Podejście do cierpienia

Obserwuję wśród osób wierzących zmasowaną ucieczkę przed „trudnymi” zagadnieniami związanymi z wiarą, takimi jak asceza, cierpienie, czyściec czy pokuta. Wszyscy wierzący odwołują się do Bożego Miłosierdzia, lecz znacznie mniejsze grono się zastanawia nad Jego Sprawiedliwością. I chociaż wierzymy, że zbawiamy się przez Miłosierdzie („Przez łaskę bowiem jesteście zbawieni mocą wiary”, Ef. 2:8), to jednak nie jest tak, że o Sprawiedliwości można zapomnieć. Wiemy przecież w tym samym momencie, że jeśli mowa o Królestwie Niebieskim, to „… nic nieczystego do niego nie wejdzie”, Ap. 21:27). Skoro każdy z nas ma poczucie, że nie jest idealny i do pełni czystości możemy co najwyżej się zbliżać, nie mogąc z samych siebie bez zbawczej łaski Pana za wiele uczynić, to tym samym z definicji zakładamy, że każdemu z nas jest pisana jakaś forma przemiany, czy jakiś zabieg, odcinający od nas wszelką niedoskonałość. Dlatego wierzą w taką przemianę zarówno prawosławni nie wierzący w czyściec, jaki i katolicy w niego wierzący, czy też protestanci, naiwnie obwieszczający o własnym zbawieniu już tu na Ziemi – poziom świadomości nie ma tu znaczenia. Jako chrześcijanie wszyscy wiemy, że jesteśmy niedoskonali i wszyscy wierzymy, że w Niebie będziemy doskonali. Dlatego wiara w życie wieczne w Niebie automatycznie implikuje wiarę w przemianę, która musi nas wszystkich dotknąć.

 

Następnie warto się zastanowić, czy ta przemiana będzie miła i przyjemna, tudzież odbędzie się bez żadnego wysiłku z naszej strony, czy też raczej miło i przyjemnie nie będzie i jakiś wysiłek będzie konieczny. Skoro podążamy w tym rozumowaniu od niedoskonałości do doskonałości odpowiedź wydaje się być oczywista, jako że nie ma na świecie takich systemów (jako układów fizycznych), które zdążałyby w kierunku większej organizacji i doskonałości bez jakiejkolwiek pracy zaangażowanej w przemianę tego systemu (mam na myśli pracę jako skalarną wielkość fizyczną). By stworzyć cokolwiek – potrzebny jest wyraźny wysiłek. Nawet Bóg, któremu wystarczy przecież powiedzieć tylko Słowo by powołać cokolwiek do istnienia z niczego – ewidentnie traktuje akt stworzenia jako pracę, po której chce Mu się siódmego dnia wypocząć. Bez wysiłku i zaangażowania w rzeczywistości następuje jedynie postępująca entropia – czyli dezorganizacja, rozpad, ruch w przeciwnym od pożądanego przez nas kierunku. My chcemy stać się doskonali będąc niedoskonałymi. A zatem zgodnie z prawami natury, które, jak wierzymy, odzwierciedlają naturę Stwórcy – by się tak stało musimy w taką przemianę też włożyć wyraźny wysiłek z naszej strony. Oczywiście wysiłek ten jest związany z cierpieniem, podobnie jak w przypadku dziecka, które się rodzi i wkłada ogromny wysiłek w przejście przez drogi rodne matki. Owo doświadczenie, choć względnie krótkie i podlegające absolutnemu zapomnieniu, w chwili urodzin nosi bardzo traumatyczny czy wręcz dramatyczny charakter. Lecz czy jest to powód ku temu, by się bać urodzin lub unikać cierpienia z nim związanego?

 

Dlaczego więc tak wielu z nas na samą myśl o owym „cierpieniu” woli nawet przestać o nim myśleć? Dlaczego tak wielu z nas ucieka przed oczywistym i niezbędnym do podjęcia wysiłkiem, zadowalając się stanem, który nas samych w głębi duszy nie zadowala? Wszyscy chcemy się „rodzić ku Niebu”, ale wszyscy czujemy wstręt na samą myśl o tym, przez jakie cierpienie w związku z tym należy przejść.

 

Otóż jestem przekonany, że dzieje się tak wyłącznie dlatego, że nie przyjmujemy sercem niektórych prawd wiary. Nie ufamy Bogu! Jesteśmy niczym małe dzieci wybiórczy w wierze: te słodkości to poproszę, ale już to gorzkie lekarstwo – to ja dziękuję.

 

Ale przecież cała doczesność z czyśćcem, nawet gdyby ten ostatni miał trwać do końca świata – są jedynie małym odcinkiem z punktu widzenia wieczności. Kto będzie o tym krótkim i ograniczonym w czasie doświadczeniu pamiętać już po zbawieniu? Czy ktoś, kto musi przyjść do stomatologa z bolącym zębem, przeżywając chwilę bólu w krześle stomatologicznym, rozpamiętuje w ogóle te momenty w późniejszym życiu, kiedy już powróci do zdrowia? Czy ktoś zdrowy rozpacza z tego powodu, że rok temu chorowało się na grypę? Oczywiście, że nie! W takim razie nic nie stoi na przeszkodzie, by już tu i teraz skierować swój wzrok ku wieczności i przestać koncentrować się jedynie na cierpieniu, które musimy w tej chwili przechodzić. Jak ja idę do lekarza, to świadomie rozmyślam o tym, jak dobrze będzie po ukończeniu leczenia, a nie o tym, że mnie w tej chwili boli. Czy ja jestem zwierzęciem, by całe swoje istnienie podporządkowywać chwili bólu? Czyż nie jestem kimś więcej niż odczuwany przeze mnie aktualnie ból? Stać mnie na to, by znaleźć w sobie radość i nadzieję nawet wtedy, gdy mnie boli – i nie dlatego, że lubię cierpieć (bo to jest oczywiste, że nie lubię!), lecz dlatego, że ufam Bogu i – podobnie jak w przypadku z lekarzem – świadomie i odpowiedzialnie wolę poddać się terapii i chwilę przecierpieć, niż niczym małe dziecko uciekać przed pójściem do lekarza.

 

Ktoś powie – no dobrze, ale czyż nie jest tak, że skoro z punktu widzenia świata duchowego jesteśmy „chorymi”, to to Bóg, jako nasz Zbawca-lekarz operujący musi zasadniczą pracę wykonać? I będzie mieć rację. Osoba udająca się na operację zbyt wiele tej pracy nie wykonuje – raczej leży sobie w bezruchu, w najlepszym wypadku obserwując to, co się dzieje. Owszem. Problem w tym, że osobę udającą się na operację trudno przy okazji posądzić o miłe i przyjemne spędzanie czasu. Warunkiem koniecznym do leczenia musi być pokorna i dobrowolna zgoda na zabieg oraz cierpliwe przeczekanie samego zabiegu. Poza tym to organizm tej osoby tak naprawdę musi potem wykonać gros pracy związanej z ostatecznym uzdrowieniem i temu procesowi z pewnością towarzyszy szereg niezbyt przyjemnych doznań.

 

Na sam koniec można posłużyć się jeszcze inną metaforą: podobnie jak w przypadku sportowców, dążących od niedoskonałości do doskonałości – będziemy musieli być poddani pewnej formie „cierpienia”, związanym z koniecznością wyćwiczenia w nas takiego stanu duszy, który będzie faktycznie mógł być uznany za czysty i odpowiedni dla Nieba. I podobnie jak sportowcy, ścigający się za najlepsze miejsce w swojej dyscyplinie, tak i my powinniśmy z rozmysłem, wytrwałością i zapałem, biec po naszą najlepszą nagrodę: „Czy nie wiecie, że chociaż na stadionie biegną wszyscy zawodnicy, to jednak tylko jeden otrzymuje nagrodę. Dlatego tak biegnijcie, abyście ją osiągnęli! Każdy, kto bierze udział w zawodach sportowych, odmawia sobie wszystkiego. Oni walczą, aby otrzymać w nagrodę wieniec, który przemija, a my walczymy o nagrodę nie przemijającą. Ja więc nie biegnę na oślep, a kiedy uderzam, nie trafiam w próżnię, lecz poskramiam i ujarzmiam moje ciało, abym nauczając innych sam nie odpadł [w zawodach].” (1 Kor 9:24-27).

 

A więc nie bójmy się cierpienia, ani wysiłku związanego z doskonaleniem duchowym. Biegnijmy wytrwale, pokornie poddawajmy się leczeniu i wszystko naprawdę będzie dobrze. Sam Bóg nam przecież to obiecał :) Szalom!