Podejście do spowiedzi

W życiu duchowym nas, katolików, przychodzi taki moment, kiedy już chcemy się pozbyć swoich grzechów. Czujemy, że jesteśmy niegodni Eucharystii, żałujemy dokonanych uczynków. Dlatego wchodzimy w tryb spowiedzi – wzbudzamy w sobie żal, robimy rachunek sumienia i ruszamy do konfesjonału. Zaraz po spowiedzi czujemy się „czyści”. Cieszymy się, a stan wyzwolenia napawa nas radością. Ale istnieje ryzyko, że za chwilę źródłem radości stanie się sam stan czystości – zaczynamy być zadowoleni z samych siebie. W takim stanie również zaczyna się w sercu gnieździć duma, zwierzchność – uważamy się za lepszych od innych. Trwamy tak aż do czasu, gdy znowu upadamy. Po czym następuje załamanie, frustracja oraz rozczarowanie. Znowu przypominamy sobie, że jesteśmy tylko niczego nie wartym prochem – i znowu wracamy do punktu wyjścia, kiedy po raz kolejny chcemy się pozbyć swoich grzechów… Po iluś tego typu cyklach, zwłaszcza po uświadomieniu sobie, że znowu i znowu przychodzimy do konfesjonału z tym samym „zestawem” – człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że coś tu nie gra. Gdzie popełniłem błąd? Dlaczego to musi tak wyglądać? Dlaczego muszę być raz „na koniu”, raz „pod koniem”? Dlaczego nie mogę po prostu żyć, nie grając na przemian na biało-czarnych klawiszach duchowego uniesienia i przygnębienia?

Drodzy, jeśli coś podobnego Was dotyczy, wiedźcie – że jesteście wciąż uwięzieni w schemacie myślenia człowieka starotestamentowego. W niczym nie różnicie się od prawowiernego Żyda sprzed dwóch tysięcy lat, zanurzającego się regularnie w mykwie – zbiorniku od obmywania z rytualnej nieczystości. Budujecie relacje z Bogiem przez pryzmat bilansu uczynków, lecz w gruncie rzeczy – wciąż jesteście skoncentrowani na sobie, a Wasz własny stan obchodzi Was znacznie bardziej, niż stan umierającego za Was – i z miłości do Was – Boga. Jesteście uwięzieni we własnym egoizmie, i bardzo trudno jest Wam w ogóle zrozumieć wartość Jego ofiary. Proszę zrozumieć mnie poprawnie – przez powyższe nie chcę powiedzieć, że mamy się zatracić w naszej relacji z Bogiem, zapominając o sobie. Ale nie jest tak, że spowiedź jest „prysznicem duszy” – jak wielu katolików myśli. Konfesjonał nie zastąpił mykwy – to są zupełnie odmienne narzędzia ulżenia potrzebującym duszom.

Wyjście z opisywanej pułapki znajduje się w dogłębnym zrozumieniu, że Bóg jednakowo kocha nas w każdym stanie – zarówno przed spowiedzią, jak i tuż po niej. Wyobraźcie sobie, że jesteście w związku z człowiekiem, który narozrabiał, i który przychodzi do Was z przeprosinami. Oczywiście – to dobrze, że taki ktoś z przeprosinami przychodzi. Ale czy to oznacza, że kochacie tę osobę w związku z tym bardziej? Czy Wasza miłość względem tego człowieka – faktycznie się wzmaga w związku z tym, że mówicie takiemu komuś „wybaczam”? Oczywiście, że nie! Przebaczenie komukolwiek – nie jest powodem do wzmocnienia miłości. To miłość jest powodem przebaczenia, a nie przebaczenie – jest powodem miłości. Miłość jest pierwsza i poprzedza akt miłosierdzia – a nie na odwrót. I moment, w którym zdajecie sobie sprawę z tego, że tuż po spowiedzi jesteście tak samo kochani przez Boga, jak i tuż przed nią – jest momentem prawdziwego wyzwolenia.

Bo oto nagle otwieramy się na relację, w której znacznie cenniejszą jest Jego Miłość do nas, niż nasze mniemanie o samych sobie. Zaczynamy dostrzegać, że Ktoś się dla nas rzeczywiście poświęcił, ofiarując się w zamian za możliwość naszego ratunku. Spowiedź nabiera głębi, łączy się z Eucharystią w jedność, a nie funkcjonuje w oderwaniu od niej. Lecz przede wszystkim – tajemnica Spowiedzi przestaje być prysznicem dla duszy, a staje się dla niej pokarmem, kiedy człowiek – sycąc się własną hańbą (por. Ha 2:16), odnajduje prawdziwy smak Miłości, karmi się Bożym Miłosierdziem. Spowiedź nie jest wtedy funkcjonalnym aktem „zmywania brudu”, lecz z powrotem staje się tym, czym powinna w istocie być – aktem proszenia o wybaczenie i jego udzieleniem w relacji dwóch, wzajemnie kochających się osób.

Dla mnie natomiast największą wartością z uświadomienia sobie swojej nicości zaraz przed jak i zaraz po spowiedzi – jest uodpornienie się na grzech. Albowiem jeśli ja już nie myślę o sobie, tylko prawdziwie przejmuję się Jego cierpieniem dla mnie – to zaczynam się traktować za „umarłego dla grzechu”, jak to dokładnie zaleca św. Paweł (por. Rzy 6:2). Jeśli w ogóle naszą z Bogiem relacje mam jeszcze w przyszłości cenić, jeśli mi na niej zależy – to następnym razem faktycznie dziesięć razy się zastanowię, nim ponownie zgrzeszę w ten sam sposób, co „zwykle”. Paradoksalnie więc – uważanie się za jednakowo niegodnego (lub jednakowo wartościowego – jak kto woli) obiektu Bożej Miłości – bez względu na moment spowiedzi – czyni spowiedź w praktyce mniej potrzebną. Po prostu rzadziej musimy z niej korzystać – bo już nie grzeszymy tak, jak zwykle. Owszem, błędy się mogą potem zdarzać – ale na pewno będą to już błędy nie z tego samego, „tradycyjnego zestawu”, który cechuje człowieka przed prawdziwym nawróceniem.

I właśnie takiej, dogłębnej zmiany sposobu myślenia odnośnie spowiedzi wszystkim życzę.

Szalom!