O byciu dzieckiem Boga

Na wstępie od razu muszę przeprosić i powiedzieć jasno: nie jest moim celem obrażanie kogokolwiek, wyśmiewanie czy wywyższanie się nad nim. Chcę jedynie pokazać perspektywę, z której argument ateistów o powstaniu życia „samego z siebie” wygląda na bardzo i to bardzo niedojrzały.

Otóż jak byłem dzieckiem, cechowała mnie spostrzegawczość - podobnie zresztą jak wielu dzieci. Pamiętam siebie w okresie mniej więcej 3,5 lat. Dostrzegałem wtedy na przykład ze zdziwieniem, że podłoga, która jeszcze wieczorem, przed moim zaśnięciem - była brudna, rano po przebudzeniu była już umyta. To było nie do wiary, ale lodówka sama się wypełniała smacznym, ugotowanym jedzeniem. Nie uwierzycie mi z pewnością, ale widziałem na własne oczy, jak rzeczy w szafie, w której zrobiłem bałagan - same się któregoś dnia znowu poukładały. Widziałem samoprasującą się i samoprzebierającą się pościel czy samosprzątające się zabawki (z nimi to w ogóle była osobna historia - bo mogłem je dowoli rozrzucać, ale i tak uparcie potem wracały na miejsce). Widziałem wiele innych, podobnych w swej cudowności, zajść.

Zachowałem w sercu pamięć jak i moje ówczesne przemyślenia z tamtych czasów, by się nimi dziś z Wami podzielić. Otóż rozczaruję pewnie Was, ale już wtedy byłem pewien, że to jednak sprawka mamy albo taty. Nie widziałem, kiedy i jak to wszystko robią, ale miałem poczucie graniczące z pewnością - że to oni. No bo jak inaczej to wszystko wyjaśnić? Mogłem dać sobie rękę uciąć w dyskusji z moją młodszą siostrą, że tak jest. Niestety, siostra wtedy jeszcze była na etapie pełzania, oblizywania wszystkiego i poznawania świata głównie poprzez zmysł smaku, dlatego nie chciała ze mną na ten temat dyskutować.

Drugie przemyślenie, bazujące na pierwszym, polegało na tym, że czułem się niezwykle kochany. Być może wydaje się Wam, dorosłym, że 3,5-letnie dziecko nie jest zdolne na taką refleksję, ale nie jest to poprawne podejście. Pamiętam wyraźnie mój uśmiech na myśl o tym, że fajnie być tak kochanym dzieckiem, dla którego tyle dobra się robi.

I trzecia myśl, którą muszę tu z pewną dozą wstydu wyznać - była taka, że w takim razie będę z tego stanu rzeczy bezczelnie korzystać. Dopiero z biegiem lat nauczyłem się być wdzięcznym moim rodzicom. A najwięcej doceniam ich teraz, po jednej trzeciej stulecia od tamtego czasu, kiedy sam już jestem ojcem czwórki małych dzieci i wiem, ile kosztuje pracy, trudu i wyrzeczeń zapewnienie już moim maluchom analogicznego poczucia magiczności i bycia kochanym.

Owe wyraźne doświadczenie z dzieciństwa zrodziło we mnie twarde przekonanie, że porządek - czy to na poziomie ułożenia zabawek, czy na poziomie organizacji molekuł DNA - nie może się wziąć sam z siebie. Za każdym razem wymagana jest jakaś wyższa i przerastająca nas w danej chwili inteligencja, która uporządkowuje rzeczywistość. Chaos i nicość po prostu nie umieją tego robić. Mogę dać sobie rękę uciąć by to udowodnić - ale moi przyjaciele-ateiści nie chcą ze mną na ten temat rozmawiać. Przypuszczam, że to z powodu faktu bycia na etapie, kiedy świat jeszcze się poznaje przez ograniczoną liczbę zmysłów.

Druga sprawa, wynikająca z pierwszej jest taka, że czuję się w związku ze świadomością porządku w stworzeniu ogromnie kochany. Fajnie jest być człowiekiem, mieć tak cudowny i „samodostrajający się” organizm i móc z niego korzystać. Rewelacja. I też cieszę się, że nawet kiedy narozrabiam - jest Ktoś, Kto to umie ponownie posprzątać.

I trzecia sprawa – nie bez wstydu, ale nie ukrywam, że dopiero się uczę być wdzięcznym Bogu za sam cud życia. Nie mam tak naprawdę jeszcze pojęcia, ile pracy, wyrzeczeń i poświęcenia jest wymagane ze strony Boga, by to wszystko tak działało, jak działa. Przypuszczam, że wiele - tak dużo, że pewnie nigdy nie będę w stanie tego wystarczająco docenić. Tak czy siak - z wdzięcznością i z radością jestem gotów wzrastać ku tej dojrzałości dalej. Fajnie jest być dzieckiem samego Boga i móc przekazywać cud życia innym.

Szalom! :)