Moralność sacrum i profanum

Jako Chrześcijanin nie mam problemu z tym, by oddać cesarzowi co cesarskie, a Bogu, co boskie. Podział na sacrum i profanum jest fundamentalną cechą mojej wiary. Dlatego na poziomie czysto organizacyjnym jak najbardziej popieram rozdział państwa i Kościoła: podczas gdy państwo przede wszystkim jest skupione na sprawach doczesnych, Kościół jest przede wszystkim skupiony na sprawach wiecznych. I nie ma w tym sprzeczności.

To, gdzie upatruję jednak ogromną sprzeczność, to podmiana rozdziału sacrum i profanum rozdziałem na moralne i wolne od moralności. Sfera sacrum wciąż pozostaje pod wpływem dyskursu o moralności, bo uznanie grzeszności ludzkiej natury jest fundamentalnym dogmatem wiary. Dlatego też rozróżnienie dobra i zła dominuje w tej sferze całkowicie, a nauka Magisterium Kościoła zawsze ma na względzie człowieka jako istotę moralną. Natomiast obecność moralności w sferze profanum dziś nie jest już wcale tak oczywista. Profanum zostało wyprowadzone spod zagadnień moralności – co jest o tyle dziwne, że człowiek przecież nie przestaje być istotą moralną, znającą dobro i zło, również na płaszczyźnie spraw doczesnych. A jednak, drodzy, to jest fakt: już samo zadawanie pytanie o to, czy bardziej liberalna polityka fiskalna, czy stosowana polityka wynagrodzeń, czy proponowany sposób leczenia pacjenta, czy wprowadzenie większego poziomu podatków lub redystrybucji dochodów – jest dobry czy zły – wywołuje konsternację wśród współczesnych. Na którym poziomie stawka VAT jest moralnie dobra? Jaki poziom stopy referencyjnej banku centralnego jest moralnie dobry? Jaki plan sprzedażowy służy dobru? Jaki poziom zatrudnienia w firmie jest dobry, a jaki – zły? Jaki rodzaj reklamy jest dobry, a jaki – niedopuszczalny z punktu widzenia chrześcijan? Jaki sposób prowadzenia kampanii wyborczej jest wciąż o.k.? Kiedy zbieranie danych socjologicznych służy dobrym celom, a kiedy już nie? Zadawanie pytania o moralność tych spraw jest w dzisiejszym świecie co najmniej niedorzeczne. Niestety, jeśli zacząć te pytania stawiać na poważnie – to można się spotkać z całkowitym niezrozumieniem nie tylko ze strony niewierzącego świata (co się akurat da zrozumieć); znacznie gorszym jest to, że najczęściej nie napotka się w tym przypadku też zrozumienia ze strony braci i sióstr w wierze (wiara wiarą, ale bez przesady… nie można przecież zamieniać się w fundamentalistę? Przecież to jest purytanizm i przywiązywanie się do formy, a nie do treści?.. I temu podobne zarzuty).

Dlatego twierdzę, że profanum w dzisiejszych czasach jest wyłączone spoza zakresu Ewangelii. Profanum dziś nie rządzi się przede wszystkim kwestią dobra lub zła, a raczej – kwestią poprawności lub błędności. Wszystko w sferze profanum jest podporządkowane użyteczności – a tym samym, rządzi się filozofią utylitaryzmu. Jeśli coś nam służy z pragmatycznego punktu widzenia – to jest to poprawne. Jeśli nie – to jest to błędne. Tak zwany „zdrowy rozsądek” jest naczelnym instrumentem podejmowania codziennych decyzji. I wszystko działa dopóty, dopóki to, co użyteczne, jest też moralnie dobre. A co, jeśli to, co użyteczne, równocześnie jest moralnie złe? Wzrost konsumpcji jest dobry z punktu widzenia gospodarki. Ale czy jest takim z punktu widzenia dobra i zła? Napędzanie inwestycji tworzy nowe miejsca pracy, więc z pragmatycznego punktu widzenia jest bezsprzecznie dobre. Ale co, jeśli owa inwestycja dotyczy tworzenia kolejnych odwiertów gazu łupkowego, które za chwilę przemienią cały przylegający krajobraz w księżycową pustynię? Dołożenie kolejnego obowiązku biurokratycznego może być wysoce użyteczne z punktu widzenia państwa, ale czy faktycznie jest dobre w swojej istocie? Czy rozwiązanie OFE było dobre czy złe? A pomoc publiczna? A legalizacja lekkich narkotyków do celów medycznych? A zaostrzenie polityki migracyjnej? A poluzowanie kryterium kredytowych?.. Proszę wybrać tak lub nie – nie ma to znaczenia. Ostatecznie we współczesnym świecie i tak decyduje tylko użyteczność poszczególnych decyzji, a co nie jest użyteczne – to jest od złego. Przykro mi, drodzy wyznawcy Chrystusa, ale w dyskursie publicznym nasza opinia na dzień dzisiejszy zupełnie się nie liczy. Są jedynie tematy o charakterze „czerwonej płachty na byka”, takie jak eutanazja, aborcja, legalizacja związków homoseksualnych – w których to tematach toczy się najbardziej zażarta ideologiczna walka. Śmiem jednak twierdzić, że owe tematy dla zlaicyzowanych decydentów – częstokrotnie służą jako wygodna, ideologiczna przykrywka dla garnka gotującego znacznie mniej oczywiste sprawy o charakterze doczesnym. Codziennie jesteśmy uwikłani w tysiące czyichś wcześniejszych decyzji w zakresie zakupu czegoś w jakimś przetargu, realizacji jakiegoś zamówienia, dostawy pewnego podzespołu, które to decyzje w marginalnym stopniu opierały się o kierowanie się zasadą chrześcijańskiej miłości do Boga i bliźniego.

Najgorsze jest jednak to, że zabierając kwestię moralności ze strefy profanum, bardzo często skazujemy się na bycie istotami niemoralnymi. Gramy według innych zasad – utylitaryzm nader często stoi w opozycji do chrześcijaństwa. Często czuję się niewolnikiem utylitarnego systemu, w którym się obracam. Co gorsza, nie mam nawet jak odpowiedzieć na to wyzwanie, bo nikt mnie – nawet wśród wierzących i praktykujących chrześcijan – nie chce słuchać. A poza tym mam rodzinę i dzieci na utrzymaniu, sam chcę korzystać z dóbr cywilizacji, jestem lojalny względem moich inwestorów oraz zespołu firmowego – więc często wystarczy tylko szczypta konformizmu i już jestem „złamany”. Mogę całą moją chrześcijańską moralność wyrzucić do kosza, jako coś zupełnie przestarzałego i… nieużytecznego.

I właśnie tak, kochani, dochodzi w dzisiejszym świecie do swoistego rozszczepienia jaźni wśród chrześcijan. Prywatnie każdy z nas może sobie się modlić, chodzić do kościoła, wspólnot charyzmatycznych oraz wychowywać dzieci zgodnie z chrześcijańskim poglądem na dobro i zło. Ale zaraz po przekroczeniu progu własnego domu czy świątyni, wychodząc w świat – stajemy się trybikami w utylitarystycznej machinie, która wszystko podporządkowuje zasadom użyteczności. I trzeba nie lada sprytu oraz odwagi, by móc się tej machinie przeciwstawić. A świat w tym czasie nam zarzuca podwójne standardy, ów konformizm właśnie, oczywistą hipokryzję. I zmartwię Was, ale świat ma rację. Zachowując się rzekomo po chrześcijańsku – ostatecznie zdradzamy nasz kręgosłup moralny, ulegając krańcowej funkcji użyteczności. Więc kto tu jest faktycznie hipokrytą? Świat, który przynajmniej nie udaje, że jest jakiś inny niż jest? Czy chrześcijanin, który w kościele mówi co innego, a w życiu – robi zupełnie coś innego?

Ale to jeszcze nie koniec. Bo jako chrześcijanie przyzwyczailiśmy się do narracji „oblężonej twierdzy”. To świat jest zły, - nie my. Dlatego to my „bronimy wartości”, „walczymy” ze światem jego metodami, próbujemy udowodnić, że to my mamy rację. Ale prawda jest taka, że odpowiedzialność za opisany stan rzeczy spoczywa w pełni na nas. Owszem, to nie my historycznie doprowadzaliśmy do owego stanu wycofania myślenia chrześcijańskiego z przestrzeni publicznej, ale to my dalej ten stan podtrzymujemy! Świat jest jaki jest – niewierzący, zlaicyzowany, hedonistyczny… Świata nie interesują nasze z Wami moralne dylematy. Świat jest zajęty budową utylitarystycznej wieży do nieba, i w sumie to nic mu do nas. Ale to, że to my abdykowaliśmy w pewnym momencie przed użytecznością w sferze profanum, oddając pełnię władzy w dzisiejszym świecie temu potworowi, - to jest już nasza odpowiedzialność. Bo chrześcijanin broniący się – to jest chrześcijanin już przegrany. Przecież my jesteśmy solą ziemi, kimś, kto powinien aktywnie być w natarciu względem otoczenia, przemieniać go, dodawać mu smaku. Nasza miłość powinna się rozlewać wokół, zarażać innych, nie dawać im spokoju. A tym czasem wolimy się modlić prywatnie, nikomu nie narzucać własnej wiary, szanować wolność świata i bronić naszych wartości. Niestety, kochani, taka postawa jest postawą ludzi przegranych.

Co więc pozostaje? A no – po pierwsze, trzeba kierować się naczelną zasadą miłości. Dlatego nie o to chodzi, by zaraz urządzać pikiety wszystkich sklepów, sprzedających przy kasach prezerwatywy; bojkotować stacje paliw, sprzedające magazyny dla dorosłych czy w inny podobny sposób prowadzić do zamętu i pogłębiania nieporozumienia. Chodzi o to, by zacząć w ogóle myśleć po chrześcijańsku i spokojnie, z godnością, ale też z roztropnością i wielkim dbaniem o dobro zarówno Boskie, jak i indywidualne oraz społeczne – przywracać do wymiaru publicznego dyskusję na temat dobra i zła w zakresie wszelkich decyzji, mających wpływ na nasze życie. Jest w tym wielka odpowiedzialność nie kapłaństwa służebnego – ale przede wszystkim właśnie nas, szeregowych członków Kościoła, będących nauczycielami, kierowcami, ekonomistami, budowlańcami czy lekarzami...

Po drugie trzeba na indywidualnym poziomie porzucić bierność i wyjść poza strefę komfortu. Zbyt często zachowujemy się jak św. Piotr przed zesłaniem Ducha Świętego i kierujemy się po prostu wygodnictwem oraz strachem. Odpowiedzią na nasze wątpliwości niech jednak będzie świadomość tego, że Jezus już dzierży pełnię władzy na niebie i na ziemi (por. Mat 28:18). Będąc włączonymi w Jego mistyczne ciało – już jesteśmy zwycięzcami. Może nas, świadomych i poszukujących Prawdy chrześcijan i jest mało, ale jak naucza nas sam Bóg: „Wy jesteście solą ziemi, a jeśli sól utraci swój smak, to czym go przywrócić? Nie przydaje się na nic! Wyrzuca się ją i ludzie ją podepczą. Wy jesteście światłem świata; nie da się ukryć miasta, które leży na górze. Nie zapala się też świecy i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku – i świeci wszystkim w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre czyny i chwalili waszego Ojca, który jest w niebie.” (Mt 5:13-16). By posolić jakąkolwiek potrawę, wcale nie trzeba dużo soli. By oświetlić ciemne pomieszczenie, wcale nie trzeba dużej liczby świec. Nie bądźmy jak zwietrzała sól, jak przyciemniona świeca. Niech czynienie dobra dla naszego Ojca, który jest w Niebie prawdziwie będzie celem naszego życia, niech Jego królestwo szerzy się również w obszarze doczesnym, niech Jego wola co do wzajemnego miłowania Boga i człowieka będzie pełniona wszędzie. Nie ukrywajmy się w odruchu fałszywej skromności z tym, kim jesteśmy, ani nie popadajmy w pychę z tego tytułu – bo to my, będąc złączonymi z naszym ukochanym Mistrzem, mamy na losy tego świata decydujący wpływ. Nie nasza to jednak zasługa, tylko Tego, Kto odwiecznie z nami Jest.

Szalom! :)