Rzeczywistość po-Covidowa

Tak jak obiecałem, przechodzę do subiektywnej wizji przyszłości w związku pandemią, - wszystkich nas interesuje przecież tak zwany powrót do normalności. Będzie dłużej, więc z góry przepraszam za obszerność. Nie mogę jednak tak złożone zjawiska opisać krótko. To znaczy mogę, ale bez uzasadnienia :) Ten skrócony opis można sprowadzić do tezy: powrotu do normalności już nie będzie. A ściślej rzecz ujmując – nie będzie to już ta normalność, którą zapamiętaliśmy z czasów sprzed pandemii. Zmieniły się bezpowrotnie okoliczności społeczno-polityczno-prawno-gospodarcze, więc nie ma też co się łudzić, że jeszcze krótka chwila, skończy się ta zima – i już będzie tak, jak było. Świat się już bezpowrotnie zmienił. Jeśli ktoś chce na tym poprzestać i nie czytać dalej – to poza powyższą tezą nie mam nic istotnego do napisania. Natomiast jeśli ktoś chce po krótce się zaznajomić z uzasadnieniem i krótkim przeglądem zmian, które ostatnio zaszły w społeczeństwach Zachodu, jak też z pomysłem na to, jak w takim razie żyć dalej – to zapraszam do zapoznania się z kilkoma akapitami poniżej.

 

Pierwsza znaczna zmiana dotyczy nas samych: straciliśmy do siebie nawzajem sporą część zaufania, podzieliliśmy się bardziej, atomizowaliśmy się mocniej. Szczepionkowcy versus anty-szczepionkowcy, wierzący versus niewierzący, pisowcy versus peowcy, tradycjonaliści versus moderniści, sceptycy ograniczeń versus entuzjaści kolejnych restrykcji – aktualne podziały społeczne są znacznie głębsze i trwalsze, niż przed pandemią. Nie prowadzimy też dialogów mających na celu poznanie Prawdy, słuchamy „swoich” kaznodziei, przeglądamy „swoje” newsfeed’y, czytamy „swoje” gazety, czasopisma i książki, definitywnie zamykamy się na zwolenników przeciwnej opcji światopoglądowej. A przecież podstawowym wymogiem do tworzenia wspólnoty – choćby tej narodowej – jest wyznawanie wspólnych wartości oraz gotowość do dialogu. Ideolodzy aktualnie trwających zmian kulturowych myśleli, że wystarczy usunąć ze świadomości pojęcia narodu, rodziny, tożsamości etnicznej – a zapanuje powszechna równość, szczęśliwość i braterstwo. Mechanizmy społeczne są jednak takie, że zamiast zacząć tworzyć kosmopolityczne, egalitarne, wyzwolone z oków dogmatyzmu społeczeństwo, wracamy do życia plemiennego. I nie rozchodzi się o to, czy to plemienne życie znowu nastąpi, pytanie raczej brzmi – ile tych plemion ostatecznie powstanie? Pandemia wywołana wirusem SARS-CoV-2, niestety, znacząco przyśpieszyła powrót do plemiennej epoki. Najgorsze jest to, że jako społeczeństwa zajmujemy się teraz sztucznie wykreowanymi problemami, które urastają do rangi hiper-, mega-, wszechogarniających i jedynych zasługujących na uwagę, podczas gdy z prawdziwych problemów zwyczajnie nie zdajemy sobie już nawet sprawy. Drodzy, już od dwóch lat zajmujemy się pandemią wywoływaną przez SARS-CoV-2, gdy w trakcie całego tego okresu zmarło w wyniku najsławniejszej choroby świata 5,5 mln osób. Na 7,9 mld ludzi zamieszkujących glob! Daje to 0,03% mieszkańców planety w ujęciu rocznym. Oczywiście, przykro mi, że ci ludzie odeszli, ale na świecie co roku umiera około 60 mln osób, innymi powodami śmierci jednak też wypadałoby się przejmować… Ale nie! 95% śmierci co roku jest zdecydowanie mniej ważnych, niż 5%, wywoływanych przez COVID-19, a ktoś, kto odważa się mówić o czym innym jest z całą pewnością niebezpiecznym trollem i heretykiem.

 

Druga znaczna zmiana, wyłaniająca się między innymi z tej pierwszej, dotyczy funkcjonowania państwa, jako struktury zaufania społecznego. Rządy wyraźnie odeszły od poszanowania praw i wolności indywidualnych – wprowadzając ograniczenia swobód, przepisy egzekwujące i przepisy do tych przepisów w sposób chaotyczny, nieprzemyślany, manipulacyjny i – o ironio! – łamiący prawo. Zamykanie lasów państwowych w momencie kilkunastu zakażeń dziennie w skali kraju, otwieranie gospodarki w momencie kilkunastu tysięcy zachorowań dziennie, zakaz przemieszczania się wydany w formie rozporządzenia, zmiana tegoż obostrzenia w ciągu nocy kolejnym rozporządzeniem, zamknięcie niektórych sektorów gospodarki, selektywność, uznaniowość, oznaki segregacji sanitarnej, mówienie, że „jest to pandemia niezaszczepionych” po to tylko, by za chwilę mówić, że jednak zaszczepieni też chorują, nieobejmowanie kwarantanną osób szczepionych, choć też ewidentnie chorych, lub przeciwnie – zamykanie w „kempingach coviowych” w Australii na 14 dni dlatego tylko, że się stało w kolejce do sklepu obok osoby pozytywnej – generalnie poziom absurdu, niekonsekwencji, koniunkturalizmu, który nie wykracza poza ramy czasowe tygodniowych sondaży – to wszystko wyrosło do poziomu, za który jest mi zwyczajnie wstyd. Wstyd przed pokoleniami, które – gdy będą czytać o tym wszystkim w podręcznikach historii już nawet za kilkadziesiąt lat – będą się z pewnością zastanawiać, jak w ogóle rzekomo tak cywilizowane i rozwinięte społeczeństwa mogły do czegoś takiego dopuścić? Dlaczego nikt się nie buntował, nie protestował, nie bronił swoich praw? Dlaczego nikt nie żądał ujawnienia informacji poufnej o warunkach kontraktów, dopuszczenia do obrotu tych czy innych preparatów eksperymentalnych zwanych szczepionkami? Dlaczego wszyscy milcząco zgodzili się na złamanie tkanki polityczno-prawnej zachodnich społeczeństw w tak łatwy sposób? Dlaczego otworzyliśmy drogę do anarchii, nie broniąc zasad harmonii i współżycia społecznego, których to zasad jesteśmy dumnymi dziedzicami? Że też ludzie dzielą się na zdroworozsądkowych, zawsze stroniących od polityki i „pożytecznych idiotów”, schlebiających władzy – to wiem. Ale gdzie są wszyscy inżynierowie dusz, cała elita duchowa, która ma za zadanie oświetlać społeczeństwu drogę? Dlaczego Kościół zajął się obsługiwaniem partykularnych interesów partii politycznych i akcją szczepienia, zamiast mówić o Prawdzie, napominać i nawracać? Gdzie są mężowie stanu, którzy potrafią wyciągnąć miecz przeciwko bezlitosnemu manipulowaniu całymi rządami ze strony wielkich koncernów? Gdzie są przywódcy wspólnot, którzy mają odwagę iść za Prawdą, gdziekolwiek by nas nie prowadziła, nie oglądając się na stan konta bankowego? Dlaczego nikt z hierarchów kościelnych nie walczy o sakramenty dla umierających w samotności w szpitalach? Dlaczego nikt nie piętnuję międzynarodowej korupcji na najwyższych szczeblach władzy? Gdzie są stróże moralności? Nie ma lub skupili się na piętnowaniu tych, którzy nie chcą zakładać sobie kawałka jakiejś zupełnie nic nie dającej szmaty na usta. Dlatego tak naprawdę nie ma już i nie będzie zaufania do struktur państwowych. Tworzymy społeczność, którą łączy cel zarobkowo-pieniężny, jedyną religią Zachodu już jest przede wszystkim pieniądz. Ale i ten wspólny mianownik nie będzie wspólnym zbyt długo.

 

Bo trzecia zmiana konsekwentnie wypływająca z tej drugiej dotyczy gospodarki. Skoro nie mamy wspólnych wartości i zaczynamy tworzyć plemiona, skoro liberalna demokracja we wszystkich zachodnich społeczeństwach zamieniła się już tylko w fasadowy rytuał, który nie ma przecież na celu poszerzania praw i swobód obywateli, a tylko stwarza pozory demokratyczności (które to pozory zresztą i tak są umowne – bo jak wybory wygrywa „nasze” plemię, to jak najbardziej je podtrzymujemy, ale jak wygrywa plemię „wrogie” – to je ze spokojnym sumieniem odrzucamy) – no to najlepszym sposobem na dojście do władzy jest obiecanie ludziom jak najwięcej darmowych pieniędzy. Nie, to nie jest tak, że „500+”, trzynasta emerytura, bon turystyczny i co tam jeszcze – jest typowo polskim wynalazkiem na wygraną w wyborach. To samo dzieje się we wszystkich krajach świata, umownie należących do Zachodu – począwszy od wiodących prym Stanów Zjednoczonych, aż po całkowite peryferie takie jak Ukraina czy Bułgaria. Wszystkie kraje Zachodu razem znalazły się w pułapce redystrybucji dochodów, polegającej na zbieraniu co raz większych danin z klasy średniej, w celu przekazania tych że klasie biednej, która jako liczniejsza zapewnia wygraną w wyborach. I to w czasie, gdy międzynarodowe korporacje danin nie płacą, wygodnie przerzucając zyski między co raz słabszymi państwami. W tych warunkach selektywne wyłączanie całych sektorów, kolejne zadłużanie w nieskończoność w celu „odbudowy” po pandemii COVID-19, niekończące się dodrukowywanie pieniędzy, brak spójnej i wspólnej wizji przyszłości – przekładają się na rozkręcanie spirali inflacyjnej i ograniczają ducha przedsiębiorczości. Dodać do tego powrót do barier celnych poszczególnych państw, brexit, zerwane łańcuchy dostaw, przestoje fabryk i co raz bardziej realne deficyty, podwyższenie wynagrodzeń minimalnych, wzrost podatków dodatkowo podrażający koszty pracy, zawrotne spekulacje na handlu emisjami CO2, mnożące się nakazy i zakazy, różnego rodzaju limity, skorumpowana i krótkowzroczna polityka w sektorze energetycznym (vide np. dobudowa NordStream-2 i ceny gazu w Europie w ostatnich tygodniach) – to wszystko jest wspaniałym przepisem na jedną wielką katastrofę gospodarczą. Dodać do tego bezdzietność (współczynnik rozrodczy zdecydowanie poniżej 2,1), starzejące się społeczeństwo i rosnącą presję na system opieki zdrowotnej oraz emerytalny przy równoczesnym masowym bezrobociu wśród młodych, zwłaszcza na południu Europy – i mamy wręcz przepis na gospodarczą zagładę. Wizja postępującego zubożenia klasy średniej aż po jej zanik co raz lepiej wymalowuje się na horyzoncie, a co za tym idzie – nie daleko już do rozpoczęcia masowych rewolt.

 

Wreszcie, czwarta duża zmiana, wynikająca z tej poprzedniej – dotyczy układu geopolitycznego sił. Narastające napięcie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, potęgowane przez rewizjonistyczne względem Europy Środkowo-Wschodniej zapędy Rosji, wynika z naturalnej chęci podziału stref wpływów i urwania dla siebie większego kawałka w tym na nowo otwierającym się do podziału światowym torcie. Jacek Bartosiak i Piotr Zychowicz w dobrze uargumentowanej i pragmatycznej książce „Nadchodzi III Wojna Świata”, którą ze spokojnym sercem polecam, nie zostawiają złudzeń co do tego, że w istocie już jesteśmy w początkowej fazie tej Wojny. I jeśli ktoś w tym momencie mi nie wierzy – to ośmielę się przypomnieć, że na Ukrainie tylko w minionym 2021 roku zginęło 76 obrońców naszego europejskiego spokoju (w chwili, gdy piszę te słowa, właśnie przyszła wiadomość, że w szpitalu zmarł kolejny, postrzelony przez snajpera w zeszłym roku, obrońca Ukrainy). Po jednym co pięć dni. I czy ktoś da mi w tym momencie gwarancję, że za chwilę ten konflikt nie eskaluje znacznie bardziej? Wydaje się, że nikt na świecie, ze wszystkimi liderami świata Zachodu razem wziętymi – nie będzie w stanie tego uczynić. Nie ma nawet pewności, że artykuł 5. Traktatu NATO znajdzie swoje zastosowanie w razie, załóżmy, ograniczonej i hybrydowej agresji na któregoś z aliantów, dajmy na to w którymś z małych krajów Bałtyckich. A skoro tak, to i nie ma co się łudzić, że wojny nie będzie. Ona już jest – pytanie natomiast tylko, jak dalej ona się będzie rozwijać i jak mocno eskalować.

 

Żeby nie było tak pesymistycznie, wypada przejść do odpowiedzi na pytanie – to w takim razie co dalej robić? Co każdy z nas może w tym nowopowstającym świecie uczynić, by jednak aż tak źle nie było? Odpowiedź brzmi: zacząć być wiernym Prawdzie, wrócić do Niej i przestać brać udział w tym obłąkanym teatrze kłamstwa; zacząć zwalczać tak zwaną post-prawdę jako coś, co rujnuje nasze społeczeństwa od środka. Sprawdzajmy dane, które szerzą się w Facebook, nauczmy się korzystać ze stron takich jak sciencedirect.com lub Google Scholar, wyłączmy oficjalne przekaźniki propagandy, nie śledźmy niczym zombie dzienne statystyki o przebiegu pandemii COVID-19. Najlepszą drogą do powrotu do normalności będzie rozpoczęcie normalnego życia – przeżywanie go takim, jak właśnie chcemy, by go przeżywać, ale też powrót do tradycji samodzielnego, krytycznego myślenia. Tak, ludzie będą chorować i będą umierać. Dokładnie tak, jak czynią to od zarania dziejów. Nie jest to jednak powód ku temu, by dać sobie narzucić nowy sposób na życie, w ramach którego to urzędnik państwowy w porannej konferencji prasowej będzie obwieszczać, jak powinniśmy przeżywać kolejny dzień. Nie jest to jeszcze jawna dyktatura, nie musimy jeszcze może powtarzać, że „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła” lub dowiadywać się, które z trzech supermocarstw dziś komu ogłosiło wojnę… Nie mniej daliśmy sobie już narzucić tyranię narracyjną, straszącą nas, obezwładniającą nas w podstawowych aspektach naszego życia. COVID-19 już jest COVID-22, a przecież już pierwszy lock-down miał trwać tylko przez kilka tygodni… Pamięta ktoś jeszcze dziś o tym? :) I kto mi dziś nie powie, że za chwilę będziemy mówić o COVID-24? Albo COVID-30? Otóż to. Wystarczy jednak by każdy z nas w końcu powiedział dość. Domagajmy się leczenia, transparentności, reformy służby zdrowia. Zadawajmy władzom niewygodne pytania. Jak to ujął Aleksandr Sołżenicyn w jego najbardziej znanym dziele „Archipelag Gułag” – „Jeden człowiek, który przestałby kłamać, mógłby obalić tyranię”. I właśnie tego sobie i Państwu życzę w Nowym, 2022 roku. Abyśmy będąc wiernymi Prawdzie – nie bali się zabierać głosu, nie milczeli, nie unikali tłumaczenia, że powinno być i jest przecież inaczej. Zawiązujmy lokalne społeczności, pielęgnujmy nasze wspólnoty, trwajmy w relacjach, opartych o miłość i wzajemny szacunek, szerzmy dobroć, krzewmy miłości do Boga i się nawracajmy. Tylko Prawda nas ostatecznie wyzwoli.

 

Szalom! :)