O ludzkim cierpieniu

Jest zastanawiające, że za najważniejszy parametr ludzkiego życia świat uznaje jego długość i płeć. „34-latek zginął w wypadku samochodowym”, „Zaginiona 10-latka”, „Dziś na COVID-19 zmarli: 84 (K), 68 (M)”… - oto przykłady naszej codziennej „prasówki”, Anno Domini 2020. Trawimy informacje o latach i płci kolejnych ofiar, zmarłych, pokrzywdzonych, jakby to w ogóle miało o czymkolwiek rozstrzygać. Czy cierpienie 34-latka jest mniej czy bardziej bolesne niż cierpienie 64-latka? Jakie to znaczenie, czy zaginęła dziewczynka, czy starszy mężczyzna? Czy jeśli kogoś zabija wirus w wieku 84 lat, to jest to lepiej czy gorzej niż gdyby to było w wieku 50 czy 60 lat? Jakie to ma w ogóle znaczenie z punktu widzenia tego, kto akurat doświadcza ułomności naszego życia – w jakim wieku owo konkretne cierpienie go spotyka? Jakie to ma znaczenie dla bliskich osób tych, którzy cierpią, umierają, padają ofiarami kolejnych nieszczęść?

 

Odpowiedź brzmi – żadnego znaczenia to nie ma. W tych wszystkich informacjach, bazujących na wieku i płci – wcale nie chodzi o konkretne, pokrzywdzone osoby czy ich bliskich. Bo bardzo często chodzi tylko i wyłącznie o mierzenie ich nieszczęścia do nas samych; o przymierzanie, niczym kolejnego kapelusza w przymierzalni, cudzego cierpienia do siebie samego, by na chwilę poprawić własne samopoczucie. Jest to kolejna kość rzucona do obgryzienia naszemu własnemu egoizmowi, który karmiąc się takimi informacjami za każdym razem czuje się lepiej w związku z tym, że ono go (jeszcze) nie dotyczy. Albo że jeśli i będzie go dotyczyć – to kiedyś, w bliżej niekreślonej przyszłości (czyli nigdy). I warto sobie zdać z uświadomienia tego stanu rzeczy sprawę – bo nazbyt łatwo godzimy się z takim banalnie parametryzującym ludzkie życia podejściem.

 

Czy ludzkie życie ma mniejszą czy większą wartość w zależności od jego długości? Dlaczego gdy czytamy o tym, że w wypadku samochodowym zginęła dwójka młodych narzeczonych – czujemy w związku z tym większy smutek, niż gdy dowiadujemy się, że w podobnej katastrofie zginęło razem dwóch 85-letnich staruszków, którzy przeżyli razem 60 lat? Ba, w tym drugim przypadku to nawet potrafimy się uśmiechnąć i powiedzieć coś na kształt: „ojej, jak romantycznie. Zginęli w jeden dzień!”, a w tym pierwszym – nie wiadomo w sumie dlaczego, ale mówimy, że to wielka tragedia – tyle życia jeszcze przed nimi... Dla nas, chrześcijan, nie powinno przecież w ogóle mieć znaczenia – ile ktoś przeżył na tym świecie. I śmierć nigdy nie jest romantyczna. Ważne przecież jest – w jakim stanie będzie się kontynuować życie w wieczności. Czy z punktu widzenia wieczności ważna jest długość ziemskiego życia? Zastanawiam się, czy przebywając już po tamtej stronie od pięćdziesięciu tysięcy, miliona czy miliarda lat – będę czuł cokolwiek na myśl o tym, że oto przeżyłem 50 lat zamiast 54 w pierwszym wcieleniu na Ziemi? Albo że zostałem doświadczony przez jakieś wstrętne choróbsko w wieku 30 lat, po czym i tak umarłem 50 lat później? Kochani, nie tędy w ogóle droga. Naprawdę – nie popadajmy w tak prymitywne sidła codzienności. A przede wszystkim – trzymajmy się z daleka od zadowalania samych siebie tego typu informacjami. Cierpienie – jakiekolwiek – zawsze jest jedynie okazją do ćwiczenia własnej miłości. Unikajmy rozrywki opartej o cudze cierpienie – bo to jest po prostu karygodną postawą. Tych, kto w ten sposób postępuje – nie będzie nam potem w ogóle żal.

 

Ktoś powie – no ale przecież bardziej przykro jest, jeśli umiera dziecko, niż gdy umiera sędziwa osoba. Kochani, tak nie jest. Prawda jest taka, że zawsze tak samo przykro jest tracić dziecko, będące czyimś konkretnym ukochanym synkiem lub ukochaną córeczką. I w ogóle nie ma znaczenia, ile ten synek czy córeczka mają lat w chwili śmierci. I zawsze tak samo przykro jest tracić rodzica – nie ważne, czy odchodzi on w wieku 50, 60, czy 80 lat. Po prostu – fakt cierpienia zawsze jest tak samo przykry, bolesny, wstrętny dla doświadczającej go osoby – bez względu na wiek czy płeć. Zawsze chodzi o czyichś konkretnych dziadków, rodziców, rodzeństwo, dzieci – zawsze są to osoby, osadzone w konkretnych relacjach społecznych, mające całkiem zwyczajną rodzinę, przyjaciół i tak dalej. Cierpienie i boleść są jednakowo upokarzającym i bolesnym doświadczeniem dla ludzi w każdym wieku i dla każdej płci. Poza tym z punktu widzenia wieczności i wyroków Pańskich – my naprawdę nie wiemy, co jest dla kogo lepsze. Przykładowo, małe dziecko wpadające prosto w objęcia Pana Jezusa po przejściu – czyż nie jest bardziej radosne od 90-letniej staruszki albo 90-letniego staruszka, którzy przez całe życie narozrabiali tyle, że teraz po śmierci nie wiedzą od jakich przeprosin zacząć, bojąc się w ogóle do Pana zbliżyć? I o tej perspektywie warto sobie przypominać, spotykając się codziennie z tego typu informacjami.

 

Zwracam uwagę na opisywaną sprawę nie po to, by zmieniać kanony dziennikarskie czy standardy informacyjne – aż takich ambicji to z pewnością nie mam :) Chodzi mi o to, by samemu sobie przypomnieć, by nie skostnieć, by nie doświadczyć znieczulenia na cudze cierpienie, by nie popaść w pułapkę egoistycznego „wszystko mi jedno, byle to nie byłem(-am) ja”. Naprawdę wierzycie, że nigdy Was coś podobnego nie spotka? Przecież nie ma sposobu na ucieczkę przed marnością naszej ziemskiej drogi, a ostatecznie – każdy z nas z całą pewnością w proch się obróci. Ludzkie cierpienie ma sens tylko i wyłącznie wtedy, gdy postrzegamy go z punktu widzenia właściwej perspektywy wieczności – i gdy za każdym razem, kierowani empatią i współczuciem – za punkt wyjścia będziemy aplikować miłość do całego cierpiącego stworzenia. Nie jest bowiem tak, że jest cierpienie „cudze” i „moje”. Nie powinniśmy doświadczać samotności w cierpieniu tak samo jak nie powinniśmy być względem niego obojętni. Każdy z nas ostatecznie choruje, coś traci, przemija i umiera. Każdego z nas dotyczy to w takim samym stopniu – i jeśli ten fakt nie robi na nas już teraz wystarczającego wrażenia, to krucho jest ze stanem naszego serca.

 

Dlatego zachęcam do wypracowania w sobie nawyku reakcji z miłością na każdą wieść o cierpieniu. Nie przesiąkajmy cynizmem i obojętnością, czy tym bardziej – nie róbmy sobie z takich wieści kolejnej rozrywki w sercu. Lepiej jest każdą taką informację traktować jako przypomnienie o własnym przemijaniu i kruchości życia. Lepiej jest się zaangażować w pomoc albo chociażby pomodlić się za tego kogoś, jeśli nic więcej nie da się zrobić. I nigdy-prze-nigdy nie zapominajmy o obietnicach Pana! Niech nasza niezłomna nadzieja będzie odpowiedzią na wszelkie cierpienie – zawsze i w każdej okoliczności. „Wszak boleść nie z roli wyszła, ni z ziemi cierpienie wyrosło. To człowiek się rodzi, by jęczeć, jak iskra, by unieść się w górę” (Hiob 5:6-7). Niech Pan Bóg daje nam wszystkim siły by mieć siły swoje przejęczeć i by znaleźć się ostatecznie w górze.

 

Szalom! :)