Reklama wielodzietności

Dziś pozwolę sobie na odstępstwo i podzielę się prywatnym świadectwem. Otóż zawsze marzyliśmy o trójce, aktualnie mamy czwórkę dzieci. Trójka – to był nasz plan, czwórka – to plan Pana Boga :) Najstarszy synek ma 9 lat i 3 córeczki z kolei mają po 7, 4 i 0 latek.

Nasze świadectwo jest takie:

1. Rodzina nam na co dzień nie pomaga. Moja mama jak jesteśmy u niej –bardzo się stara, ale z racji odległości nie możemy być u moich rodziców często, a teraz to się w ogóle nie zdarza (pandemia, inne państwo, brak możliwości przekraczania granicy). Więc ogólnie jesteśmy z żoną zdani na siebie.

2. Z każdym kolejnym dzieckiem powyżej dwójki jest łatwiej. Dzieje się tak dlatego, że siłą rzeczy brakuje czasu na wszystkich; ma się go tyle samo co przy jednym dziecku czy przy dwóch. Ale większa trzódka zajmuje się już sobą sama (bawią się po prostu między sobą), plus najstarszy już też przypilnuje najmłodszą w razie potrzeby (nawet błahe podniesienie raczkującego bobasa z podłogi, gdy się uderzy i płacze, podczas gdy żona ma ręce w mące a ja średnie córki kąpię – to już coś).

3. W sumie to szkoda, że mamy tylko czwórkę dzieci. Jeszcze jakieś 70-80 lat temu wciąż uchodzilibyśmy za rodzinę małodzietną. Późno zaczęliśmy, teraz już jesteśmy w średnim wieku (po 37 lat) i fizycznie już nie mamy tego drygu, co dawniej. Wyznaję, że przeszkodą był nasz egoizm za młodu. Gdybyśmy się odważyli wcześniej, a nie „żyli dla siebie” na początku małżeństwa, dzieci mogłoby być więcej. W ogóle to życie dla siebie jest bez sensu. Szybko mija, człowiek się starzeje, a nic się z tego życia potem nie ma.

4. Wielodzietność jest naszą drogą ku świętości. Jak czytam biografię jakiegoś świętego, który gdzieś sobie siedzi w ciszy i spokoju w pustelni, rozmodlony, to tylko się uśmiecham w duchu :) Z całym szacunkiem, oczywiście, ale mam twarde poczucie, że właśnie wielodzietna rodzina – to jest prosta droga do aureoli o średnicy co najmniej kilometra. Nie zaniedbać żony i relacji, a równocześnie wychować dzieci na nawróconych, świadomych swojej wiary naśladowców Chrystusa – to jest dopiero wyzwanie! I cieszę się, że Pan Bóg nas na tyle wycenił. Świadczy to o Jego zaufaniu do nas, co, jako mężczyźnie, dodaje mi mocy i sił. Skoro tyle mi dał, to tyle jestem w stanie znieść. Taaak jeeest! :)

5. Jestem obrzydliwie bogatym człowiekiem. Nie mówię o zamożności pod kątem pieniędzy, - choć tych też Bogu dzięki zarabiamy tyle, ile potrzeba i nie brakuje nam na nasze potrzeby w życiu. Mówię o dzieciach właśnie. Każde z nich – to jak miliard dolarów na koncie. Nie wiem do czego by to jeszcze porównać. I to daje mi ogromne poczucie szczęścia i spełnienia.

6. Jestem przesiąknięty radością. Oczywiście, są chwile niedospania, zmęczenia, frustracji, gonitwy (logistyka z taką liczbą jest wyzwaniem). To wtedy radość chowa się na spód serca. Ale jak już wezmę któreś na ręce, przytulę do policzka, spojrzę w oczka – widzę w nich małego Jezusa. I wtedy kocham, kocham, kocham z całych sił! Chichram się czasami sam do siebie bez wyraźnego powodu. Nie jestem w sumie w stanie tego słowami opisać. Ta miłość i płynąca z niej radość – powodują, że mógłbym i drugie tyle robić, i dwa razy tyle znieść. Dlatego ten „krzyż” jest tak łatwy, że aż dziw bierze, jak mogłem wcześniej się tego obawiać. W ogóle nie nazwałbym tego krzyżem. To jest po prostu samo życie – kiedy możesz z miłością siebie dawać innym, nie możesz odczuwać nic innego poza radością. No i to jest główny powód do tego, żeby się nie martwić.

Na sam koniec dodam, że to nie ilość tylko jakość ma znaczenie. Nie ma co się chełpić liczbą dzieci, jeśli żadnego z nich nie zdoła się zapoznać z Jezusem, jeśli nie nauczy się ich kochania Boga, a przez Niego i w Nim – kochania bliźniego. W dzisiejszym czasie jest to szczególnie trudne zadanie. Ale obowiązkowa wspólna rodzinna modlitwa (przed jedzeniem, snem); wspólne czytanie Biblii (chociażby raz w tygodniu, po obiedzie) z wyjaśnianiem i dyskusją; wspólne spędzanie przynajmniej wieczorów i czas na rozmowy i zabawy – to jest fundament. Przypominanie im, że Bóg jest najważniejszą Osobą w naszym życiu, że On kocha nas bardziej niż nawet każdy z nas kocha drugiego, że On będzie z nimi nawet gdyby nas, jako rodziców, zabrakło, że On jest i w pięknie delikatnego motylka i w fenomenalnej gwałtowności burzy; że dzięki Niemu w ogóle się poruszamy i w Nim i przez Niego w ogóle żyjemy... No i mam nadzieję, że to ich ustawi. Bo nie ma większego zmartwienia teraz dla mnie niż zbawienie całej mojej rodziny. Oczywiście ze mną na czele :)

Tak więc ogólnie jest rewelacyjnie. Dziękuję Bogu i proszę o odwagę dla nas wszystkich, by się nie obawiać rodzicielstwa. Przez bycie rodzicem właśnie najlepiej dojrzewamy i się rozwijamy ku byciu doskonałym, tak jak Ojciec nasz jest doskonały. Polecam wszystkim i bardzo serdecznie pozdrawiam! :)

Szalom!