O sensie życia

Czy ktokolwiek z Was osiągał kiedykolwiek jakiś ważny życiowy cel, po czym nie wiedział, co dalej ze sobą począć, tracąc motywację do dalszego życia? Czy zdarzało się, że traciliście poczucie sensu w życiu? Czy zamiast jednego osiągniętego celu, wyznaczało się po chwili nowy, podobny, byle tylko pozostać w kolei życiowej i broń Boże nie zwolnić? Czy zdarzyło się sporządzić listę postanowień noworocznych? Jeśli tak – to witajcie w jednym wielkim klubie o zasięgu planetarnym, działającym pod nazwą „Kiedyś będę żyć”. I może to zabrzmi dla niektórych z Was teraz kontrowersyjnie, lecz powyższe symptomy wskazują na śmiertelną chorobę, na którą choruje prawie każda ludzka dusza – na pychę. Co więcej, te same symptomy wskazują też na to, że w tym momencie nie żyjemy wcale, a tylko pozorujemy życie. Trochę przypominamy w związku z tym pacjentów w stanie agonalnym, poruszających się nie tyle pod działaniem sił witalnych, ile w wyniku kolejnych wyładowań „defibrylatorów”, którymi, w zależności od indywidualnych preferencji, mogą być różne upodobania życiowe. Taki pacjent prawie że już zmarł, prawie nie żyje – ale wciąż rusza ręką lub nogą przez kolejny wstrząs rzekomo osiągniętego celu w życiu. Naturalnie, boimy się śmierci, a że metoda zdaje się działać – po chwili znowu serwujemy sobie kolejny wstrząs w postaci nowo ustanowionego celu i ewentualnego jego osiągnięcia. I tak w nieskończoność, aż w końcu prawdziwie umieramy, zdając sobie wtedy sprawę, że prawie nigdy wcześniej prawdziwie nie żyliśmy.

 

Kochani, dzieje się tak dlatego, że już sam dar życia jest wysoce wymagającą sprawą, nakładającą na żyjącego nader liczne obowiązki i zadania, spośród których najtrudniejszym wydaje się być – odnaleźć jego sens. Fajnie jest być kamykiem przydrożnym, który sobie leży i nic go nie obchodzi ani nie rusza; a nawet jeśli przypadkowy przechodzień go w którymś momencie kopnie – to będąc wprawionym w ruch, kamyk sobie leci i się toczy z dokładnie taką samą majestatyczną obojętnością, zdającą się wyśmiewać wysiłek kopiącego go przechodnia, z jaką on sobie wcześniej leżał przez lata bez jakiegokolwiek ruchu. Kamyk nie ma żadnego innego obowiązku poza przebywaniem w czasie i przestrzeni dokładnie w takim punkcie, w którym powinien on się teraz zgodnie z prawami natury znajdować. Co więcej, kamyk zdaje się bez trudu móc taki obowiązek wypełniać – i to tłumaczy zarówno jego obojętność, jak i wewnętrznie idealnie piękną, ale i całkowicie martwą, bezduszną istotę. Samo pojęcie trudu jest mu całkowicie obce i niezrozumiałe.

 

Tymczasem życie tego komfortu kamyka jest całkowicie pozbawione. Życie trudzi się nieustannie – replikując siebie, grzebiąc w obojętnej na te wysiłki, martwej, otaczającej naturze; przetwarzając ją, nadając otoczeniu i sobie kształt, organizując się w jakiś wyższy, trudny do zrozumienia porządek, rodząc się w bólu, przemijając w zwątpieniu, umierając w cierpieniu. Przychodząc na świat tak do końca nie wiemy – kto lub co wprawiło nas samych w ruch, co było kopnięciem, które spowodowało, że molekuły organiczne połączyły się w biopolimery, mogące kodować informację, które w końcu doprowadziły do powstania ogromnie złożonych organizmów naszych własnych rodziców, w obrębie których zrodziły się mikroskopijny plemnik i komórka jajowa, które po połączeniu dały początek nam samym. Jedyne, co daje się prześledzić ze zdumieniem jest to, że informacja o nas samych zdaje się być obecną – w naszych rodzicach, w ich rodzicach i w rodzicach ich rodziców – i tak aż do jakiegoś niezwykłego początku, kiedy weszła ona „do obiegu” w obrębie całkowicie martwej i obojętnej na to zajście natury.

 

Czymże ta informacja jest, jak nie Słowem, które było na początku? Co, jeśli nie to Słowo utrzymuje nas przy życiu, czyli w stanie odmiennym od martwego otoczenia, napierającego na nas obojętnie-bezlitośnie z każdej strony?

 

Lecz jeśli każdy z nas jest wypowiedzianym słowem, to i sens naszego życia powinien być nam znany, bo jesteśmy właśnie tymi, kto tym wypowiedzianym słowem jest. I do Kogoś to słowo musi zatem należeć, Ktoś nim musi rozporządzać, decydując o jego wypowiedzeniu, i ten Ktoś musi być pierwszą i ostatnią literą zarówno słowa-DNA, będącego mną, jak i Słowem oznaczającym wszystko, co istnieje; Alfą i Omegą, początkiem i końcem. Co więcej, ten Ktoś sam z siebie musi być Kimś zupełnie odmiennym, zgoła niepoddającym się zrozumieniu i nawet nazwaniu, Kimś, Kto po prostu Jest.

 

Tymczasem kiedy stajemy w obliczu poszukiwania sensu, kiedy mierzymy się z zadaniem wypełnienia treścią naczynia, które zwyczajowo zwiemy własnym życiem, to mamy kłopot. No bo czym tę pustkę wypełnić, jeśli nasza wiara w Twórcę jest znikoma i w głębi duszy odrzucamy patrzenie na świat przez pryzmat Słowa, będącego Bogiem? Jeśli, bowiem, to odwieczne Słowo, nadające sens i znaczenie wszystkiemu, co istnieje, jest tylko wymysłem naszego tęskniącego za uporządkowaniem rozumu, to alternatyw nie ma zbyt wiele. Niektórzy w tym właśnie miejscu popadają w materializm - dostrzegam wiele takich przykładów w otoczeniu, kiedy człowiek nie zdążył kupić jeden nowy telefon, samochód, dom czy cokolwiek innego – a już rozgląda się za innym (nowszym/bardziej funkcjonalnym/przestronnym itp.). Niektórzy z kolei upatrują sens w samodoskonaleniu czy innych formach idealizmu - jedne ukończone studia poprzedzają kolejne, jedno szkolenie czy trening – następne, jedna koncepcja rozwoju społecznego zmienia poprzednią... Jeszcze inni staczają się w zabijanie czasu - bezsensownym ślęczeniem w mediach społecznościowych, przed komputerem czy telewizorem, próbują odepchnąć od siebie zmierzenie się z czymś (lub Kimś?) bardzo ważnym. Najgorsze (bo najtrudniejsze w demaskowaniu) są jednak w tym miejscu zajęcia, które też całkowicie wypełniają czas życia i na pozór są dobre i właściwe - rodzina czy też praca, założenie fundacji i systemowe pomaganie innym – rzekomo pozwalają nadać życiu sens. Niektórzy potrafią przeżyć prawie całe życie w ten sposób – będąc nawet przykładnymi mężami, żonami, ojcami i matkami, przedsiębiorcami, zdobywcami, odkrywcami, filantropami – by nagle zorientować się, że sensu życia upatrywało się w czymś złudnym i przemijającym.

 

I chyba zaczynam rozumieć, na czym ten błąd polega – gdyż wspólnym mianownikiem wszystkich tych postaw jest postawienie w centrum życia samego siebie, a nie Boga. W końcu przecież to moje, unikatowe, jedyne i niepowtarzalne życie – więc co złego jest w tym, że to ja zadecyduję o tym, co w nim chcę faktycznie robić? Kim być i jakie cele osiągać? Tym bardziej, że cały świat wmawia młodemu człowiekowi, że tak właśnie należy postąpić. Nie oznacza to oczywiście, że rodzina, praca, media społecznościowe, telewizja, przesuwanie granic ludzkich możliwości, ewangelizacja i pomaganie innym są rzeczami złymi – ale same w sobie, robione dla siebie samego, te wszystkie rzeczy tracą sens!

 

No bo, drodzy, nie oszukujmy się – jaki sens ma cała ta krzątanina i szamotanina, to całe zmaganie o miejsce pod słońcem, jeśli Boga nie ma? Ot, przypadkowy zlepek organicznych molekuł, który sam nie wie, po co w ogóle istnieje – wykańczający bezlitośnie planetę, która go zrodziła, odcinający w sposób dobitnie głupi gałąź, na której sam siedzi – będący za chwilę tylko muśnięciem historii, niczym ślad meteoru na nieruchomym gwiezdnym niebie. 98% gatunków, które kiedykolwiek zamieszkiwały tę planetę – wyginęły całkowicie. Czyżbyśmy mieli tylko do nich dołączyć, ustępując miejsca kolejnym formom życia? Ponad 90% żyjących kiedykolwiek na planecie ludzi już zmarło i nikt o nich dziś niczego nie wie. Czyżbyśmy mieli tylko przeminąć, jak oni? Wskutek procesów zachodzących na Słońcu za ok. 2,8 mld lat średnia temperatura powierzchni Ziemi osiągnie 147 °C. Życie, już wcześniej zredukowane do kolonii organizmów jednokomórkowych w izolowanych środowiskach typu wysoko położonych jezior lub podziemnych jaskiń, zupełnie zginie. Czyżby samo życie, jakie znamy, miało być tylko zbiegiem okoliczności, nie mającym żadnego wyższego celu istnienia? Z takiej perspektywy wszystkie nasze aspiracje, dążenia, marzenia, wzniosłości, miłość, nienawiść, praca, najlepsze dzieła sztuki, cała nasza kultura – są tylko przypadkowym kaprysem ślepych praw natury. Cały rodzaj ludzki, samotnie stawiający czoła bezgranicznemu Wszechświatowi, jest z góry skazany na porażkę, niczym maluteńki robaczek, usiłujący przeciwstawić się nadjeżdżającej gąsienicy ważącego dziesiątki ton czołgu.

 

Tak więc mówię Wam, i jest to dla mnie równie oczywiste jak to, że istnieję, że każdy z nas, żyjących ludzi, ma sens. Twierdzę tak nie dlatego, że uciekam przed bezsensem i bezlitosnością kosmosu, na co zdaje się wskazywać współczesny stan wiedzy o Wszechświecie. Twierdzę tak jedynie na tej podstawie, że żyję - i wyraźnie lepiej się w tej roli czuję, niż przydrożny kamyk w swojej. Dostrzegam bez większego przecież wysiłku, że samo życie zawiera w sobie znaczenie, kierunek rozwoju, aspiracje, ukryte do zrealizowania tęsknoty – a skoro tak, to jest przybyszem z innego świata, czymś sensownym na wskroś przenikającym martwy bezsens. Z tej perspektywy nieżyjący Wszechświat jest jedynie niezbędną i piękną scenerią, wspaniałymi dekoracjami i oświetleniem, wskazującymi na postacie w roli głównej – nas samych i całe żyjące stworzenie, wędrujące wspólnie do wyznaczonego celu. Zbawiennym jest jednak przy tym rozumienie, że to nie my ten cel wyznaczyliśmy: nie ja, nie Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko tej notatki.

 

Dlatego właśnie twierdzę, że samodzielne wyznaczanie sobie celów w życiu jest przejawem pychy. Popadamy przez takie postępowanie w śmiertelną pułapkę, z której nie ma ucieczki, rozmieniając swoje życie na coś złudnego, co nigdy w pełni satysfakcjonującym nie będzie. Twoje życie nie jest liczbą posiadanych metrów kwadratowych lub zer na koncie. Twoje życie nie jest liczbą zdobytych dyplomów czy tytułów. Twoje życie nie jest szeregiem wspaniałych ocen. Twoje życie nie jest Twoimi wychowanymi dziećmi. Twoje życie nie jest Twoją kobietą czy Twoim mężczyzną. Twoje życie nie jest liczbą zdobytych ośmiotysięczników. I tak dalej… To czym ono jest? Obruszycie się i powiecie, że prawię głupoty – byleście tylko mogli znowu uciec w swój zaciszny, w miarę poukładany i hermetyczny światek szeregu wyznaczonych przez siebie samych celów. Ale, drodzy, jedziemy na tym samym wózku. Sam się zmagam z tymi samymi myślami i zasada uczciwości przed samym sobą wymaga zmierzenia się z faktem własnego istnienia już teraz. Nie jestem i nigdy nie będę sam sobie bogiem – trzeba uczciwie powiedzieć, że w tej roli jestem skazany tylko na zaliczanie kolejnych rozczarowań, wśród których największą będzie moja własna śmierć. Nawet przy pozornie odnoszonych sukcesach – to wszystko przemija. Gdzie są teraz wszyscy bogacze z ich bogactwem, urodzeni chociażby w nie tak wcale odległym XIX wieku? Uczeni? Pionierzy i wielcy odkrywcy? Gubernatorzy, arystokraci? Gdzie są teraz ich dzieci? Czyżby całe ich sukcesy były tylko humusem, po którym teraz możemy dreptać, składając na ołtarzu domniemanego postępu analogicznie przemijające własne sukcesy?

 

Tym samym nawołuję nas wszystkich do wyjścia z ciasnoty własnych umysłów i wyruszenie na poszukiwanie Boga. Wymaga to wprawdzie trochę odwagi, ale się opłaca chociażby dlatego, że przy takim nastawieniu zaczynamy żyć już tu i teraz – a nie tylko pod warunkiem osiągnięcia kolejnego celu w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wtedy się przy okazji też spełniamy – każdy na swoim miejscu, zgodnie ze swoim powołaniem i przeznaczeniem, każdy wykorzystując te talenty, który ma do dyspozycji, ku naszej radości i Jego chwale. Albowiem Bóg „Z jednego [człowieka] wywiódł wszystkie plemiona ludzkie, aby zamieszkały całą ziemię. Określił im też właściwy czas i granice zamieszkania, aby szukały Boga, czując Jego obecność, i aby Go znalazły, bo rzeczywiście jest On niedaleko od każdego z nas. W Nim bowiem żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, jak to też powiedzieli niektórzy z waszych poetów: „z Jego bowiem rodu jesteśmy”” [Dz. Ap. 17:26-29].

Dzięki Ci, Panie, za sam dar życia! Cudownie jest móc po prostu być :)