Towarzyszenie w cierpieniu

Są dwie przeszkody, które nam nie pozwalają być dobrymi towarzyszami w cierpieniu dla innych. Obydwa – zanurzone w naszej ziemskiej doczesności, która nie pozwala patrzeć na problem cierpienia drugiej osoby z właściwej perspektywy.

 

Pierwsza przeszkoda – to brak przyjmowania do wiadomości, że dane cierpienie wcale nie koniecznie musi się skończyć „dobrze” w ludzkim znaczeniu tego słowa. Dlatego powtarzanie jak mantry, że „wszystko będzie dobrze”, omawianie z cierpiącą osobą wyłącznie strategii leczenia lub innych aspektów medycznych mających na celu „wyjście z tego” – jest głupim pomysłem, który tylko tyle świadczy o nas, że jesteśmy głupcami. Otóż ani teraz dobrze nie jest, ani nie koniecznie wszystko będzie dobrze w przyszłości. Skąd mamy o tym wiedzieć, co będzie? Osoba, która cierpi – częstokrotnie nie ma już nawet sił, by sięgać oczyma wyobraźni w przyszłość i ją średnio interesuje co będzie i jakim to „będzie” – będzie – czy dobrym, czy złym. Walka z bólem i chorobą najczęściej pochłania już tu i teraz tyle sił, że przyszłość traci na znaczeniu. Dlatego zamiast uparcie powtarzać, że „wszystko będzie dobrze”, lepiej wykorzystać ten czas zwyczajnie na bycie w tym cierpieniu razem, jak też na przepracowanie tego, co chcemy jednak ewentualnie omówić czy powiedzieć temu komuś już tu i teraz, mając z tyłu głowy, że jednak wcale nie koniecznie musi „być dobrze”. Przecież te kilka wspólnych chwil rzeczywiście mogą być ostatnimi w naszym wspólnym życiowym doświadczeniu. I co w tym przypadku? Zostając na tym padole łez będziemy potem również w duchu płakać, że mogliśmy jeszcze coś powiedzieć, a nie powiedzieliśmy? Że mogliśmy jeszcze czymś ważnym się podzielić, a nie zrobiliśmy tego? Niechże wspólne towarzyszenie w cierpieniu będzie okazją do miłości, a nie do zaklinania rzeczywistości.

 

Druga przeszkoda – to nasze oczekiwania względem osoby cierpiącej. Cierpiący czy umierający krewny – to często okazja do odziedziczenia całkiem znacznego majątku, albo osiągnięcia dowolnego innego, równie egoistycznego celu. Jaką w takim razie będzie nasza reakcja, gdy w ramach kolejnego spotkania dowiadujemy się z ust na przykład umierającej osoby, że pod wpływem rozmyślań i modlitw postanawia zmienić testament, wykluczając z niego właśnie nas? A co jeśli osoba cierpiąca staje się wredna, nieprzewidywalna, nieznośna (co przecież jest częstym doświadczeniem osób w cierpieniu)? Nam takie zachowanie od razu będzie się wydawać irracjonalnym (i prawdopodobnie faktycznie takowym będzie) – ale to wcale nie znaczy, że mamy w związku z tym wypowiadać cierpiącej osobie w danej chwili wojnę, próbować ją pouczać czy zmieniać. Towarzyszenie osobie cierpiącej jest wspaniałą okazją do przećwiczenia własnej pokory i odłożenia wszystkich naszych oczekiwań na bok. Myślę, że dobrym lekiem na tego typu egoizm w obliczu cierpienia jest zrozumienie, że równie dobrze to my moglibyśmy teraz w tej chwili podobnie cierpieć (albo że jest przecież całkiem spora szansa, że równie dobrze będziemy cierpieć w przyszłości). Po prostu dajmy tej drugiej osobie to, czego chcielibyśmy sami w takim momencie doświadczyć. Przecież w najmniejszym stopniu chcielibyśmy w takiej sytuacji wikłać się w spory, dysputy i uśmierzanie cudzych egoizmów, nieprawdaż? Nie mamy już w takiej sytuacji na to ani sił, ani możliwości. Nie znaczy to, że mamy się dać zakatować lub w inny sposób dopuścić znęcanie się nad sobą ze strony osoby cierpiącej – nie, trzeba być asertywnym. Ale proszę – po prostu nie miejmy względem cierpiącego żadnych oczekiwań. To często oznacza wyrzeczenie się siebie, zaparcia się własnego „ja” – to prawda. To często też jest „niesprawiedliwe” z punktu widzenia tego świata. Ale to nic. Odłóżmy nasz egoizm w tym konkretnym przypadku na bok, „A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6:4;6;18).

 

Podsumowując, odtrutką na obydwie opisywane przeszkody jest patrzenie na problem cierpienia drugiej osoby z perspektywy wieczności. Ziemski żywot każdego człowieka ma swoje ramy – ale to nie znaczy, że życie jako takie się kończy. Dlatego chlubimy się nadzieją, że ostatecznie – i owszem, wszystko będzie dobrze, choć nie koniecznie będzie to tutaj na ziemi. Druga sprawa jest podobna – z punktu widzenia wieczności prześladowanie doczesnych interesów w obliczu cierpienia drugiej osoby jest zwyczajnie nie na miejscu. Uwolnijmy się od tego toksycznego myślenia, i nagle może się okazać, że cierpienie drugiej osoby będzie po prostu okazją do dawania miłości jak i poczucia radości wynikającego z sensu wspólnie spędzonych chwil. Bo nawet na dnie największego ludzkiego cierpienia jest miejsce dla chrześcijańskiej nadziei.

 

Szalom! :)