga o łaskę by kochać jeszcze bardziej. Pragnę tylko tego z całego serca i na wieki.

 

A Ty?