O doskonaleniu siebie

Dziś bardzo często obserwuję próby chrześcijan do naprawiania samych siebie. Różnego rodzaju płynące z tej pobudki postanowienia, techniki samodoskonalenia czy też otwarcie się na „psychologię sukcesu” – rzekomo mają uczynić nas lepszymi i przybliżyć do Boga.

Jednak znakiem rozpoznawczym opisywanej postawy jest egoizm, któremu towarzyszy dumne zadowolenie z osiąganych przez siebie wyników lub gniew zmieszany ze smutkiem z powodu braku takowych. W przedstawionym cyklu myślowym nie ma miejsca na relację z Bogiem – ale za to jest sporo miejsca na to, by „być jak Bóg, znającym dobro i zło”. Stając się sędzią we własnej sprawie – nie dość że nie jesteśmy obiektywni (a więc z założenia skazujemy się na bycie niesprawiedliwymi), to jeszcze tracimy z pola widzenia sedno naszej wiary – czyli miłość i zaufanie do Boga. „Akceptując/wyzwalając/wyrażając siebie” w takim stanie – w istocie pieczętujemy trwałe oderwanie od relacji z Bogiem.

Kochani, nie przyszywa się nowej łatki do starej odzieży. Chrześcijanin nie „doskonali się”, tylko całkowicie zmienia sposób myślenia a przez to i życia. Chrześcijaństwo to nie jest system zarządzania jakością, w ramach którego obiecywane jest ciągłe doskonalenie. Chrześcijaństwo jest całkowicie nową jakością życia.

I w związku z tym – nie naprawiajmy się. Otwierajmy się na łaskę całkowitej przemiany naszych serc. Jeśli się uczymy czegoś nowego (i bardzo dobrze!) – to róbmy to ku chwale Bożej, a nie swojej. Jeśli opanowujemy jakąś nową technikę – tak samo. Jeśli angażujemy się w pomoc innym, pracujemy, piszemy rozprawę doktorską, wychowujemy dzieci, kształtujemy relacje z najbliższymi – to analogicznie, róbmy to po prostu dla naszego Pana, a nie dla siebie. Wtedy przemiana przyjdzie w sposób niezauważalny, całość będzie wypełniona miłością i skierowana ku szerzeniu Królestwa Bożego. W przeciwnym razie, przy zamknięciu myślenia na siebie – przestajemy po prostu być chrześcijanami.

Szalom! :)