O grzechu niewiary

Mam spory problem z ludźmi w moim otoczeniu, którzy są z wyboru niewierzący. Z jednej strony wmawia się nam, że wiara lub niewiara każdego – to jego wybór. Z innej – coś w świadomym wyborze niewiary jest takiego, co mnie do głębi porusza, boli, gniewa i oburza. Prawdę mówiąc, nie gniewam się na ludzi – naprawdę staram się wybaczać wszystko, zanim to jeszcze nawet nastąpi. Ale świadomą, upartą postawę bezbożnictwa, poczytam za coś prawdziwie zasługującego na gniew. I nie dlatego, że jestem taki fanatyczny czy zaślepiony religijnością, lecz dlatego, że w takiej postawie jest tak dużo pychy i zarozumialstwa, że jakiekolwiek próby wyrozumiałości dla niej są z góry skazane na niepowodzenie.

 

Dostrzegam przy tym, że świat, a w ślad za nim w znacznej mierzej i współczesny, post-modernistyczny Kościół – zapomniał, że świadoma niewiara jest grzechem, i to śmiertelnym. Odmowa słuchania prawd wiary oraz pogardzanie nimi bezpośrednio grozi utratą zbawienia. Św. Tomasz głosił, że grzech świadomej niewiary rodzi się wtedy, gdy człowiek zaślepiony pychą nie chce poddać swego rozumu zasadom głoszonym przez wiarę. I choć posiadanie wiary nie jest czymś, z czym się rodzimy, bo wiara jest ponadnaturalną łaską, to świadome odrzucanie tej łaski, niesłuchanie czy nieprzyjmowanie Prawdy objawionej, przekręcanie wiedzy o tym, Jakim Bóg jest albo udowadnianie, że Bóg nie istnieje – zgodnie z nauką Tomasza z Akwinu jest największym z grzechów.

 

I dałoby się wybaczyć ten grzech wtedy, gdyby człowiek chociaż dopuszczał do siebie, że on może tego przebaczenia potrzebować. Ale jak donieść prawdę do kogoś, kto nie dopuszcza nawet myśli, że może się mylić? I tutaj dochodzimy do sedna mojego problemu. Bo z jednej strony istnieje spora grupa teologów i duchownych, który twierdzą, że za zbawienie niewierzących trzeba się modlić. Ale z drugiej strony świadomie niewierzący, odrzucając Boga, gardzą Nim i dobrowolnie zamykają Bogu możliwość własnego zbawienia. Sam Chrystus wyłącza takich światowych niewierzących ze swojej modlitwy arcykapłańskiej: „(8) Bo słowa, które Mi dałeś, dałem im i oni je przyjęli i naprawdę poznali, że wyszedłem od Ciebie, i uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. (9) Proszę za nimi. Nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, bo są Twoimi.” (J 17:8-9). W innym miejscu Ewangelii św. Jana z kolei czytamy, że „(18) Kto wierzy w Niego, nie będzie potępiony, a kto nie wierzy, już jest potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.” (J 3:18). A skoro ktoś już jest potępiony, to jaki sens jest za niego się modlić? Dlatego też w ślad za Chrystusem św. Jan w swoim liście nie zaleca modlitwy za takimi, co nie wierzą, pisząc tak: „(16) Jeśli ktoś widzi brata popełniającego grzech, który nie sprowadza śmierci, to niech prosi, a [Bóg] takiemu - i wszystkim nie popełniającym grzechu, który sprowadza śmierć – da życie. Istnieje grzech sprowadzający śmierć; i nie mówię, żebyś się za tego [kto go popełnia] modlił.” (1 List J 5:16). Oczywiście, jeśli ktoś się nawróci i jednak wyrzeknie się swojej niewiary, to jak najbardziej należy się za niego modlić, tak jak to czyni Jezus: „(20) A nie tylko za nimi proszę, lecz także za tymi, którzy uwierzą we Mnie dzięki ich nauczaniu.” (J 17:20). Lecz dopóki ktoś nie wierzy z własnego wyboru – to modlitwa o nawrócenie takiego kogoś jest w sumie mało użyteczna.

 

Pamiętajmy też, że zgodnie z KKK 183, wiara jest konieczna do zbawienia. Nie jest, tak jak to twierdzą protestanci, jedynym warunkiem zbawienia – bo „(21) Nie każdy, kto mówi do Mnie: Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebieskiego, ale ten, kto spełnia wolę mego Ojca, który jest w niebie.” (Mt 7:21). Nie mniej bez wiary nie ma zbawienia, bo „(16) Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony.” (Mk 16:16). A zatem spodobało się Bogu, byśmy dochodzili do zbawienia przez wiarę w Jego Syna, i nie ma większego grzechu niż niewiara, bo taki grzech nie dopuszcza możliwości zbawienia.

 

Dlatego myślę, że modlić się o zbawienie dla ludzi świadomie odrzucających Boga to trochę tak, jakby prosić bank o umorzenie kredytu dla dłużnika, który twierdzi, że tego kredytu nie ma. Oczywiście trzeba też powierzać i takich Opatrzności Bożej, - czasami, jak to było w przypadku św. Pawła z Tarsu – Bóg potrafi nadzwyczajnymi metodami spektakularnie dotrzeć i do takich. Lecz śmiem twierdzić, że dalece nie każde zatwardziałe serce jest w stanie tę nadzwyczajność zaakceptować, bo większość zwyczajnie nie da się przekonać, nawet gdyby umarli do nich przyszli by ich przekonywać (Łk 16:31). Tak też, drodzy, włóżmy „obuwie dla gotowości niesienia ewangelii o pokoju” (Ef 6:15), „I tak czuwajcie z całą wytrwałością w modlitwie błagalnej za wszystkich świętych” (Ef 6:19). A kto nie chce być świętym… no cóż, ma ku temu święte prawo. Niech jednak za swoje potępienie nie obwinia nikogo poza samym sobą.

 

Po co to mówię? Głównie po to, by przypomnieć sobie i Tobie, drogi czytelniku lub droga czytelniczko, że świadoma niewiara jest grzechem śmiertelnym, który wyklucza możliwość zbawienia. Nawracajmy się, błagam! Czas skończyć z udawaniem, że niewiara jest czymś normalnym. Zamiast milcząco się o świadomie niewierzących modlić – rozmawiajmy, przekonujmy, błagajmy i wyjaśniajmy. Przestańmy być Kościołem po cichu się modlącym, tylko zacznijmy znowu głośno głosić Ewangelię – każdy na swoim miejscu, tak, jak tego oczekuje od nas nasz Pan. Nawet jeśli w wyniku tej całej pracy nawróci się tylko jeden niewierzący z miliona – to będzie warto się starać.

 

Niech będzie pochwalny Jezus Chrystus! Szalom! :)