O tolerancji

Pojęcie tolerancji przewiduje, że się nie zgadzam z przedmiotem tolerancji, czyli upatruję ten przedmiot jako coś złego, lecz godzę się na jego istnienie. Przecież nie sposób być tolerancyjnym w stosunku do czegoś, z czym się zgadzam i uważam za coś dobrego. Gdyby ktoś ogłosił, że jest tolerancyjny względem samego siebie i własnych poglądów, to raczej spotkałby się jedynie z uśmiechem. Tym czasem pojęcie tolerancji jest współcześnie rozmywane poprzez jego utożsamianie z akceptacją. Różnica jest na pierwszy rzut oka prawie niedostrzegalna, ale jest ona zasadnicza z punktu widzenia wymaganej zgody: w przypadku akceptacji odmienności nie jestem przecież „w opozycji” do niej.

 

Dla przeprowadzenia prawdziwego testu na tolerancyjność wystarczy komuś, kto twierdzi, że jest tolerancyjny względem jakiegoś pojęcia lub sposobu postępowania, zadać pytanie o to, czy się z tym pojęciem lub sposobem postępowania zgadza. Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to paradoksalnie oznacza, że wcale nie mamy do czynienia z prawdziwym aktem tolerancji. Tolerancja występuje jedynie wtedy, kiedy nie zgadzam się z danym zjawiskiem, choć godzę się na jego istnienie. Weźmiemy dla przykładu przykładową listę pytań do osoby o współczesnym światopoglądzie ateistyczno-lewicowo-liberalnym. „Czy zgadza się Pan/Pani z instytucją małżeństwa osób tej samej płci? Eutanazją? Aborcją? Użyciem do celów rozrywkowych marihuany? I czy wyraża Pan/Pani zgodę na ich istnienie?”… Listę pytań oczywiście można poszerzać dowolnie. Jeśli na każde z tych pytań nasz wyobrażony rozmówca odpowie „tak”, to wcale nie oznacza, że jest on tolerancyjny, tylko że akceptuje odmienny sposób postępowania, nie dostrzegając w nim niczego złego. Wystarczy, bowiem, tę samą osobę, która na powyższą listę pytań odpowiedzą „tak”, spytać np., „Czy zgadza się Pan/Pani z zakazem zawierania małżeństw dla osób tej samej płci? Zakazem eutanazji, aborcji lub użycia do celów rozrywkowych marihuany? I czy zgadza się Pan/Pani na utrzymanie przez państwo tych zakazów?” – by zobaczyć, że dopiero w tym drugim przypadku może ktoś rzeczywiście wykazuje się prawdziwą tolerancją. Oczywiście, listę pytań można odwrócić i zadać podobne „podchwytliwe” pytania osobie o światopoglądzie teistyczno-prawicowo-konserwatywnym. Skutek najczęściej będzie taki sam.

 

Prawda jest taka, że szczery akt tolerancji wymaga ponadprzeciętnego wysiłku i odwagi osobistej; co więcej, jest bardzo trudno zachować tolerancję na stale. Historia nie zna wcale tak dużej liczby przykładów postępowań tolerancyjnych, jak byśmy tego chcieli. Przykładowo, uwolnienie Żydów przez Cyrusa II Wielkiego i zezwolenie im na powrót do ojczyzny, jak też jego doprawdy tolerancyjne ustawodawstwo w ramach tworzonego imperium względem wyznań i religii lokalnych mniejszości przeszły do historii razem z jego bardzo nietolerancyjnym i pełnym nieuzasadnionej przemocy atakiem na Babilon. Tolerancyjne w Imperium Rzymskim nastawienie względem wierzeń lokalnych podbitych ludów ma się nijak do brutalnych i krwawych prześladowań chrześcijan na początku naszej ery. Ogólnie tolerancyjne nastawienie współczesnych Polaków do emigrantów z Ukrainy nie idzie w parze z takim samym nastawieniem do uchodźców z Syrii, co pokazują liczne sondaże opinii społecznej. Dlatego właściwym byłoby raczej mówienie o przykładzie tolerancyjnego zachowania, a nie o byciu tolerancyjnym.

 

Z powyższego względu niesłusznym jest, moim zdaniem, uważać pewne kręgi lub grupy społeczne za bardziej tolerancyjne niż inne, podobnie jak nie ma sensu szukać związku pomiędzy byciem dobrym a wyznawaną opcją polityczną, czy też byciem gościnnym a posiadanym kolorem włosów. Tolerancyjność, podobnie jak każda inna cnota, wymaga ćwiczenia, wyrzeczenia i realizacji w praktyce – by móc się nią rzeczywiście chwalić. Mówienie więc o sobie, że się jest tolerancyjnym bez twardych na to dowodów, jest co najmniej nieskromne, a co najwyżej – jest banalnym kłamstwem, nie mającym z Prawdą niczego wspólnego.