Rozum, wiara a ateizm

Spotkaliśmy się ostatnio z przyjacielem-ateistą na umówioną wcześniej polemikę (od razu uspokajam, że nie ma nic złego w przyjaźnieniu się z osobami o przeciwstawnych poglądach – o ile ta przyjaźń bazuje na wzajemnym szacunku i świadomości dzielących nas różnic). W trakcie dość intensywnej wymiany zdań, kiedy usiłowaliśmy przede wszystkim nie tyle przekonać przeciwnika, ile uczciwie zrozumieć drugą perspektywę, udało się sformułować zaskakujący wniosek, co do którego się obydwoje zgodziliśmy. Otóż okazuje się, że zwykle osoby wierzące uznają rozumność w otaczającym Świecie jako przyczynę. Według nas, chrześcijan, rozum (inteligencja) jest źródłem całego stworzenia i życia, zgodnie z niezwykle głębokim „Na początku było Słowo…” (J 1,1). Patrząc w ten sposób na świat, szukamy przede wszystkim sensu i we wszystkim upatrujemy sens. Albowiem jeśli to Słowo określa kształt rzeczywistości, to rzeczą oczywistą jest, że rzeczywistość ma znaczenie. Dlatego też dla nas zasadniczym jest pytanie „dlaczego?”, mające na względzie celowość istnienia. Dla nas oczywistym też jest, że poza obserwowalnym, materialnym światem istnieje jeszcze inny, niematerialny świat, który jest nawet ważniejszy od świata materialnego.

Z kolei materialistyczni ateiści postrzegają rozum jako skutek. Dla ateisty rozum jest pochodną ewolucji, która z kolei w sposób ślepy, zgodnie z pewnym prawem natury, umożliwiła powstanie życia. Choć życie jako takie ma określony cel (przekazywanie genów w sposób możliwie bardziej skuteczny, co wyraża się w doborze naturalnym), ogólnie Wszechświat nie ma sensu. Wskutek postępującego rozszerzania się Wszechświata na samym końcu – za jakieś 100-150 miliardów lat, wszystko będzie ostudzoną pustką z atomami na odległości w setki tysięcy kilometrów od siebie nawzajem, ‑ nie będzie ani życia, ani gwiazd, ani nawet fotonów; wszystko ogarnie zero absolutne i ciemność, a Wszechświat zamilknie na wieki. Dlatego dla materialistycznego ateisty istotnym jest jedynie pytanie „jak?”, mające na względzie poszerzenie wiedzy na temat funkcjonującej rzeczywistości i jej wykorzystanie na nasze bieżące potrzeby. Dla ateisty oczywistym jest, że poza obserwowanym światem nie ma niczego więcej.

Stąd pytanie o pochodzenie inteligencji we Wszechświecie ma zasadnicze znaczenie dla rozstrzygnięcia kwestii wiary lub niewiary. Bo albo podstawowe aminokwasy „wiedziały”, że się mają połączyć w celu replikacji, dając początek całemu znanemu nam życiu i wszystko ma jakiś głębszy sens, albo powstanie życia było ślepym zbiegiem okoliczności, nie mającym ostatecznie żadnego znaczenia. Po obu stronach sporu na poparcie swoich racji generowanych jest mnóstwo argumentów. Prawda jest jednak taka, że na dzień dzisiejszy jest to wyłącznie kwestia indywidualnego wyboru, w którą z tych dwóch opcji uwierzyć. W moim głębokim przekonaniu nie oznacza to wcale, że te opcje są względem siebie równowartościowe – o czym pisałem już w wielu wcześniejszych postach. Właśnie dlatego, że po zestawieniu tych dwu opcji pierwsza jest dla mnie znacznie bardziej prawdopodobna i oczywista, niż druga – opowiadam się za kreacjonizmem i jestem osobą wierzącą.

Chłodne rozumowanie nie jest jednak jedyną przyczyną, która powoduje, że stajemy się wierzącymi bądź tracimy wiarę. Wiem doskonale, że temu procesowi zawsze towarzyszy mnóstwo innych – często znacznie ważniejszych, przesłanek. Przykładowo, mój przyjaciel-ateista najważniejszą rzecz w naszej dyskusji wyznał na końcu: mianowicie, on nie zawsze był niewierzący, wcześniej raczej się wahał. Wiarę utracił całkowicie po utracie pierwszego dziecka, które mu w młodym wieku zmarło. Przeszedł więc od wahania i bycia „letnim” chrześcijaninem, który ewentualnie chodził raz do roku do kościoła na Wielkanoc, poprzez bycie autentycznie rozgniewanym na Boga aż do popadnięcia w nihilizm i uznanie, że w takim razie Boga nie ma. Jego ateizm więc ma głębokie psychologiczne podłoże i w moim odczuciu może być po prostu reakcją na wspomniane dramatyczne wydarzenie związane ze śmiercią dziecka. Reszta argumentów – tych już bardziej racjonalnych, służy jedynie jako racjonalizacja wcześniej podjętej, opartej o bardzo traumatyczne emocje – decyzji. Takie przypuszczenie jest zbieżne z ostatnimi odkryciami psychologii chociażby w obszarze mechanizmu działania sumienia, które, wbrew pozorom, kieruje się w pierwszej kolejności intuicją oraz emocją, a dopiero w drugiej kolejności – wywodami logicznymi dostarczanymi przez umysł (zainteresowanych odsyłam do znamiennej pracy Jonathana Haidta, psychologa z Uniwersytetu Virginia, który na początku XXI wieku opublikował esej pod tytułem: „Emocjonalny pies z racjonalnym ogonem: Sądy moralne z perspektywy intuicjonisty społecznego”. Przedstawia on w tym eseju przekonywującą teorię, zgodnie z którą w sądzie moralnym najpierw kierujemy się intuicją oraz emocjami, a dopiero potem „merdamy racjonalnym ogonem” poprzez dorabianie racjonalnego uzasadnienia do już podjętej w głębi serca decyzji).

Jak by tam nie było, i jakie mechanizmy by nie stały za tym, że ostatecznie podejmujemy decyzję by wierzyć lub by nie wierzyć – wybór ten jest sprawą indywidualną każdego z nas i wygląda na to, że jeśli już jakąś decyzję ostatecznie podejmujemy – to racjonalna argumentacja nie jest nas w stanie od tej decyzji odwieść. A już na pewno nie wiele jest ludzi na świecie, mogących pod wpływem racjonalnych argumentów ten wybór zmienić. Jedno jest pewne: nie można być tylko odrobinę wierzącym lub tylko odrobinę niewierzącym. Wybór ostatecznie każdy z nas w sercu musi podjąć, zgodnie z nakazem Pana: „(15) Spójrz! Oto kładę dzisiaj przed tobą życie i powodzenie, oraz śmierć i nieszczęście. (16) Dzisiaj też polecam ci kochać twego Boga, Jahwe, chodzić Jego drogami i strzec Jego przykazań, praw i nakazów, a będziesz żył, rozmnożysz się i twój Bóg, Jahwe, będzie ci błogosławił w kraju, do którego zdążasz, by go wziąć w posiadanie. (17) Jeżeli jednak twe serce się odwróci, jeśli nie będziesz posłuszny i dasz się zwieść, czcząc obce bóstwa i służąc im, (18) to ja zapowiadam wam dzisiaj, że zostaniecie doszczętnie wygubieni i nie przedłużycie swych dni w tym kraju, do którego wędrujecie za Jordan, by go wziąć w posiadanie. (19) Biorę dziś na świadków przeciw wam niebiosa i ziemię: położyłem przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo! Wybieraj życie, abyś żył i ty, i twoje potomstwo, (20) miłując twego Boga, Jahwe, będąc posłusznym Jego głosowi i lgnąc do Niego; od tego bowiem zależy twoje życie i długość twych dni, abyś mieszkał w tym kraju, który Jahwe uroczyście poprzysiągł dać twoim ojcom: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.” (Pwt 30:15-20).

Serdecznie pozdrawiam wszystkich filozoficznie usposobionych, a zwłaszcza tych, kto wytrwał, by przeczytać aż do tego miejsca :)

Szalom! :)