Racjonalność versus irracjonalność

Proszę się rozejrzeć wokół. Już dziś jesteśmy w stanie tak dużo powiedzieć o świecie, który nas otacza! Bakterie, żyjące komórki złożonych organizmów, molekuły, atomy, cząstki elementarne, które są w zasadzie tylko pewnym przejawem energii – ta cała różnorodność mikrokosmosu zdumiewa, a równocześnie każdy fizyk potwierdzi, że najprawdopodobniej nasza dzisiejsza wiedza na ten temat – jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Z drugiej strony zaskakująco różnorodna fauna i flora, pasma górskie, morza, oceany, planety, galaktyki i całe układy galaktyk ‑ tworząc znany nam makrokosmos – układają się w jeden obraz bezkresnego, pięknego Wszechświata. Wyobraźmy sobie naszą planetę orzeszkiem leszczyny o średnicy 1 cm. W tym przypadku Słońce będzie się mieścić od nas w odległości ponad 117 metrów, przy tym samo będzie o rozmiarze niewiele ponad metra w średnicy. W tej skali tylko szerokość naszej galaktyki wynosiłaby średnio 820 milionów kilometrów, a w obserwowanej części Wszechświata – według przybliżonych obliczeń – co najmniej 80 miliardów kilometrów! Równocześnie każdy z nas, będąc osobą o wzroście średnio 169 centymetrów, po przeskalowaniu, może pochwalić się tym, że stanowi około 0,00001% średnicy orzeszka leszczyny z naszego przykładu. Paradoks w tym, że mając tylko takie rozmiary – każdy z nas ma tendencję ku uznawaniu właśnie siebie za centrum Wszechświata.

Jeszcze z czasów szkoły pamiętam ilość formułek, których trzeba było nauczyć się na lekcjach fizyki. Kinematyka, dynamika, podstawy teorii molekularnej i kinetycznej, elektrostatyka – oto dalece nie pełna lista rozdziałów programu szkolnego, a w ramach każdego z nich – kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt współzależnych formuł opisujących pewne podstawowe prawa naszego świata. Harmonia, matematyka i określony porządek wydają się być obecnymi we wszystkim, co nas otacza – od najmniejszych cząstek elementarnych po całe układy galaktyk. Jeśli weźmiemy pod uwagę teorię kwantową, możemy zacząć postrzegać świat jako zbiór najmniejszych cząstek w postaci pulsującej, wszechobecnej energii. Wybitną niespodzianką jest na tym tle zjawisko samego życia. Materia, która była przypadkowym zlepkiem różnego rodzaju elementów, raptem łączy się w doskonały, samoregulujący się twór – który ewoluuje w różne formy, w tym też w nas, ‑ świadomych swej egzystencji ludzi. W zdrowym organizmie człowieka mieści się około 100 miliardów komórek, z których każda pełni pewną precyzyjnie określoną funkcję. Tylko z dwóch komórek przy poczęciu – powstaje idealny, niezwykle skomplikowany organizm składający się z od 1028 do 1029 atomów, który jest w stanie nie tylko przekazywać pałeczkę życia dalszym pokoleniom, ale także, na przykład, zadawać sobie pytanie – skąd on się w ogóle wziął i jaki to wszystko ma cel.

Otóż ateiści zgodnie twierdzą, że wszystko wyżej opisane – jest tylko takim sobie dziwnym zbiegiem okoliczności. Wszechświat – jak oni twierdzą – sam sobie powstał z pewnej Osobliwości (to jest taki nieskończenie mały punkt, który istniał przed Wielkim Wybuchem), a życie – zgodnie z najbardziej rozpowszechnioną teorią – przez niewiarygodny zbieg okoliczności samo siebie zapoczątkowało gdzieś na dnie pradawnego, wzburzonego oceanu na zaraniu dziejów naszej planety. Zgodnie z twierdzeniem ateistów – wcześniej istniał tylko chaos, a z chaosu wyłonił się taki porządek, jakim go dziś znamy.

Muszę w tym momencie posłużyć się pewnym przykładem. Wyobraźmy, że weźmiemy dwa identyczne, wystarczająco przestronne kartonowe pudła i wypełnimy je tylko do jednej dziesiątej pojemności. Do jednego powrzucamy różne przypadkowe przedmioty, przykładowo ‑ niektóre akcesoria kuchenne, trochę artykułów spożywczych (nie zapomnijmy o jajach!), dwa lub trzy artykuły biurowe, które i tak już dawno chcieliśmy wyrzucić, kilka narzędzi kuchennych itp. Udało się ten obraz sobie wyobrazić? Wewnątrz pudła ‑ chaos, ale tak też powinno być dla czystości naszego eksperymentu, gdyż ten karton będzie naszym modelem chaosu. Drugie pudło i też tylko do jednej dziesiątej pojemności wypełnimy jednakowej formy metalowymi, małymi kulkami. W następnym kroku zamykamy obydwa pudła i wykonujemy nimi na przemian chaotyczne energiczne wstrząsy, symulując Wielki Wybuch, a na końcu przewracamy te pudła na bok. Zdejmujemy pokrywy. Co widzimy w pierwszym kartonie? Chaos w nim tylko się pogłębił ‑ rozbite jajka wymieszane z artykułami biurowymi i kuchennymi narzędziami przedstawiają raczej smutny i wyraźnie nieuporządkowany obraz. A co zobaczymy w drugim pudle? Metalowe kulki leżące jedna na drugiej, tworząc przykładowo dość regularnego kształtu, jednorodną grupę sześciościanową. Jaki wniosek płynie z tego raczej prymitywnego eksperymentu naukowego? Jest on bardzo prosty: chaos nie jest w stanie sam siebie zorganizować! Chaos – zgodnie z definicją – nie zawiera żadnych cech porządku, a gdy chaos będzie miał tendencję do samoorganizacji – to już nie będzie chaosem, tylko pewnym systemem. Tylko określony, z góry przemyślany, inteligentny porządek – taki, który jest założony w takim samym kształcie, analogicznej masie i innych właściwościach fizycznych i mechanicznych metalowych kuleczek z drugiego kartonu – jest w stanie nadać im razem nawet po chaotycznym ruchu – uporządkowany, harmonijny całokształt na końcu eksperymentu. Innymi słowy – tylko porządek niższego rzędu jest w stanie zapoczątkować wyższy (bardziej zorganizowany) porządek. Tak to też zresztą odbywa się w naszym świecie ‑ ewolucja, ruch planet i galaktyk ‑ wszystko jest podporządkowane określonemu porządkowi wewnętrznemu, pewnym uniwersalnym prawom oddziaływania cząstek elementarnych. Można zaprzeczać temu przykładowi twierdząc, że eksperymenty z kartonami są zbyt prymitywne – przecież w chwili powstania życia istniały takie czynniki jak temperatura, ogromne ciśnienie itp., ‑ ale to nie zmienia sensu twierdzenia, ponieważ te dodatkowe czynniki były częścią uporządkowanego systemu a nie chaosu.

I jedyną kwestią, która pozostaje nierozstrzygniętą jest pytanie – w jaki sposób z niczego powstało tak dobrze uporządkowane coś? Kto albo co określiło fizyczne i chemiczne parametry materii, dzięki którym my dziś w ogóle istniejemy? Na to pytanie ateiści, oczywiście, nie mają odpowiedzi (po to są ateistami), zadowalając się faktem istnienia i możliwością obserwowania świata. Jednak należy się zgodzić, że takie podejście jest nieracjonalne i trochę przypomina sposób postępowania małego dziecka, które, umiejąc włączać i wyłączać żarówkę oraz obserwować emitowane przez nią światło – nawet w przybliżeniu nie domyśla się czym jest prąd elektryczny i skąd w ogóle się bierze oraz co stoi za widzialnym promieniowaniem, które wszyscy wokół nazywają światłem. Tylko dorastając można „dojrzeć” do pewnych świadomych pytań i odpowiedzi.

Jest jednak paradoksalne, że ateiści takie swoje nastawienie nazywają współczesnym i racjonalnym. Równocześnie takich ludzi, jak autora tych linijek, którzy szczerze podziwiają harmonię, nadprecyzyjną matematykę, piękno i wewnętrzny doskonały porządek wszystkiego wokół, i którzy przy tym nie są w stanie nie schylić czoła przed Twórcą, który nasączył swoją inteligencją wszystko ,co istnieje – uważa się za nieracjonalnych i przestarzałych. Jak to jest w ogóle możliwe? Przecież faktem jest, że materia w taki lub inny sposób jest w stanie sama się uporządkować w kierunku wyżej zorganizowanego porządku. Rozwój życia na Ziemi jest tego niezaprzeczalnym dowodem. Mając na względzie bezgraniczność Wszechświata można przypuszczać, z pewnym poziomem prawdopodobieństwa – że taką samą ścieżkę ewolucji materia mogła przejść i w innych jego zakątkach. Argument o tym, że życie w innych częściach Wszechświata nie istnieje tylko dlatego, że do dnia dzisiejszego jeszcze go w żaden sposób nie dostrzegliśmy – przypomina pierwotną pewność plemion indiańskich w Ameryce co do tego, że po drugiej stronie Wielkiej Wody, jak wśród nich były nazywane oceany – już nie ma lądu a tym bardziej żadnych innych ludzi. Mówić, że zakręt na drodze nie istnieje tylko dlatego, że jeszcze do niego nie dojechałem i go nie widzę ‑ graniczy wręcz ze śmiesznością. Droga między innymi dlatego jest drogą, że na niej zdarzają się zakręty. Ewolucja życia na Ziemi – może być jednym z takich zakrętów. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że w całym Wszechświecie tylko na naszej planecie występuje życie, w pełni racjonalnymi obserwacjami będą następujące twierdzenia:

  • materia jest tylko takim lub innym przejawem energii (nasze wyobrażenie materii jako czegoś „twardego” jest iluzoryczne i jakikolwiek współczesny fizyk jest w stanie to potwierdzić),
  • cała widzialna część Wszechświata jest wyjątkowo uporządkowanym systemem, który nie ma niczego wspólnego z chaosem. Jakikolwiek atom w którejkolwiek części widzialnego Wszechświata – jest podporządkowany tym samym prawom fizyki, które wynikają z bardzo precyzyjnych stałych kosmologicznych (konstant),
  • ewolucja Wszechświata w taki lub inny sposób – zapoczątkowała życie na Ziemi. Co więcej – to życie przekształciło się w formę, która osiągnęła samoświadomość, zdolność poznawania Wszechświata przy pomocy metod naukowych oraz poczucie moralności.

Z trzech punktów powyżej logicznym jest wysnuć następujący wniosek: energia, która tworzy znaną nam materię w widzialnej części Wszechświata – ma właściwości, które są w stanie prowadzić do powstania świadomego i moralnego życia. Ta właściwość materii – przejawiła siebie w ten sposób minimum jeden raz tu i teraz na planecie, którą nazywamy Ziemią i to, że ja piszę te słowa, a osoba czytająca je czyta i obmyśla – jest tego bezdyskusyjnym dowodem. Oczywiście, powyższe nie udowadnia istnienia Boga. Ale powyższe, moim zdaniem, definitywnie udowadnia, że Wszechświat jest inteligentnym systemem. Chaos nie mógł zrodzić samoświadomości – to byłoby niemożliwe z definicji. Już na etapie tzw. ery Plancka (10-44 sekundy od momentu Wielkiego Wybuchu i powstania Wszechświata) ‑ subtancja, która jeszcze nawet nie była materią, w jakiś dziwny sposób „znała” zarówno mnie jak i osoby czytające te linijki; każdy z nas był „zaprogramowany” takimi a nie innymi cechami fizyczno-chemicznymi najmniejszej składowej rodzącego się Wszechświata, które z biegiem czasu doprowadziły do powstania nas wszystkich. Gdyby powstała z niczego materia była tylko bezdusznym nagromadzeniem atomów – one nie potrzebowałaby organizacji w kierunku wyższego świadomego siebie porządku (to jest zresztą sprzeczne z zasadą zachowania energii i obserwowanym zjawiskiem powszechnej entropii). Tak więc w pewnym sensie my obserwujemy „ducha” materii – tj. jej właściwość ożywiać samą siebie. W ten sposób można zrobić bardzo prosty wniosek, że materializm, który całkowicie odrzuca fakt istnienia „ducha” w materii – sam siebie zaprzecza. Wszystkie religie świata właśnie ten „duchowy” wymiar materii – uznały za realnie istniejący. I tylko materialistyczni ateiści twierdzą – że takie twierdzenie jest bzdurą. Jednak na podstawie prostej logiki i bardzo prostych obserwacji można powiedzieć, że bzdurą jest akurat sam materialistyczny ateizm.

Zachowywanie się tak zwanych „racjonalnych ateistów” trudno wyjaśnić również z punktu widzenia jeszcze prostszej ludzkiej logiki. Mając do wyboru możliwość otrzymać życie wieczne, którą proponuje chrześcijaństwo, ‑ z jednej strony, oraz możliwość przestać w ogóle istnieć – z drugiej strony – ateiści w sposób świadomy oddają przewagę tej drugiej możliwości, równocześnie nazywając pierwszą możliwość – oszukańczą (nieprawdziwą). Jednak na czym polega takie przekonanie jak nie na pewnym rodzaju wiary? Przecież tak samo, jak chrześcijaństwo nie może na dzień dzisiejszy przy pomocy twardych materialistyczno-naukowych argumentów (ignorując fakty cudów) udowodnić prawdziwość istnienia wiecznej świadomości, tak samo naukowcy ateistyczni nie mogą w sposób definitywny zaprzeczyć tej możliwości. Kontr-argumentem typowych ateistów w tym miejscu jest zwykle to, że zgodnie z klasycznymi metodami poznania świata – póki zjawisko nie istnieje (nie jest widzialne lub nie jest obserwowalne) – ono nie istnieje, więc nie ma co się tym zjawiskiem w ogóle zajmować. Jednak z drugiej strony – istnieje fakt ludzi wierzących, więc dlaczego ateiści tak uparcie ignorują doświadczenie miliardów ludzi w tym obszarze? Najbardziej agresywne ideologie ateistyczne, które zna ludzkość, takie jak, przykładowo, komunizm – próbowały zwykle tłumaczyć (i nie zawsze przy pomocy metod naukowych) fakt istnienia wiary w życie pozagrobowe osobliwościami ludzkiej psychiki („religia jest opium ludu” zgodnie ze słynnym twierdzeniem Karla Marksa). Jednak dziś również takie wyjaśnienia pozostają tylko niepotwierdzonymi teoriami, a skoro tak – można z całą obiektywnością stwierdzić, że z empirycznego punktu widzenia fakt istnienia wiary nie może zostać w sposób racjonalny ani wyjaśniony, ani zaprzeczony. Dlatego też uparte zaprzeczenie możliwości życia pozagrobowego wydaje się być samo w sobie nieracjonalne – bowiem, jeśli istnieje pewne prawdopodobieństwo otrzymania czegoś, to z punktu widzenia matematyki jest to stan większy od zera. Racjonalnym byłby więc wybór na korzyść tego odmiennego od zera stanu – to jest co najmniej dopuszczenie takiej możliwości, a nie jej całkowite zaprzeczenie.

Ateiści przytaczają jeszcze jeden, w ich mniemaniu, niezaprzeczalny dowód nieracjonalności chrześcijaństwa jako religii – mówiąc, że wszystko, do czego sprowadza się ostatecznie doktryna chrześcijaństwa – jest swoistym zbiorem praw (kodeksem), który został powołany w celu kontrolowania mas na tle potrzeby gwarantowania sprawiedliwości w społeczeństwie. Zgodnie z materialistycznym ateizmem samo pojęcie sprawiedliwości zaistniało w trakcie ewolucji społeczeństwa i jest swego rodzaju instynktem, który zapewnia przetrwanie znacznego ugrupowania ludzi (przykład – bardziej skomplikowana i efektywna organizacja jednego mrowiska pozwala mu wygrywać walkę o przetrwanie z innym, mniej zorganizowanym mrowiskiem). Jednak pojęcie sprawiedliwości nie układa się w ramy instynktu oraz nie ma zastosowania tylko do stosunków społecznych. Nawet bez dogłębnej analizy można przytoczyć przykłady, które zaprzeczają takiemu argumentowi: człowiek, w przeciwieństwie do mrówki, może siebie poświęcić nawet wtedy, kiedy to jest nieuzasadnione z punktu widzenia społeczeństwa i nikomu się nie opłaca, albo wybrać alternatywne ścieżki postępowania, które są wręcz niekorzystne z punktu widzenia przetrwania społeczeństwa. Przykładowo – kiedy chrześcijanin odmawia przyjęcia innej wiary pod groźbą utraty życia lub zdrowia zarówno własnego jak i swoich bliskich – nie możemy wyjaśnić takiego postępowania ani instynktem samozachowawczym, ani tworzeniem przewagi konkurencyjnej względem innej religii (gdyby ewolucja Darwina pod tym względem miała rację, chrześcijaństwo już dawno by się rozcieńczyło w innych, bardziej agresywnych formach religii). W sposób analogiczny można powiedzieć, że jeśli pewna osoba mówi prawdę bez względu na tragiczne skutki, które taka objawiona prawda może mieć i dla tej osoby, i dla adresata przekazywanej informacji – my nie możemy wyjaśnić takiego postępowania dbaniem o ład społeczny. Równocześnie my wiemy, że w obydwu przypadkach taka osoba postępuje w sposób sprawiedliwy (nie zradzać swoich ideałów i zawsze mówić prawdę jest sprawiedliwym bez względu na korzyść lub szkodę, którą taka pozycja może przynieść dla tej osoby lub całej grupy ludzi). Tak więc – sprawiedliwość wykracza poza instynkty i jej korzeni należy się doszukiwać nie w biologii czy ustroju społecznym, a raczej – nie tylko w tych obszarach. Każdy z nas został wyposażony w pewien wewnętrzny kompas, który zawsze wskazuje we właściwym kierunku (idealny model postępowania sprawiedliwego) oraz zawsze daje nam odczuć, że się mylimy, uruchamiając mechanizm wyrzutów sumienia. Ten system wartości dominuje nad instynktami, definitywnie wykracza poza ich granice. Twierdzić – że to jest tylko taki sobie bardziej złożony instynkt od całej reszty – jest podobnym do mówienia, że rozumienie przez nas zasad mechaniki kwantowej – jest taką samą wiedzą, jak wiedza w obszarze tego, w jaki sposób należy wdychać i wydychać powietrze. Prawda jednak polega na tym, że pozostając całkiem biologicznym gatunkiem, z całkiem realnymi potrzebami fizjologicznymi (oddychanie, głód, pragnienie) oraz społecznymi (miłość, bezpieczeństwo, akceptacja) – mamy do dyspozycji nadskomplikowane, abstrakcyjne koncepcje, które nam pozwalają nie tylko dostrzegać siebie we świecie, ale i dostrzegać sens jak we wszystkim, co robimy, tak i w tym, co z nami się dzieje. Jeśli zadać pytanie – skąd to się wszystko wzięło i po co nam to wszystko? – naukowi ateiści mogą ewentualnie odpowiedzieć, że w ten sposób nasz gatunek zapewnia sobie przewagę konkurencyjną względem innych gatunków. Jednak bardzo mnie interesuje, czy oni sami wierzą w to prymitywne wytłumaczenie. Zdecydowanie bardziej poprawnym (i sprawiedliwym) byłoby stwierdzenie, że jednoznaczna odpowiedź na tę kwestię jest wciąż nieznana i jej wyjaśnienie jest możliwe tylko przy pomocy nieudowodnionych w sposób naukowy hipotez. A skoro tak – racjonalnym byłoby dopuścić wszystkie możliwe wytłumaczenia, w tym też te, które się opierają na wierze w Boga.

Na sam koniec przytoczę jeszcze jeden – bardzo istotny – kontrargument co do hipotezy naukowych ateistów odnośnie ewolucyjnego pochodzenia religii (wybitnym przykładem takiego podejścia jest Richard Dawkins, który w swojej książce „Bóg urojony” podjął próbę możliwie najlepszego „udowodnienia” tej hipotezy). Otóż, nawet jeśli przypuścić, że twierdzenie o ewolucyjnym pochodzeniu religii jest poprawne, to należy też zgodzić się z tym, że zaprzeczenie na tej podstawie religii jest bezsensowne, gdyż takie przedstawienie tej kwestii zawiera wyraźnie określoną wewnętrzną sprzeczność. Przecież jeśli nasze ręce powstały w wyniku doboru naturalnego i ewolucji – to komu przyjdzie do głowy zaprzeczać potrzebę istnienia rąk? I nawet jeśli my rozumiemy, że czasem niektórzy ludzie używają rąk w sposób haniebny w celu uczynienia aktów agresji przy pomocy pięści, to przecież w żaden sposób nie oznacza, że wszystkie ręce u wszystkich ludzi ‑ są złe. Analogicznie dla przykładu – zaprzeczenie religii na podstawie faktów jej wykorzystania przez fanatyków do celów terroryzmu – w żaden sposób nie powinno udowadniać, że religia (jeśli ona powstała na drodze ewolucyjnej) – jest zła. Przecież zgodnie z teorią ewolucji – wszystkie „złe” mutacje, które są błędem z punktu widzenia możliwości zapewnienia przetrwania, z biegiem czasu są negowane przez dobór naturalny. Jeśli religię rozpatrywać jako taką właśnie szkodliwą mutację – to ludzkość powinna już dawno zapomnieć o jej istnieniu. A tym czasem religia nie tylko kontynuuje swoje istnienie, ale i całkiem pomyślnie się rozwija w ciągu wielu tysiącleci. W takim razie nawet z punktu widzenia naukowego ateizmu należy raczej przyznać, że religia jest ważną składową naszego życia, i bez niej ono najprawdopodobniej po prostu się nie obejdzie. Więc po co w takim razie udowadniać z całą agresją i zacięciem, jak to czyni wspomniany Dawkins, że religia – jest zwykłym złem, „wirusem”, który nie daje nam możliwości spokojnie żyć? Ostatecznie, ponownie zgodnie z teorią ewolucji – wirusy też są ważnym elementem kształtowania naszego genotypu. Po co w takim razie proces ewolucji przedstawiać jako doskonały i sam w sobie dobry, jeśli wyniki ewolucji mają być (w sposób wybiórczy) przedstawione jako coś złego lub coś dobrego? Czyż nie jest finalnym argumentem naukowych ateistów w dyskusjach fakt, że w naturze nie występuje podział na dobro i zło oraz że podział ten – jest tylko wytworem naszej „zakażonej wirusem religii”, ludzkiej wyobraźni? Ogólnie na podstawie powyższego widać, że hipoteza o ewolucyjnym pochodzeniu „złej” religii – jest całkowitą sprzecznością, która – im więcej nad tym się zastanawiać – tym mniej racjonalną wydaje się być. A propos, bardzo podobnymi argumentami do wykorzystywanych przez Dawkinsa, swego czasu zwalczali religię w Związku Radzieckim. Zamykali cerkwie, zabijali kleryków, prześladowali wierzących… I co to przyniosło Związkowi Radzieckiemu? Gdzie on teraz jest? Na takim samym śmietniku historii, na którym (jestem co do tego przekonany) wcześniej czy później wyląduje cały ateizm naukowy ze swoją agresywną, wypełnioną nienawiścią, irracjonalną retoryką.

Podsumowując – już samo rozmyślanie na temat racjonalnego oraz nieracjonalnego pozwala wysnuć wniosek, że na tym etapie poznania Wszechświata – wiara w Boga jest racjonalnym i logicznym wyborem, a uparte jej zaprzeczenie wydaje się być wręcz nierozsądnym.

Jednak skoro nie możemy definitywnie udowodnić istnienia Boga jak też nie możemy zaprzeczyć Jego istnieniu – to czy nie bardziej poprawnym (prawdziwym) byłoby przyjąć taki światopogląd, że skoro ta kwestia pozostaje otwartą – to i nie warto zajmować określonego stanowiska? Odpowiadając na to pytanie w rozdziale następnym bloga musimy porozmawiać na temat tego, czym jest agnostycyzm.

Do usłyszenia wkrótce! :)

Szczerze Wasz,


Racjonalny Katolik