O współczesnym pouczaniu

Czym hipokryta różni się od innego grzesznika? Obłuda też jest formą grzechu przecież. Grzeszników Jezus jednak nie potępia, a zbawia. Natomiast faryzeuszy jako obłudników gani najgorszymi słowami – wyzywając ich od grobów pobielanych po płody żmij. Co uczyniło z faryzeuszy obłudników, których Jezus tak bezlitośnie karcił? Czego im zabrakło ku temu, by nie zasłużyć na takie superlatywy? Odpowiedź jest prosta – zabrakło im zwykłej, pospolitej miłości. Caritas vulgaris…

Domeną, w której najbardziej przejawia się postawa obłudnika jest oczywiście kontakt z innymi ludźmi. Z reguły – moralizatorski, pouczający. Z reguły wtedy, kiedy ryzyka związane ze zwróceniem uwagi są minimalne i kiedy z pewnością nie wypadnie się źle w oczach innych. Od uczestników ruchu drogowego do przypadkowych przechodniów – czasami spotykam takich ludzi, którzy uznają za absolutnie konieczne zwrócić mi uwagę na niegodziwe – w jego lub jej opinii – postępowanie. I nie, nie czyni się tak względem złodziei, rozbójników, nożowników – czyli w sytuacji faktycznej konieczności obrony prawdziwego dobra. W takich sytuacjach prawdziwego zagrożenia współczesny faryzeusz ratuje się ucieczką. Zwracanie uwagi, o którym mówię – zawsze dotyczy spraw błahych, drobnych i w zasadzie nieistotnych. Co jednak istotne, to fakt, że formalnie taka uwaga zawsze jest w pełni uzasadniona i zgodna z prawem. Paragraf na poparcie takiej uwagi zawsze się znajdzie. Innymi słowy hipokryci zawsze formalnie mają rację w tym, co mówią – co czyni dyskutowanie z nimi szczególnie ciężkim wyzwaniem. Jakakolwiek próba odwołania się do rozsądku, dobroci, konieczności chwili – nie ma sensu. „Dura lex sed lex” – tak z uśmiechem na twarzy zwykle myśli współczesny faryzeusz, gdy obserwuje twoje zmaganie się z tym gnuśnym uczuciem w środku, gdy całe twoje wnętrze zdaje się wołać, że chyba jednak ten człowiek, który zwraca ci uwagę – nie ma racji. Ale w czym on nie ma racji? Przecież formalnie ją ma – i każdy ludzki sąd to bezlitośnie potwierdzi. Żeby nie było bezprzedmiotowo – poniżej kilka przykładów z życia wziętych.

Zaparkowałem samochód na kawałku chodnika pod firmą, by znieść ciężki ładunek, zapakować go do bagażnika i odjechać. „Proszę Pana, ale niech Pan odjedzie tym samochodem, gdzie to tak na chodnikach stawać…” – wcale grzecznie poucza mnie sąsiad z biura z dwóch pięter niżej, wyłaniając się nagle obok mnie. „Za pięć minut odjeżdżam”, - mówię. „Ale gdyby każdy tak stawał na pięć minut… Są przecież miejsca dalej na parkingu”. Hm. Ma Pan formalnie rację, co tu dużo mówić. Z drugiej strony do tych miejsc dalej na parkingu będzie ze 150 metrów, a ładunek naprawdę ciężki. Jest to teren przemysłowy, tu się pracuje, przyjeżdżają ciężarówki, zawracają, załadowują się... Ja swoją osobówką nie tamuję ruchu i nikomu nie przeszkadzam w chodzeniu. Ale jednak – formalnie Pan ma rację. Nie powiem, że „świętą”. Ale jednak ma. Pozostaje mi dalej wejść z tym człowiekiem razem do windy, podczas gdy podskórnie czuję, że oto ja, przestępca nad przestępcami, zostałem bardzo słusznie pouczony. Pan sąsiad z tego samego biurowca wypełnił swój święty obywatelski obowiązek i jego sumienie jest czyste, niczym kryształ, a mi pozostaje cierpieć męki piekielne fundowane mi teraz przez moje własne sumienie. No cóż, w końcu jestem grzesznikiem. Przepraszam.

Wyjeżdżam z uliczki podporządkowanej na główną, skręcając w lewo. Ruch w godzinę porannego szczytu. Czekam i czekam, i czekam. Dziecka do szkoły chyba nie zdążę podstawić na czas. O! W końcu jest „okienko”, mogę się włączyć do ruchu. Z prawej strony w odległości co najmniej 200 metrów nadjeżdża inny samochód. Lewa wolna, z prawej – ten samochód. Wyjeżdżam, rozpędzam się dynamicznie. Dostrzegam w lusterku wstecznym, że tej dynamiki chyba nie wystarczy – źle oszacowałem prędkość nadjeżdżającego z prawej pojazdu. Mruganie światłami. Jazda za chwilę u mnie „na zderzaku”. Gdy dwieście metrów dalej włączam kierunkowskaz i skręcam w prawo w uliczkę dojazdową do szkoły, trąbienie na całego. I to nic, że mój sędzia jeszcze 30 metrów dalej już się zatrzymuje w korku. I stoi. Ale jednak mnie „pouczył”, zanim w tym korku stanął. Jadę w kierunku szkoły z duszą na ramieniu, ciesząc się, że się nic nie stało ani mi, ani dziecku, ani temu innemu kierowcy, ale też z piekielnymi wyrzutami sumienia. No tak, „tamten” formalnie ma rację. Ja – nie. Powinienem się upewnić, czy zdążę się włączyć do ruchu bez „wymuszania na kimś pierwszeństwa”, nawet gdy ten ktoś jedzie z prędkością bliską do granicy, za którą już go powinni pozbawić prawa jazdy. Mea culpa, co tu dużo mówić… W duchu pozostaje znowu przeprosić.

Przychodzę do sekretariatu przedszkola, by zgłosić, że dziecku właśnie rozwinęła się mocna alergia pokarmowa. Pomimo przyjmowanych leków przeciwhistaminowych wczoraj wróciła do domu cała opuchnięta, potrzeba przejść na dietę ograniczającą nabiał (na szczęście, przedszkole takową też w razie potrzeby zapewnia). Pani w sekretariacie mi na to, że „prosimy o zaświadczenie od alergologa, na co dokładnie dziecko jest uczulone”. „A nie może być zwykły lekarz?” „Nie, zgodnie z regulaminem musi być alergolog”. W głowie myśl – ale ja przecież nie trafię znowu do alergologa z dnia na dzień, ostatnio nawet na prywatną wizytę czekałem miesiąc, a reagować trzeba już teraz. „Nie wystarczy Państwu oświadczenia rodzica?”. „Absolutnie nie wystarczy”. Przepychanki słowne trwają. Po chwili do rozmowy dołącza się nie wiadomo skąd pojawiająca się Pani Dyrektor przedszkola, która uważa za konieczne wtrącić, że „to oni odpowiadają za moje dziecko przez 8 godzin pobytu w przedszkolu, więc to oni będą w tym czasie decydować, jak być powinno”. No tak. Jestem zwykłym skandalistą, ojcem-dziwakiem, który akurat nie odpowiada za swoje dziecko w trakcie jego pobytu w przedszkolu. „To jest po prostu nieludzkie. Przepraszam, dziękuję i do widzenia”, - rzucam na odchodne. Wracam do domu rozdygotany, ale zaczynam się zastanawiać nad tym, do którego by tu alergologa pilnie zadzwonić. Po chwili telefon z sekretariatu z przedszkola: „Mamy nadzieję, że emocje już opadły. Wychodząc naprzeciw Państwa oczekiwaniu i rozumiejąc sytuację, prosimy o zaświadczenie od zwykłego lekarza pierwszego kontaktu, a zaświadczenie od alergologa może Pan już donieść jak się uda u niego wizytę załatwić”. Uff… Co za ulga. Okazuje się, że można sprawę po ludzku załatwić od razu, trzeba tylko chcieć. I wcale nie trzeba przy tym mnie pouczać o odpowiedzialności za własne dziecko, nieprawdaż?

To jest zaledwie kilka przykładów z ostatnich bodajże dwóch tygodni. Ale zapewne każdemu z nas takie sytuacje się przytrafiają – czasem częściej, czasem rzadziej. Za każdym razem schemat jest jednak ten sam – użycie głosu (albo klaksonu) do celów moralizatorskich, przy minimalnym ryzyku dla pouczającego, niesprężony z miłością do bliźniego, połączony z brakiem empatii, wyrozumiałości i łagodności – prowadzący do wywyższenia się nad osobą pouczaną. Formalnie sprawiedliwości staje się zadość. Jest tylko jeden problem – przy okazji o miłosierdzie jest naprawdę trudno.

Ale nie ma co narzekać. Dzięki Bogu zawsze możemy prosić o wybaczenie naszych grzechów tak, jak i my je innym przebaczamy. A że przy okazji musimy kogoś pouczać i moralizować? No cóż, przecież Bóg jest nie tylko Miłosierny, ale i Sprawiedliwy. Więc ktoś musi o Jego sprawiedliwość tu na grzesznej Ziemi zadbać, nieprawdaż? To, że się stawiamy na Jego miejscu i zawłaszczamy przy tym Jego rolę – wcale nas nie zraża. W końcu mieszkamy w państwie broniącym chrześcijańskich wartości; jesteśmy wojującym Kościołem Jezusa, więc mamy prawo tak postępować. O tym, że mamy wojować przede wszystkim Miłością i o Bożą Miłość – to już wolimy nie pamiętać. Jak też i o tym, że podobno nasz „przeciwnik”, tudzież szatan, tudzież oskarżyciel – właśnie w ten sam sposób, bezlitośnie i zgodnie z literą prawa, będzie nas wszystkich nawet za byle drobne wykroczenie oskarżać na Sądzie Ostatecznym. Ot, taka teologiczna ciekawostka, która mi osobiście daje sporo do myślenia.

Szalom! :)