Pokora versus pewność siebie

Przede wszystkim w tym miejscu podsumujmy to, co do tej pory zostało omówione. W rozdziale „Absolutyzm versus relatywizm” pokazałem, że prawda jest jedna, niezależnie od tego, co na jej temat myślimy, dlatego relatywizm z jego twierdzeniem o tym, że istnieje wiele prawd – jest filozofią błędną. W rozdziale „Racjonalność versus irracjonalność” zademonstrowałem, że wiara w Boga jest całkiem racjonalnym wyborem dla myślącej, współczesnej oraz otwartej na naukę osoby. W następnym wpisie pt. „Wiara versus agnostycyzm” dodatkowo stwierdziłem, że agnostycyzm, chociaż i jest „bardziej uczciwy”, na pierwszy rzut oka, od ateizmu, - jest tylko próbą okłamania samego siebie, a w praktyce mało czym się różni od ateizmu. W rozdziale „Prawda oraz kłamstwo” doszliśmy do wniosku, że kłamstwo objawia się tylko pod warunkiem ujawnienia się w roli pierwszoplanowej egoizmu. Dziś spróbuję pokazać, że właśnie kulturowy liberalizm (bazujący na nieteistycznym humanizmie, egoizmie, zbytniej pewności siebie), jako zaprzeczenie pokory chrześcijańskiej – jest wrogi chrześcijaństwu.

Dla początku zastanówmy się w jaki sposób zero może osiągnąć nieskończoność? Odpowiedź brzmi – nie ma takiej możliwości. Tylko nieskończoność może zbliżyć się do zera (nawet matematycznie coś może zmierzać do zera, ale zero do czegoś zmierzać nie może). Oczywiście, człowiek nie jest zerem. Jednak uczeni policzyli, że do dnia dzisiejszego na Ziemi mieszkało około 100 miliardów ludzi. Historia (jako nauka) pamięta z imienia i nazwiska kilkadziesiąt ‑ może kilkaset tysięcy osób. Gdzie się więc podziała cała reszta? Obiektywnie prawie wszystkich nas czeka ten sam los – z punktu widzenia historii prawie każdy z nas odejdzie w niepamięć. Oczywiście, to stwierdzenie jest tylko prowokacją, mającą na celu wymuszenie na czytającym rozmyślania na temat swojej roli w historii Wszechświata.

Inny aspekt naszego małego jednostkowego znaczenia może być dostrzeżony z punktu widzenia wszystkich nas, teraz żyjących osób. My wszyscy razem przypominamy kolorową łąkę z kwiatami, każdego z których mało jaka roślina spoza najbliższego otoczenia w ogóle kojarzy. To, że kolejne kwiaty rosną, dojrzewają i więdną – jest absolutnie normalnym elementem życia na łące. Jednak z punktu widzenia obserwatora, który zobaczy tę łąkę – każdy kwiatuszek jest ważny na tyle, na ile jego obecność wpływa na ogólne wrażenie piękna towarzyszącego patrzeniu na łąkę. Z takiej perspektywy każdy osobny kwiatuszek ma małe znaczenie, ale wszystkie kwiaty razem są bardzo ważne. Z punktu widzenia społeczeństwa jeden osobnik nie ma praktycznie żadnego znaczenia, ale bez nas wszystkich społeczeństwo nie może istnieć. Co więcej – bez człowieka nie ma społeczeństwa – podczas gdy człowiek bez społeczeństwa całkiem może się obejść (mimo, że taki stan dla człowieka nie będzie stanem naturalnym). Dlatego nie mają racji ci, którzy twierdzą, że potrzeby społeczeństwa są ważniejsze od potrzeb człowieka, uzasadniając w ten sposób zjawisko dyktatury.

Spróbujemy teraz wyobrazić, o czym „myśli” każdy kwiat na naszej łące z powyższego przykładu. Każdy chce być w sposób optymalny doświetlony, nawilżony oraz osłonięty przed porywistymi wiatrami, ‑ to jest naturalne. Żaden kwiat nie chce przemarznąć lub wyschnąć, każdy będzie dążył do odnalezienia przy pomocy korzeni maksymalnej ilości składników odżywczych, do rozwinięcia się oraz możliwie szybszego zrzucenia nasion w celu przekazania życia dalej. Ekosystem, który podtrzymuje te wszystkie potrzeby każdego (podkreślam to słowo – każdego!) kwiatuszka – jest odpowiedni z punktu widzenia rozwoju całej łąki. Ekosystem, który będzie preferował tylko jeden rodzaj kwiatów – nieuchronnie doprowadzi do utraty wartości łąki – zarówno z punktu widzenia praktycznej ekologii jak i z punktu widzenia wrażeń estetycznych obserwatora, który podziwia cały obraz. Właśnie dlatego można powiedzieć, że dyktatura we wszystkich jej postaciach, ograniczając prawa grupy społecznej (albo narodu) na rzecz innej grupy społecznej (albo narodu) – nie sprzyja kwitnięciu życia na naszej planecie, gdyż w sposób bezpośredni prowadzi do jego zubożenia. Przecież wszyscy czujemy, że każdy rodzaj roślin ma takie samo prawo do istnienia na naszej łące, jak i każdy inny. Z takim rozumieniem wolności – nikt, w tym chrześcijanin – dyskutować nie powinien. W tej kwestii też się zgadzam z liberałami – rozwój każdej osoby nie powinien być ograniczany. Różnica między liberalizmem kulturowym a chrześcijańskim rozumieniem wolności polega na tym, że prawo do istnienia i rozwoju nie jest tożsame z permisywizmem, zwróconym przeciwko własnej naturze. Do końca wykorzystując potencjał powyższego przykładu, stwierdzę, że ludziom pozostaje „tylko” być ludźmi, a nie czymś większym od tego pojęcia. Kwiaty są tylko kwiatami, które zwracają się ku Słońcu, podczas gdy promienie słoneczne są tym, bez czego ich istnienie jest wręcz niemożliwe. Jednak to nie kwiaty docierają do słońca, tylko Słońce – poprzez swoje promieniowanie – dociera do kwiatów. W tym nie ma niczego złego i warto się z tym pogodzić. Jeżeli wyobrazić sobie kwiatek, który raptem zechce zostać Słońcem, to powstaje pytanie, czy taki kwiatek:

    1. przypadkiem jednak nie oszalał?
    2. w ogóle kiedykolwiek będzie w stanie osiągnąć swój cel?
    3. pragnąc być czymś większym, niż on naprawdę jest – będzie w stanie być szczęśliwym?

Oczywiście, mój przykład jest znacznie wyolbrzymiony, ale w sposób analogiczny ludzie pozostają tylko ludźmi – ze swoimi ograniczeniami, mankamentami, podatnością na choroby i tak dalej. Pozycja pokory przejawia się w tym, że przyjmujemy ten stan rzeczy jako fakt, chociaż nie musimy stan rzeczy wynikający z tego faktu postrzegać jako coś absolutnie niezmiennego (to są różne rzeczy!). Z takim stanem rzeczy można i trzeba walczyć – wszystkimi danymi nam przez Boga zasobami, wykorzystując naszą wolę, wiarę oraz rozum. Nie wolno podmieniać pojęcia pokory pojęciem obojętności albo w pseudo-pokorze ukrywać wymówkę dla własnej nieudolności. Człowiek pokorny może (a nawet powinien) pozostawać asertywny, będąc przy tym nastawionym na dalszy rozwój. Dla chrześcijan chęć przemiany w zapowiedzianego przez Pana Boga Nowego Człowieka, który odrzuca siebie starego – grzesznego oraz wypełnionego mankamentami – jest jedną z podstawowych pojęć wiary.

Główna krytyka tezy o tym, że kwiatek jest tylko kwiatkiem, a człowiek – „tylko” człowiekiem, stanem na dzisiejszy dzień rozbrzmiewa ze strony przedstawicieli nieteistycznego humanizmu, który ogłasza człowieka najwyższą wartością, odprowadzając mu rolę boga. Pierwszorzędną rolę tej filozofii odprowadzają przedstawiciele liberalizmu kulturowego, który zdominował społeczne życie współczesnej Europy. Taki humanizm jest egoistyczny z definicji, mimo, że on też odwołuje się do pojęcia społeczeństwa humanistycznego. Jedną z ulubionych reguł kulturowych liberałów jest twierdzenie o tym, że „w ramach wolności wszystko wolno, dopóki moja wolność nie ogranicza wolności innej osoby”. Warto jednak wprost powiedzieć, że taka pozycja jest wrogą chrześcijaństwu – i nawet nie dlatego, że w tym wypadku odrzuca się Boga, zastępując Go człowiekiem, tylko dlatego, że dla chrześcijan gloryfikacja człowieka oraz odrzucanie Boga na rzecz wolności jest wyraźną sprzecznością. W chrześcijaństwie nie istnieje wolność oraz wolna osoba poza Bogiem, tak samo, jak kwiatek nie istnieje bez promieni słonecznych.

Ponadto egoiści (w tym większość nieteistycznych humanistów) pozostają tylko niewolnikami własnego egoizmu. Moi znajomi ateiści/agnostycy w tym miejscu z uśmiechem na twarzy stwierdzają: „ale przecież chrześcijanie są niewolnikami Boga!”. Zgoda, lecz uznawać za pana egoizm z jego ograniczeniami i skończonością z jednej strony oraz Boga – z Jego nieograniczoną nieskończonością z drugiej strony – to jednak różne rzeczy. Chrześcijanin też może powiedzieć, że „Wszystko wolno”, jednak natychmiast po tym musi doprecyzować, że „… nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje. Niech nikt nie szuka własnej korzyści, lecz dobra bliźniego” (1 Kor 10, 23-24). W liberalizmie kulturowym takich ograniczeń nie ma – dla liberała kulturowego granicą wolności nie jest korzyść, którą ta lub inna czynność przynosi dla otoczenia lub dla niego, lecz wolność innej osoby. Dlatego z całą odpowiedzialnością można powiedzieć, że w liberalizmie kulturowym, jak to paradoksalnie nie zabrzmi – jeszcze nie ma wartości, gdyż wolność dla liberałów jest wartością samą w sobie, jak puste naczynie, które każdy może napełnić (albo i nie) – zgodnie z własnymi upodobaniami. Dla chrześcijan, oczywiście, wolność też jest wartością (antecedencją napełnienia naczynia jest jego istnienie), jednak to treść naczynia ma znaczenie krytyczne. Miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, miłosierdzie, wiara, łagodność, wstrzemięźliwość jako dary Ducha Świętego – a ku temu miłość, wiara, nadzieja, mądrość, sprawiedliwość, męstwo, wstrzemięźliwość – jako podstawowe cnoty chrześcijańskie – czyż te pojęcia nie mają większej wagi niż wolność? Fizyczną wolność można stracić, ale nasza uprzejmość, miłosierdzie czy męstwo (o ile je mamy) – zostaną z nami nawet w takim przypadku. Równocześnie jeśli utracić te podstawowe składowe ludzkiej godności – to wtedy po co nam wolność? Jaka z takiej wolności korzyść wynika dla człowieka i dla społeczeństwa?

Ważnym aspektem, który trzeba umówić w kontekście nadmiernej pewności siebie jest zagrożenie odczuwania dumy samych chrześcijan z powodu własnej wiary – w stosunku do ludzi niewierzących lub wyznających inną religię. Zaznaczę, że tę remarkę kieruję przede wszystkim do ludzi wierzących (w tym też do siebie). Paradoksalnie, pokusa odczuwania takiej dumy jest tym większa, im „większym” może być nasz „progres duchowy” (który, jednak, jest takowym tylko z punktu widzenia logiki ludzkiej, bowiem „Niech zatem ten, komu wydaje się, że stoi, uważa, aby nie upadł” (1 Kor 10, 12)). Właśnie z tej przyczyny częstymi są przypadki, kiedy liderzy kościołów, organizacji kościelnych – raptem zapominają o swojej skromności i publicznie zaczynają wypowiadać takie rzeczy, które za innych okoliczności w najlepszym razie zostałyby prywatnym zdaniem, którego można byłoby się wstydzić tylko we własnych myślach przed samym sobą. Jednym z wyraźnych przejawów tego procesu bywa aktywny udział wysoko postawionego w kościelnej hierarchii kleru w procesach politycznych na poziomie państwowym, kategoryczne i niekierowane miłością wypowiedzi księży na tematy przyziemne czy nawet błahe, udział świeckich bez żadnego przygotowania w ewangelizacji. Kto z nas nie słyszał o biskupach, którzy raptem zaczynają sądzić, że ich pozycja i „głęboka wiara” dają im prawo wchodzić w wyjątkowe (i często – dalekie od ideału chrześcijańskiego) relacje z przedstawicielami władz? Kto nie spotkał księdza, który nie będąc żonatym – raptem zostawał bezdyskusyjnym „autorytetem moralnym” w kwestiach czystości relacji małżeńskich? Kto przynajmniej raz w życiu nie spotkał przedstawiciela jednego z protestanckich, katolickich czy prawosławnych zrzeszeń, który chciał za wszelką cenę „nawrócić” nas na jego lub jej, bezdyskusyjnie poprawny we wszystkich aspektach, światopogląd? Wspólnym mianownikiem tych wszystkich postaw staje się wiara tych ludzi we własną nieomylność, która w jakiś dziwny sposób przeradza się w uczucie „lepszości” od innych, lub daje podstawy ku kategoryzowaniu ludzi i traktowaniu ich zgodnie z tym, do której kategorii ta lub inna osoba należy (oczywiście, tylko w mniemaniu tego, kto w ten sposób kategoryzuje ludzi). Jednak taka postawa jest całkowicie niepoprawną z punktu widzenia chrześcijaństwa. Jezus umarł za wszystkich – i tych, kto wierzy, i (przede wszystkim!) tych, kto nie wierzy. Jego ofiara zrównała wszystkich w prawach nie dlatego, że On przyszedł w świat uratować wybranych, a dlatego, że On oddał swoje życie za „grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy(a)”. Wszyscy my – cała ludzkość – jesteśmy Jego oblubieńcami w tym sensie, że za każdego z nas On przyniósł taką samą ofiarę, chociaż my wszyscy jesteśmy jednakowo grzesznym i „beznadziejnym”, z punktu widzenia ludzkiej logiki, przypadkiem. Kiedy Jezusa pytają o to ze zdziwieniem: „Któż tedy może być zbawiony?”, On odpowiada: „Co niemożliwe dla ludzi, możliwe jest dla Boga” (Łk 18, 26-27), stawiając tłustą kropkę w tej dyskusji. Przecież kwestia ratowania nas – nie jest pytaniem do nas. Czy osoba tonąca może sama siebie uratować? Po to jest ona osobą tonąca, że własne możliwości utrzymywania się na powierzchni wody już się skończyły. Tylko Bóg może nas uratować – i stopień naszej bliskości do Niego w rozumieniu stopnia naszego poddania się Jego woli – nie daje nam żadnych osobliwych przewag poza taką, że trochę ułatwiamy Mu zadanie. Jednak sam ratunek, wybór sposobu jego przeprowadzenia jak i realizacji operacji ratowniczej – i nadal pozostaje wyłączna kompetencją ratownika, podczas gdy osoba tonąca nie ma na to wszystko żadnego wpływu. Byłoby absurdem twierdzić, że kogoś uratowano tylko dlatego, że w krytycznym momencie ten ktoś maksymalnie się zrelaksował i nie sprzeciwiał się ratownikowi. To trochę jakby powiedzieć, że pacjent został wyleczony ze śmiertelnej choroby tylko dlatego, że posłusznie wykonywał wszystkie wskazówki lekarza. Oczywiście, wykonanie wskazówek lekarza jest warunkiem koniecznym dla przeprowadzenia leczenia, jednak to lekarz i zastosowana terapia – odgrywają najważniejszą rolę w tym procesie, a nie pacjent z jego posłuszeństwem.

Więc czym się różni z punktu widzenia zbawienia – osoba wierząca od niewierzącej? W moim głębokim przekonaniu, z punktu widzenia logiki ludzkiej – zasadniczo niczym, za wyjątkiem gotowości otrzymania pomocy oraz zwrócenia się w kierunku wartości, które mają ogólną wartość dla człowieczeństwa. Nierozumienie tego przez współczesnych jest jedną z największych tragedii współczesności. Przyjaciele-ateiści, agnostycy i inni grzesznicy! :) Chcę tutaj definitywnie powiedzieć, że chrześcijaństwo nie proponuje Wam partię gry w kasynie, w której możliwa jest wygrana wszystkiego lub niczego – kto Wam tylko włożył ten bezsens do głów? Chrześcijanie – nie są nieomylnymi świętoszkami, którzy nigdy nie grzeszą, zawsze odmawiają różaniec i nigdy nie mylą się w swoich twierdzeniach. Chrześcijańscy kapłani są takimi samymi ludźmi, jak i my wszyscy – więc i wśród nich zdarzają się zarówno gorsi jak i lepsi specjaliści. Kościół w jego fizycznej postaci – też jest zwykłą organizacją, która może się mylić i kieruje się takimi samymi regułami zarządzania i rozwoju, jak i jakakolwiek inna organizacja, którą tworzą ludzie, padając czasami ofiarą całkiem realnych egoistycznych, w tym – politycznych – intryg. Autor tych linijek ma tak samo grzeszną naturę jak i wszyscy. Różnica między ludźmi wierzącymi oraz niewierzącymi polega tylko w tym, w którym kierunku my chcemy się rozwijać, jak chcemy żyć (dla otoczenia czy egoistycznie dla samych siebie?). Jeżeli przyrównać nasze uciążliwe położenie po grzechu pierworodnym do przebywania w żebractwie – myślę, poprawnym będzie powiedzieć, że osoba wierząca jest podobna do żebraka, który wypatruje przy drodze króla, mogącego hojną ofiarą podnieść go na absolutnie nowy poziom życia, przy tym sam nie zapomina o miłosierdziu. Człowiek niewierzący też jest podobny do żebraka, który tylko spogląda w kierunku wysypiska śmieci w próbie odszukania tego samego skarbu, który mógłby ofiarować król, jednak najczęściej (nie mówię, że zawsze) – przeżywa życie tylko dla siebie. W praktyce najprawdopodobniej obydwoje żebracy będą się żywić przede wszystkim ze znalezisk, które uda się wygrzebać na tym samym wysypisku śmieci, jednak pierwszy będzie próbować na wszelkie sposoby od swojego stanowiska uciec, jak tylko nadarzy się odpowiednia okazja, podczas gdy drugi – najprawdopodobniej uczyni ze swojego położenia sposób na życie, który nie warto zasadniczo zmieniać. Pierwszy będzie otwartym na nowe doświadczenie, podczas gdy drugi – nie tylko wyśmieje pierwszego (cynizm i na składowisku śmieci pozostanie cynizmem), ale też nieuchronnie nabierze podejrzeń wobec nowych, „niestandardowych” możliwości polepszenia swojego życia. Ostatecznie pierwszy może jednak znaleźć sposób uciec przed swoją biedą. Drugi – raczej umrze profesjonalnym żebrakiem, święcie przekonanym w tym, że żebractwo jest jedynym właściwym sposobem na życie, podczas gdy wszystkie te wymysły o królu i zamożnym życiu są po prostu wymysłami dla takich „romantycznych głupców”, jak pierwszy żebrak. Innymi słowy – to nawet nie nasze uczynki ani nawet sposób życia ostatecznie mają krytyczne znaczenie. W takim razie co?

Podsumowując powyższe, myślę, nie będzie przesadnym powiedzenie, że sama postawa otwartości na Miłosierdzie Boga jest niezaprzeczalną wartością samą w sobie (chrześcijanie mówią w tym momencie o postawie przyjęcia łaski od Pana). Dla osób niebędących chrześcijanami to samo twierdzenie można sprowadzić do uświadomienia własnych ograniczeń oraz przyjęcia ich jako obiektywnej rzeczywistości, którą można udoskonalać, ale która przez to nigdy nie zostanie doskonałą. Taka postawa jest niemożliwą bez uświadomienia swego niedoskonałego stanu oraz odrzucenia - raz i na zawsze - własnego zarozumialstwa. Opisany „zdrowy rozsądek” czy też „utrzymanie dystansu” względem własnej osoby nazywany jest pokorą. Człowiek pokorny bazuje na tym, co ma, zamiast tego, co może mieć. Człowiek pokorny – nie buntuje się, a wprowadza zmiany, jeśli one są niezbędne i możliwe, uświadamiając przy tym, że każda zmiana wymaga ewolucji (czasu) a nie rewolucji (wszystko już i teraz). Proszę zwrócić uwagę, że utopijne ideologie XVII – XX wieków – ogłaszają właśnie rewolucję jako podstawowe narzędzie własnej walki (Rewolucja francuska, socjalistyczna rewolucja w Rosji, rewolucja kulturalna w Chinach) – przy czym skutkiem takich zmian są zwykle rzeki krwi oraz góry ułożone z trupów, nie mówiąc już o historycznych – skrajnie długotrwałych i negatywnych skutkach. Przecież bezpośrednim skutkiem Rewolucji francuskiej były wojny napoleońskie. Między innymi w skutek niesprawiedliwego wyniku tych wojen rozpoczęto I Wojnę Światową, a chęć zemsty wyniesiona z tej wojny – z kolei była jedną z podstawowych przyczyn rozpętania II Wojny Światowej. Skutki rewolucji socjalistycznej w Rosji, która przecież była wzorowana na rewolucji we Francji – w krajach byłego taboru socjalistycznego są odczuwalne do dziś, a w takich krajach jak Korea Północna, Kuba, Wietnam czy Chiny – te rewolucje wciąż bezpośrednio wpływają na życie ludzi (przypominam, że wszystkie powyższe kraje razem wzięte zamieszkuje prawie 1/3 mieszkańców globu!). Za każdym razem w tych wypadkach mamy do czynienia z reżimami, które gloryfikują człowieka, odrzucając przy tym Boga; reżimami bazującymi na utopijnych pomysłach potrzeby poświęcenia człowieka społeczeństwu czy osiągnięcia jakościowo nowego poziomu społecznego rozwoju kosztem wszystkiego, co przeczy tej ideologii.

Oczywiście, nie chcę przez to powiedzieć, że humanizm nieteistyczny (oraz wynikający z niego liberalizm kulturowy) jest taki sam w skutkach czy metodach, jak komunizm czy narodowy socjalizm. W przypadku tych ostatnich zło było ewidentnym – dziesiątki milionów zabitych trudno nie dostrzec nawet bardzo sceptycznym osobom. W przypadku tego pierwszego, jednak, destrukcyjna siła kolejnego „izmu” przejawia się przede wszystkim na poziomie duszy, a nie ciała. Właśnie dlatego musimy jeszcze dwa kolejne rozdziały dedykować teoretycznym rozważaniom oraz przeciwstawieniu ducha materii oraz grzechu – świętości.

Do tradycyjnego spotkania wkrótce!

Szczerze Wasz,


Racjonalny Katolik