Pacyfizm i czasowy szowinizm

Istnieją dziś ludzie, którym nie mieści się w głowie rozwiązywanie i prowadzenie wojen w XXI wieku. Jest to, ich zdaniem, takie przecież niehumanitarne, przeczące miłości do bliźniego i nie przystające do współczesności... Nawołują do pokoju za każdą cenę, bez względu na to, kto jest winowajcą w tej czy innej wojnie. Taka postawa nie jest chrześcijańska z dwóch zasadniczych powodów.

Po pierwsze, bazuje ona na niczym niepopartej wierze w to, że natura ludzka sama z siebie czyni postępy od „gorszej” ku „lepszej” wersji samej siebie. Dla zwolennika tej idei brutal rodem ze średniowiecza – jest oczywiście brutalem właśnie dlatego, że jest ze średniowiecza. Do głowy takim ludziom nie przyjdzie, że natura ludzka jest niezmienna i że bez łaski Bożej i nawrócenia – nic się w niej nie zmieni bez względu na to, czy osadzimy ją na kilka tysięcy lat przed Chrystusem, czy dziś, czy za kilka tysięcy lat. Poza tym z takiej postawy wynika niczym nieskrępowany (bo przecież niemożliwy do zwalczenia przez już nieżyjących) szowinizm czasowy – czyli uczucie moralnej wyższości względem minionych pokoleń. Kiedyś to była niewykształcona dzicz, teraz to – ma się rozumieć – mamy do czynienia z wielce oświeconą i lepszą wersją człowieka, którą przecież nie da się porównywać do prymitywnej istoty ludzkiej z minionych wieków. Pogarda do już nieżyjących, zamiast szacunku do nich i stojąca u źródła tej pogardy pycha – znajduje się w bezpośredniej sprzeczności z chrześcijańską nauką.

 Po drugie, prezentowana postawa jest niesprawiedliwa, bo zrównuje w odpowiedzialności za wojnę zarówno agresora jak i ofiarę agresji. To wojna jest złem samym w sobie, a skoro tak, to mamy otwartą drogę do nawoływania do zaprzestania walk, zawieszenia broni, nieodpowiadania na ogień i tak dalej. W opinii współczesnych pacyfistów każdy uczestnik wojny jest winien temu, że ona trwa – więc nie ma to znaczenia, kto kogo najechał, gdzie toczą się walki i z jakiego powodu. Należy bezwzględnie zaprzestać walk; a czy to będzie sprawiedliwe w skutkach czy nie – pozostaje bez znaczenia. W myśl opisywanej postawy przeciwdziałanie złu jest tożsame z czynieniem zła. Idąc tym tropem broniąca się przed gwałtem kobieta jest tak samo winna jak i napastujący ją gwałciciel; broniący się przed mordem jest tak samo winien jak i morderca a ścigający złodzieja z punktu widzenia moralnego w niczym się od złodzieja nie różni.

 Uderzającym w tych dwóch postawach jest nie tyle jawne wypaczenie natury dobra i zła, ile wyraźnie zarysowany element magicznego myślenia, urojenie, ucieczka w wymyślony, rzekomo lepszy świat. Zaklinanie rzeczywistości polegające na tym, że ma się ona sama z siebie stawać lepsza z biegiem czasu, jak też niczym nieuzasadniona wiara w to, że zaprzestanie jakiejkolwiek walki wyeliminuje całą agresję z tego świata – jest w istocie niczym więcej niż ułudą bezbożnego umysłu, pragnącego zbudować raj na ziemi w oderwaniu od Boga. Jest to kolejna próba budowy wieży Babel, sięgającej Nieba i zrównującej człowieka z Bogiem w sposób oddolny przy pomocy wyłącznie ludzkiego wysiłku (choć lepiej jest powiedzieć – przy pomocy wysiłku wyłącznie ludzkiej wyobraźni). Realność zawsze brutalnie „ściąga” takich „marzycieli” na ziemię – czy to we wrześniu 1939 roku, czy w lutym 2022 roku… że nie wspomnę o personalnej tragedii każdego człowieka, który przecież tak czy owak – wbrew jakimkolwiek marzeniom przemija i odchodzi z tego świata.

 Tak więc czy warto się łudzić i marnować życie na samooszukiwanie się, brnąc w humanitarny pacyfizm? Jest to, rzecz jasna, pytanie retoryczne.

 Szalom.