O wartości Miłosierdzia

Wielu dziś chciałoby wierzyć, że Boże Miłosierdzie jest tak nieograniczone i tak przepotężne, że w zasadzie piekło na końcu pozostanie puste i zbawienia doznają wszyscy (teoria apokatastazy). Podobne stanowisko zdają się sugerować niektórzy kaznodzieje, jak znany Adam Szustak OP (który jednak uczciwie podkreśla, że to tylko jego prywatne stanowisko). Podobne nadzieje spotykam również wśród moich wierzących, praktykujących przyjaciół. I nie dość, że takie podejście wprost przeczy wielokrotnie powtórzonym słowom samego Jezusa o tym, że ostatecznie będzie takie miejsce, gdzie będzie tylko „płacz i zgrzytanie zębów”, nie dość, że herezja apokatastazy kilkakrotnie została potępiona przez Kościół… Wciąż niektórzy z nas chcieliby wierzyć w „happy end” z cudownym zakończeniem absolutnie dla wszystkich. A jeśli serce czegoś pożąda – to oczywiście rozum znajdzie tysiąc logicznie poprawnych argumentów i trudno będzie kogoś od takiego rozumowania odwieść.

Wydaje mi się, że błąd, który jest popełniany przy takim rozumowaniu polega na skupieniu się tylko na osobie, która potrzebuje aktu miłosierdzia, czyli na nas samych, a nie na Bogu. A takie podejście jest zgoła egoistyczne i niedojrzałe ze swojej natury. Nawet sam Kościół – całkiem oficjalnie – ku takiej perspektywie zachęca, kiedy korzysta z nazw typu „przypowieść o synu marnotrawnym”, „przypowieść o robotnikach w winnicy”, „przypowieść o zagubionej owcy” i tak dalej. Nie sądzę jednak, że Jezus nadałbym tym przypowieściom takie nazwy, albowiem z całego nauczania Jezusa wyłania się wyłącznie wskazywanie na Ojca, jako najważniejszą Osobę we wszystkich tych przypowieściach – bo to Jego miłosierna postawa jest prawdziwie cenna i bohaterska, a nie postawa tych, którzy z Jego miłosierdzia skorzystali. Cóż by wartowały owe opowieści, gdyby nie miłosierdzie Ojca? Tak naprawdę powinniśmy mówić o „przypowieści o Ojcu miłosiernym”, „przypowieści o Gospodarzu winnicy”, „przypowieści o dobrym Pasterzu”! Co mnie interesuje czyjś syn marnotrawny, zazdrosny pracownik winnicy czy zabłąkana owca? Smętny byłby ich wspólny los, gdyby nie Ten, dzięki Komu możemy w ogóle o nich wspominać.

Jeśli ktoś nie wierzy, że to osoba, czyniąca miłosierdzie jest ważniejsza od tej osoby, która owo miłosierdzie przyjmuje, to niech spróbuje jednak wcielić się w postawę osoby prawdziwie miłosiernej. I niech przynajmniej na chwilę wyobrazi sobie, że wybacza zbrodniarzowi, który zabił jego lub jej ukochane dziecko. Albo przebacza politykowi, który swoim rozkazem wysłał okrutne wojsko i najechał nasz kraj. Albo przebacza swojemu gwałcicielowi. Albo prawdziwie wybacza zdradę małżeńską. Albo wybacza komuś, kto perfidnie okłamał i skradł cały nasz majątek. Ba, nawet w prostych codziennych sytuacjach – ile razy, kochani, jesteśmy w stanie wybaczyć kogoś, kto nas podciął w ruchu drogowym? Ile razy błogosławimy tych, którzy zachowują się chamsko względem nas? Ile razy przebaczamy pracownikom różnych urzędów, mniej lub bardziej podłych firm, którzy – jak nam się wydaje – tylko ciemiężą nas biurokracją lub żyrują na naszej łatwowierności?

Trudne? Oczywiście, że trudne! Nie oszukujmy się i nie udajmy, choć przed samymi sobą bądźmy szczerzy do końca i przyznajmy, że nasza upadła, skrzywiona natura – faktycznie nie jest skora do aktów prawdziwego miłosierdzia! I bez prawdziwej miłości do Boga, - nie będziemy w stanie pokochać tych wszystkich, którzy są naszymi wrogami i zachowują się względem nas niesprawiedliwie. Bo nie da się wprowadzić do całego systemu wzajemnych ludzkich relacji sprawiedliwość bez odwołania do miłującego Boga, albowiem każdy człowiek – grzeszy i jest ze swojej zepsutej natury niesprawiedliwy. Grzech w istocie rozlewa się na całe społeczeństwo, przesiąka każdy zakamarek ludzkiej duszy i wpływa na nas nawzajem tak, że nawet zwykły akt przebaczenia wydaje nam się być czasem nie do pomyślenia. Łatwo jest być sprawiedliwym dopóty, dopóki niesprawiedliwość nie dotyka nas bezpośrednio. Lecz gdy już owa niesprawiedliwość się wydarza – jak się zachowujemy? Czy odwzajemniamy naszego krzywdziciela miłością, czy raczej popadamy w spiralę wzajemnej nienawiści?

Natomiast wszystkie powyższe przykłady nie oznaczają, że gdy prawdziwie cierpię, gdy ktoś faktycznie, całkiem dobrowolnie i świadomie wyrządza mi krzywdę, to mam się do niego zacząć słodko uśmiechać i mu pozornie wybaczać. Nie jestem przecież pluszakiem, któremu można urwać ucho lub nogę, a następnie dalej go bezkarnie przytulać. Mój ból i moje cierpienie – są obiektywnie występującą rzeczywistością, która nie jest wcale bez znaczenia i która wymaga zadośćuczynienia, choćby w postaci aktu skruchy. Jezus cierpiąc okropne męki na krzyżu – wciąż kochał swoich ciemiężycieli i prosił Ojca o ich przebaczenie, ale to nie był akt pozorowany czy odgrywany „na niby”. On faktycznie cierpiał okropnie – i ten Jego ból domaga się uznania! Nie jest przecież tak, że Jego męka jest zupełnie bez znaczenia. Czujemy podskórnie, że gdyby tak było, to znaczyłoby to jedynie, że tak naprawdę cierpienie i ból są tylko błahostkami, na które nie warto zwracać specjalnie uwagi. Lecz przypomnijcie sobie, jak się zachowujecie względem własnego, cierpiącego z powodu choroby dziecka, albo względem cierpiącego chorego rodzica, albo innej ukochanej, cierpiącej osoby – czyż nie cierpicie razem z nią? Czyż nie oddalibyście też kawałek siebie w tym przypadku, byle tylko ta cierpiąca osoba przestała tak cierpieć?

I właśnie dlatego nie jestem w stanie zrozumieć, jak te wszystkie osoby, które rzekomo prawdziwie kochają Jezusa – który wciąż przecież nosi ślady ran na Swoim Świętym Ciele, mogą nie cierpieć Jego męki razem z Nim, stwierdzając – dziękuję Ci, Panie, żeś mnie wyzwolił swoją ofiarą, i liczę na to, że wyzwolisz w ten sposób prawdziwie wszystkich!

Kochani! Nie wszyscy chcą się nawracać, nie wszyscy łakną miłosierdzia, nie wszyscy tęskną za sprawiedliwością, nie wszyscy chcą prawdziwie kochać Boga. Syn marnotrawny – chciał wrócić do domu i aktywnie do niego wracał. Zbłąkana owca zapewne też nawoływała innych członków stada i szukała drogi powrotnej. Nie jest bez znaczenia nasza aktywna postawa umożliwiająca przyjęcie aktu miłosierdzia. Tak samo, jak nie jest bez znaczenia prawdziwe cierpienie Tego, Kto owo miłosierdzie czyni.

Bo prawdziwe miłosierdzie kosztuje! Ono ma swoją ogromną cenę, polegającą na tym, że faktycznie zapieram się swojego egoizmu, i prawdziwie pozwalam zwyciężyć miłości we mnie. Dlatego prawdziwe miłosierdzie ze swojej natury zawiera w sobie cierpienie, poświęcenie, postawienie interesu innej osoby ponad własny, wąsko rozumiany interes. Czyż nie widzicie, że miłosierdzie, które jest w stanie przebaczyć wszystko i zbawić na końcu wszystkich – jest w istocie miłosierdziem fałszywym? Czyż nie dostrzegacie w tym właśnie momencie, że miłosierdzie, które na siłę wybacza grzesznikowi, który nawet nie myśli się nawracać – nie jest prawdziwym? Co wartuje poświecenie i ofiara Jezusa w momencie, jeśli On i tak przebaczy wszystkim? Co znaczy cierpienie tak ukochanej dla mnie Osoby, jeśli jestem w stanie rozrzucać się skarbem tego cierpienia na prawo i na lewo, rozdając go absolutnie wszystkim, nawet tym, którzy nie okazują skruchy i nie przejmują się owym cierpieniem w ogóle? Obok Jezusa na krzyżach wisiało dwóch zbrodniarzy. Jeden się cierpieniem niewinnego Jezusa przejął – i tym zasłużył na Niebo. Drugi z Jezusa szydził, ale Jezus go na siłę za sobą do Nieba nie ciągnął i nie powiedział mu nic. Bo, kochani, Niebo wymaga czułego serca i nie wejdą tam ci, którzy nie są w stanie przejąć się cierpieniem innych. Szczególnie wtedy, gdy chodzi o cierpienie z miłości do nas! Bóg wcale nie jest nam niczego winien. I wcale nie był „w obowiązku” za nas oddawać własne życie na krzyżu. Ów dar nam wcale się nie należał, i dosłownie w niczym na taki prezent sobie nie zasłużyliśmy – błagam, pamiętajmy o tym!

Na sam koniec zacytuję ukochanego św. Pawła: „Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego” (Rz 5:20). Więc i owszem, łaska jest w stanie pokonać każdy grzech. Nie ma takiego grzechu, względem którego Boże Miłosierdzie nie mogłoby być większym. Ale łaska króluje i wiedzie do wieczności przez sprawiedliwość. A sprawiedliwość oznacza, że cierpienie innych nie jest mi obojętne i że potrafię jednak docenić ofiarę Tego, Kto dla mnie owo miłosierdzie czyni. Każdy ludzki grzech będzie przebaczony. Poza tym jednym – który polega właśnie na pomniejszeniu wartości Jego ofiary, na powiedzeniu, że Jego cierpienie jest bez znaczenia, podczas gdy apokatastaza tak właśnie zakłada. Bo skoro każdy będzie zbawiony – to o co się w ogóle martwić? Po co żyć nadzieją, skoro zbawienie jest pewne?..

Drodzy, skarb wiary polega na tym, że się go ceni. Dla niektórych jedno malowidło będzie tylko bazgraniną, gdy dla innych – bezcennym dziełem sztuki. Prawdziwa wartość wymaga umiejętności jej dostrzeżenia. Niech więc Bóg otwiera nam nasze oczy na to, co prawdziwie cenne i nie pozwala przechodzić obok prawdziwej wartości obojętnie.

Szalom! :)