O apostazji słów kilka

Stało się. Symbolicznym aktem pożegnania Jola Szymańska zakończyła przygodę z katolicyzmem. Bolesne to, bo jednak podobne do utraty rodzeństwa. Z drugiej strony – nie dziwi to wcale.

Ostatnio spotykam się z coraz większą liczbą tego typu ostentacyjnych odejść z Kościoła ludzi wkurzonych, zawiedzionych i zniechęconych, czy też wiedzących lepiej. W moim otoczeniu już jest całkiem spora grupka ludzi, którzy mówią, że byli wierzącymi, ale już nie są. Akurat Jola Szymańska od dawna zmierzała w tym kierunku. Natomiast widziałem jakoś kilka dni temu jej wykwintny post z pięknym zdjęciem ze środkowym palcem. Wkurzyła mnie tym, bo pomyślałem, że powinna się w końcu określić, po czyjej jest stronie. Co też niniejszym zrobiła – cieszę się więc, że przynajmniej jest szczera sama ze sobą i nie będzie udawać, że jest kimś, kim w zasadzie od początku nie była.

Dlaczego jestem tak kategoryczny w tej ocenie? Z wyjaśnieniem przychodzi sam Bóg: "(4) Otóż niemożliwe jest, aby ci, którzy raz zostali oświeceni, zakosztowali daru niebieskiego, stali się uczestnikami Ducha Świętego (5) i zakosztowali dobrego słowa Bożego oraz przejawów mocy przyszłego wieku, (6) a mimo to odpadli - ponownie się nawrócili. Oni dla siebie znów ukrzyżowali i zelżyli Syna Bożego. (7) Przecież ziemia, która wchłania często padający deszcz i wydaje roślinność użyteczną dla tych, co ją uprawiają, uczestniczy w błogosławieństwie Bożym. (8) Ta zaś, która przynosi ciernie i osty, jest nieużyteczna i grozi jej przekleństwo, a losem jej wypalenie [przez słońce]." (Hbr 6:4-8). Te wersety jednoznacznie wskazują, że jeśli ktoś prawdziwie doświadczył wiary, to niemożliwym jest, by jednak odpadając – znowu się nawrócił. Interpretuję to tak, że osoba mówiąca, że „kiedyś wierzyła” tak naprawdę nie była nigdy nawrócona. Wszystkie osoby, których znam, a które też tak samo mówią, że "kiedyś wierzyłem(am), ale..." - posądzam o to, że nigdy tak naprawdę nie rozkochali się w Bogu. Nie wierzę, że można kochać Boga całym umysłem, całą duszą, z całego serca i z całych sił, - i dobrowolnie, lub nawet pod wpływem jakichś tragicznych wydarzeń – zapomnieć o tej słodkości, o tej błogości, o tym poczuciu wolności i głębokiej, wypełnionej pokojem radości, która z tej miłości wypływa. Gdyby tak było, musiałoby to oznaczać tylko czy aż tyle, że człowiek dobrowolnie odrzuca swoje własne szczęście i sens własnego życia. Dlatego twierdzę, że takie osoby po prostu nigdy wcześniej tak naprawdę Boga nie pokochały. Dlatego też nie warto się przejmować tym, gdy ktoś mówi, że "wierzył, ale...". Co to znaczy, że wierzył? Demony też wierzą, i drżą.

Niezależnie od tego, obserwując z jaką dynamiką teraz przebiega owe "określanie się", jak w końcu ludzie zaczynają twardo definiować, po czyjej są w końcu stronie – sądzę, że czasy ostateczne są już tak blisko, że bliżej być nie mogą. Cieszmy się i radujmy się, drodzy, bo Pan już nasz nadchodzi – w pełni chwały i ku naszemu zbawieniu. Trwajmy i nie odpadajmy, bo kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.

Szalom! :)

P.S.: Filmik Joli do obejrzenia tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=16dzD2jfkew&feature=youtu.be&fbclid=IwAR10ndxOYdwzOvNs6S4RCu...