Poświęcenie dla kogoś innego

Niektórzy protestanci głoszą, że męka i śmierć Jezusa jest wystarczająca, by wybawić nas od skutków grzechu. Bazując na tym twierdzeniu dochodzą do wniosku, że pokuta, cierpienie ekspiacyjne (w intencji kogoś innego) czy cierpienie wskutek działania Złego – to archaiczny nonsens. Sęk w tym, że taka postawa, nawet jeśli rozpatrywać ją w kategorii uznawanej przez protestantów zasady „sola scriptura”, nie wytrzymuje żadnej krytyki.

 

Po pierwsze dlatego, że grzech, cierpienie i śmierć wraz z Męką Pańską nie zniknęły: dalej grzeszymy, cierpimy i umieramy – i dotyczy to nawet największych świętych. Tym samym nie da się powiedzieć, że skutki grzechu zostały całkowicie unicestwione na Krzyżu – bo gdyby tak było, bylibyśmy bezgrzeszni i wolni od cierpienia i śmierci – a przecież tak nie jest. Sama rzeczywistość więc dostarcza twardy dowód, że skutki grzechu pierworodnego wciąż mają się całkiem dobrze.

 

Po drugie, Jezus osobiście nawołuje nas ku temu, byśmy wzięli swój krzyż i szli za Nim (Mt 16,21; Mk 8,34; Łk 9,23); a apostoł Paweł pisze o potrzebie współukrzyżowania i zmartwychwstania w ramach mistycznego ciała Chrystusa (Rzy 6), dopełniając w tej chwili w naszym ciele braki cierpień Chrystusa za Jego Ciało, którym jest Kościół (Kol 1,24).

 

Po trzecie, czymże jest Miłość, jeśli nie poświęcaniem się dla dobra kogoś innego? Tylko więc redukując Miłość ofiarną do miłości egoistycznej, można zacząć sądzić, że cierpienie jest czymś zupełnie bezsensownym, i że Bóg już od nas poświęcenia na pewno nie oczekuje, kochając nas takimi, jakimi jesteśmy. Jak można mówić, że Bóg nie oczekuje od nas ofiarności, skoro oczekiwał jej od Własnego, Jedynego ukochanego Syna? Poza tym dlaczego miłowanie nas takimi, jakimi jesteśmy miałoby przeczyć oczekiwaniu ofiarności? To tak jakby powiedzieć nieumiejącemu czytać dziecku, że skoro kocham cię takim analfabetą, to możesz już zrezygnować z nauki czytania. Naprawdę ktoś uważa, że taka postawa powinna się w ogóle zwać miłością?