O zabójstwie z miłosierdzia

Twierdzę, że nie ma czegoś takiego, jak zabójstwo z miłosierdzia. Tak samo jak nie ma czegoś takiego, jak pobicie kogoś z łagodności, obżarcie się z umiarkowania, stchórzenie z powodu męstwa, skłamanie z powodu prawdomówności i tak dalej. Mogę wziąć dowolną cnotę, wykonać czynność ją zaprzeczającą i ogłosić, że właśnie sprostałem danej cnocie: to jednak wcale nie oznacza, że tak też w istocie będzie.

Miłosierdzie będące ulitowaniem się z miłości, aktywnym czynem miłości – oznacza, że życzę komuś dobrze. Więc jak mogę mówić, że życząc komuś śmierci, życzę komuś dobrze? Śmierć jest największym złem z możliwych, bo całkowitym zaprzeczeniem wszelkiego możliwego dobra.

W przypadku eutanazji czy aborcji eugenicznej błąd polega na tym, że mówimy: zabijmy kogoś, żeby nie cierpiał. No ale rozumując w ten sam sposób należy kogoś uczynić bezdomnym, jeśli narzeka, że ma zbyt ciasne pokoje. Albo na przykład zabrać komuś resztę pieniędzy, jeśli narzeka, że ma ich zbyt mało. Rozwiązaniem cierpienia w wyniku braku czegokolwiek (pieniędzy, zasobów, zdrowia, przyjaźni, miłości) jest dodanie dobra, a nie zabranie reszty dobra, które się posiada.

Dlatego niczym w jakimś wypaczonym przedstawieniu, w którym paradoks oraz irracjonalność gonią się nawzajem, oglądam narracje o tym, jak właśnie jakąś kolejną osobę się „żegna” w ramach procedury eutanazji, jak urządza się imprezy pożegnalne takim osobom, jak kolejna osoba w sposób pełen współczucia oraz empatii „żegna” swoje nienarodzone dziecko, które miałoby przeżywać niewymowne katusze zaraz po urodzeniu. Nie chce mi się wręcz wierzyć, że można tak postępować „na serio”. Drodzy, niech jasność umysłu będzie z każdym z nas w każdej sytuacji. Nie dajmy się omamić ładnym słówkom.

Szalom! :)