O ludziach (anty)kościelnych

Tym razem będzie przyziemnie. Jak też zejdę z poziomu ogólnego na personalny. Aczkolwiek obiecuję nikogo nie obrażać i posługiwać się faktami :)

Otóż ostatnio natrafiłem na przepełnioną emocjami wypowiedź Agaty Diduszko-Zyglewskiej o tym, że księża (wszyscy?) na katechezach biją dzieci. Wcześniej Joanna Scheuring-Wielgus stwierdziła, że jej celem politycznym jest stworzenie koalicji, która postawi Kościół Rzymskokatolicki przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze za ukrywanie przypadków pedofilii. Robertowi Biedroniowi marzy się opodatkowanie tacy. Piotr Szumlewicz uważa, że walka z Kościołem to moralny oraz obywatelski obowiązek. I tak dalej.

Wspólnym mianownikiem tych wszystkich przykładów jest fakt, że losami Kościoła ogromnie się przejmują ludzie z Nim całkowicie niezwiązani, bardzo dalecy od zorganizowanej religii. Zastanawia mnie, więc, w jaki sposób Kościół tym ludziom przeszkadza w życiu, skoro poczuwają się do „moralnego i obywatelskiego obowiązku”, by z Kościołem walczyć? Przecież ich dzieci nie chodzą na katechezę - i nikt ich ku temu nie zmusza. Faktu fałszywej zawodowej solidarności w Kościele oni też osobiście nigdy nie doświadczą. Na tacę nikt z nich nie daje. Nie są też prześladowani za swoje tezy, spotykając się bez przeszkód z Papieżem, i nie płacą za swoją „walkę” żadnej ceny - wręcz przeciwnie, czynią z niej regularne źródło dochodu czy politycznych dywidend. A zatem owa „walka” nie przypomina nawet w najmniejszym stopniu walkę z prawdziwą dyktaturą,  jak to niewątpliwie jest w przypadku osób, którzy walczyli z faszyzmem lub walczyli i wciąż walczą z komunizmem. Czy ktokolwiek z milionów najczęściej anonimowych bohaterów, ofiar i męczenników dyktatur mógł jawnie spotykać się ze Stalinem lub Hitlerem, głosząc przeciwne im poglądy? Czy sporo jest teraz w Północnej Korei takich, którzy mogą w czymkolwiek zaprzeczyć Kim Dzong Unowi?

Równocześnie stronniczość antyklerykałów wyraża się też w tym, że w swoim dyskursie publicznym raczej nie wspominają o rzeczach pozytywnych związanych z funkcjonowaniem Kościoła, nie rozpoznają czynione przez Kościół dobro. Na przykład w postaci znanego na cały kraj prawdziwie bohatersko zorganizowanego i prowadzonego przez śp. ks. Jana Kaczkowskiego hospicjum pw. św. Ojca Pio. Czy w postaci fenomenalnych, pełnych humoru i życia nauk co raz bardziej cierpiącego z powodu choroby Parkinsona ks. Piotra Pawlukiewicza, który głoszonym Słowem nie jedną osobę wyciągnął z depresji i załamania. Albo w postaci przykładów z lokalnego podwórka, które - jestem pewien - wielu z nas może przytaczać w obfitości. Wspomnę tu więc o mojej obecnej parafii, w której o. Bogdan - również pomimo wątłego zdrowia - często prowadzi muzyczne zajęcia całkowicie za darmo dla tych, co nie mają czym zapłacić. Wspomnę też o o. Andrijowi, ciągle nie dającego za wygraną w opiekowaniu się psychicznie chorym parafianinem, włóczącym się po mieście mimo odziedziczonego po rodzicach mieszkania. O s. Petrze z mojego rodzimego Lwowa, która nieustannie opiekuje się chorymi w szpitalach często nie dostając za to nic poza wdzięcznością (a czasem nie dostając nawet tej). O licznych znanych mi przykładach aktywnie czyniących dobro, „szeregowych” członkach Kościoła, angażujących się w wolontariaty, budujących fundacje, organizujących pomoc potrzebującym - nie wspomnę tu już tylko z racji braku miejsca.

Oczywiście owo dobro najczęściej skromnie pozostaje w ukryciu. Taka jest jego natura - bo nie bez kozery uważa się, że chwalenie się swoimi dobrymi uczynkami przekształca je w uczynki interesowne i złe. Czym że jest w takim razie publiczne chwalenie się swoją „walką” z Kościołem?

Antyklerykałom często przy tym wydaje się, że głoszone przez nich tezy są „nowoczesne” i „postępowe”. Prawda jest taka, że owe tezy były już mocno nowoczesne i postępowe jeszcze z końcem XVIII wieku, kiedy to w trakcie Rewolucji Francuskiej w okrutny sposób zamordowano tysiące przedstawicieli kleru. Od tego czasu kolejni dyktatorzy, zainspirowani przykładem Maximilien’a Robespierre’a, nie zaprzestają wysiłków w walce z Kościołem i Jego przedstawicielami.

I daleki jestem od młodzieńczego idealizmu: nie twierdzę przez powyższe, że Kościół posiada monopol na dobro czy że zło w Kościele nie istnieje. Ale z tego samego względu nie twierdzę też, że antyklerykali są wcieleniem zła, a dobro wśród nich nie występuje. Czy gdybym głosił takie tezy i to z nich uczynił sobie jeden z głównych celów w życiu - czy śmiałbym wtedy rzekomo zatroskanym tonem pouczać antyklerykałów o tym, co oni powinni w swoim życiu zmienić, by odnaleźć prawdę? Czy, biorąc honorarium za kolejny gniewny artykuł, mógłbym ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że walka z antyklerykalizmem jest moim moralnym i obywatelskim obowiązkiem? Wątpię - bo już teraz wiem, że w tak obłudnej postawie nie byłoby ani krzty prawdziwej miłości do innego Człowieka. Którego może nie rozumiem, z którym może się nie zgadzam, ale któremu wciąż życzę prawdziwego Dobra.

Właśnie z powodu wyczuwanego braku owej Miłości współczesny antyklerykalizm w Polsce pozostanie dla mnie tylko godnym żalu i smutku  zjawiskiem. Drodzy antyklerykałowie! Nie do tego życie się sprowadza, by walczyć z Kościołem. Jakkolwiek wdzięczny Wam jestem za skuteczne zwrócenie Kościołowi uwagi na występujące w Nim problemy - polecam jednak poszukać bardziej pokojowych zajęć w życiu. Zapewniam Was też, że Kościół bez Waszej pilnej uwagi z pewnością sobie z tymi problemami poradzi. Tak jak skutecznie czynił to już od prawie dwóch tysięcy lat.

Szalom! :)