O egoizmie a poczuciu szczęścia

Współczesny, przesiąknięty filozofią hedonizmu wielkomiejski egoista bazuje na założeniach, że:

  1. jest właścicielem własnego życia;
  2. najlepszą drogę do skorzystania z pełni życia proponuje tzw. psychologia sukcesu;
  3. spełnienie się polega na zadowoleniu kolejnych potrzeb;
  4. zadowolenie wszystkich potrzeb zapewnia poczucie szczęścia.

Jednak w tym myślowym schemacie każde z czterech założeń jest fałszywe. Rozpatrzmy po kolei każde z nich.

Po pierwsze, w kontekście bycia właścicielem swojego życia, warto przypomnieć, że nie panujemy ani nad momentem naszego urodzenia, ani (poza nielicznymi wyjątkami dotyczącymi celowego skrócenia lub nieznacznego przedłużenia życia) - nad chwilą śmierci. Na codzień nie mamy większego wpływu na funkcjonowanie naszego organizmu. Nie wybieramy rodziców z całą resztą rodziny. Te małe wybory, które w normalnych okolicznościach dokonujemy, też o niczym istotnym nie decydują. Zresztą, kto o nich pamięta już w kolejnych dniach od ich dokonania? Prawdziwie ważnych decyzji, które rzutują na całe nasze życie, jest zaledwie garstka: jakim wartościom będziemy chcieć pozostawać wiernymi, jakie umiejętności rzeczywiście będziemy chcieć w sobie rozwijać czy też jaki fach zechcemy realizować, kogo poślubimy, czy zapragniemy mieć dzieci, czy i jak będziemy troszczyć się o innych. Umówmy się przy tym, że cała reszta rzekomo ważnych wyborów - dotycząca chociażby decyzji o zakupie samochodu, zaciągnięciu kredytu mieszkaniowego, emigracji itp. - to są jedynie pochodne naszych sytuacyjnych możliwości i preferencji. Czy ja decyduję o moich preferencjach? Nie specjalnie: bo niechże wyjaśnię, dlaczego wolę tiramisu od szarlotki. A czy ja decyduję o moich możliwościach? Też nie, bo w pewnym sensie są one tylko odzwierciedleniem wcześniejszego splotu mniej lub bardziej korzystnych dla mnie okoliczności, które otrzymałem w zestawie razem z całym moim życiem. A więc w istocie - nie reprezentujemy sobą zbyt wiele na co dzień, nie mając żadnych szczególnych zasług i nie kontrolując od początku nawet sam fakt własnego istnienia. Jesteśmy niczym liście na drzewie życia: w określonym czasie korzystamy z jego życiodajnych soków, dojrzewamy, pełnimy wedle własnych możliwości oraz zgodnie z wrodzonymi preferencjami swoją życiową funkcję, żółkniemy, więdniemy i ostatecznie odpadamy od drzewa, bez większego wpływu na całość ludzkiej historii. Co niektóry liść czasem nabierze bardziej wyrazistą barwę, czasem wpłynie mocniej na sąsiadujące liście czy pozwoli gałęzi pozyskać więcej korzyści ze swojej życiowej działalności - ale to go nie chroni od podzielenia ostatecznie tego samego „liściastego” losu, będącego wspólnym mianownikiem dla wszystkich. Jak zauważa Jezus: „A któż z was, tak zatroskanych [o wszystko], może dodać jedną chwilkę do swojego życia?” (Mt 6:27). Z tej perspektywy mówienie o „panowaniu”  nad własnym życiem jest conajmniej przesadą. Lepiej powiedzieć, że jesteśmy odbiorcami daru naszego życia, jego tymczasowymi użytkownikami.

Po drugie, psychologia sukcesu dziś odnosi w wielkomiejskim towarzystwie duże sukcesy. Bycie „self-made man”, „pewnym siebie”, „człowiekiem sukcesu” - ma rzekomo stanowić o szczęściu lub nieszczęściu osobnika, rozstrzygać o wartości czy kompletności jego życia. W tym nurcie jest wymieszany cały współczesny, duchowy „groch z kapustą” - od modnego w kręgach biznesowych NLP (ang. Neuro-Linguistic Programming), poprzez permanentny coaching i treningi, natchnione religiami dalekiego Wschodu medytacje lub inne praktyki New Age, zaczytywanie się biografiami bogaczy, tysiącami poradników w stylu „Jak odnieść sukces”, zachwycanie się „teologią błogosławieństwa”, która ma zapewnić zdrowie, piękno i pieniądze itd. itp. Tak, niby decyzja o założeniu wesołej maski miałaby moc rozweselania jej nosiciela. Tak, jakby rozpoczęcie odgrywania roli szczęściarza miałoby moc uczynienia aktora szczęśliwym. Zresztą komu i co mamy przez takie praktyki udowodnić? Życie jednego liścia nie będzie zdecydowanie się różnić od życia innych liści tylko przez to, że się w trakcie życia było bardziej pewnym siebie liściem. Jeśli psychologia sukcesu ma zapewnić takiemu liściu choć trochę więcej szczęścia - to jednak wyjątkowo czcze i marne są jej wysiłki, a całość owej psychologii należy uznać jedynie za próbę okłamywania siebie. Kohelet również eksperymentował w tym kierunku, po czym pozostało mu jedynie napisać: „I przekonałem się, że mądrość ma taką przewagę nad głupotą, jak światło nad ciemnością. Mędrzec ma oczy w swej głowie, a głupiec w ciemności chodzi. Poznałem wszakże i to, że jednaki jest los ich obu. Pomyślałem więc sobie: Los, który spotka głupiego, spotka również i mnie. Do czegóż posłuży mi zatem cały ogrom nabytej mądrości? Rzekłem więc sobie: I to także jest marnością! Nie ma bowiem trwałej pamięci ani po mędrcu, ani po głupcu, skoro już w najbliższych dniach [po śmierci] niepamięć pokryje wszystkich. Tak tedy mędrzec umiera podobnie jak głupiec!” (Koh 2:13-16).

Po trzecie, można wielokrotnie stać się „człowiekiem roku”, wybudować nowszy dom, być twarzą okładki wielu czasopism, znaleźć chwilowe pocieszenie w winie czy seksie, zostać celebrytą i milionerem - a wciąż nie zaznać szczęścia. Osobiście poznałem wielu ludzi, którzy po osiągnięciu kolejnego celu życiowego - wciąż pozostawali nieszczęśnikami. Można skonsumować ciastko i poza krótkotrwałym poczuciem satysfakcji - nie poczuć nic, zapominając dodatkowo nazajutrz o wszystkim. Dzieje się tak dlatego, że konsumpcja - nie ważne czego - zawsze służy tylko zadowoleniu jakiejś potrzeby. A zadowolenie kolejnej potrzeby nie zmienia faktu naszego bycia „liściem w drzewie życia”. Liść nastawiony jedynie na konsumowanie soków z drzewa, nigdy jednak się nie spełni, zawsze będzie chcieć więcej, nie osiągając stanu szczęścia - nawet pod pozorem robienia dobrych rzeczy. Tak, tak - jazda nowym samochodem,  kiedy poprzedni był jeszcze całkiem sprawny, zamieszkanie w nowym domu, kiedy poprzedni był absolutnie w porządku, otrzymanie kolejnego dyplomu, choć nawet poprzednie wykształcenie nie wykorzystano jak należy, chwalenie się własną religijnością i pobożnością lub własną działalnością charytatywną, wychowywanie dzieci „dla siebie”, zapracowywanie się od świtu do nocy rzekomo w trosce o rodzinę, pomaganie innym w celu przekupstwa własnego sumienia - to jest kilka z wielu przykładów postawy konsumenta, zadowalającego jedynie własne potrzeby. Sęk w tym, że zadowalanie siebie i spełnianie się - bazują na dwóch całkowicie odmiennych czynnościach. W pierwszym przypadku bierzemy. W drugim - dajemy. I nie jest problemem to, że przy okazji brania - inni na tym też korzystają. Problemem jest to, że ja przy takim braniu się prawdziwie nie spełniam - i w głębi duszy zawsze o tym wiem. Kohelet również w tym zakresie pozostawił nam obszerne fragmenty dotyczące wyżej opisywanej marności - zainteresowanych odsyłam do przeczytania całego drugiego rozdziału księgi Koheleta.

Wreszcie, podobnie jak nie kontrolujemy większości spraw w swoim życiu, analogicznie poczucie szczęścia nie zależy od naszego uganiania się za nim. Nie sposób kontrolować poczucia szczęścia. Przykładowo, wstając rano, nie można powiedzieć sobie: dobra, dziś będę o 17% szczęśliwszy niż wczoraj. Albo o 10% bardziej szczęśliwy niż miesiąc temu. I żadna łatka „człowieka sukcesu” tego nie zmieni. Prawdziwe poczucie szczęścia przychodzi tylko przy okazji dawania siebie innym z miłości, ofiarowywania siebie owemu „drzewu życia” w całości - i nie da się tego procesu oszukać. Liść, który pokornie i z wdzięcznością przyjmuje swój los, dostrzega swoją realną (dość skromną a zarazem wciąż ważną) rolę w znacznie większym, pięknym i trudnym do wyobrażenia wydarzeniu, zaczynając pracować dla dobra ogółu - dopiero w tym momencie faktycznie otwiera się na poczucie szczęścia.

Dlatego, kochani, warto sobie postawić znaki równości przy takich pojęciach: egoista = branie dla siebie = brak spełnienia = nieszczęście. Oraz: kochający = dawanie innym = spełnienie = szczęście. W pierwszym równaniu napędem do działania jest miłość do siebie, a celem samym w sobie jest branie. W drugim przypadku napędem do działania jest miłość do innych, a celem samym w sobie jest dawanie. W obu przypadkach odpowiednio nieszczęście jak i szczęście - przychodzą jako nieuchronny produkt uboczny wybranej postawy.

Nie wierzycie, że tak w istocie jest? Spróbujcie, a zobaczycie. Jeden mały eksperyment wcale dużo nie kosztuje, a stracić lub zyskać można bardzo wiele - bo ni mniej ni więcej tylko życie wieczne, czyli pełne i spełnione.

Szalom! :)