Umysł versus zmysły

Polski satyryk Jan Sztaudynger swego czasu napisał: „Tam, gdzie rządzą moje żądze, tam, niestety, ja nie rządzę”. Ten aforyzm idealnie rozstrzyga o problemie wolności w postępowaniu człowieka.

 

Jak każdy człowiek posiadam umysł i zmysły. Nie mniej o moim człowieczeństwie stanowi ten pierwszy, bo tylko w nim jest zawarta wolna wola. Zmysły działają na poziomie instynktów, chwilowych zachcianek, uwarunkowanych biochemicznie emocji – i nie posiadają wolnej woli. Dlatego jeśli świadomie oddam władzę, którą jako istota posiadająca wolną wolę mam w ramach umysłu – moim zmysłom, wtedy pozwalam tym zmysłom pozbawić mój umysł wolności; pozwalam się im zniewolić.

 

Oczywiście, że w procesie przekazania władzy zmysłom przez umysł – jakiekolwiek znaczenie ma tylko ten drugi. Tak samo jak przekazanie władzy abdykującego króla swojemu następcy – jest w całości zależne od woli tego króla i to ten król ponosi pełnię odpowiedzialności za to, komu tę władzę ostatecznie powierza. Skoro więc pozwalam przejąć tę władzę komuś, kto następnie zaprowadzi w całym królestwie tyranię – to całą sytuację można porównać do dobrowolnego udania się do więzienia. Przykładowo, oddając się zdradzie małżeńskiej późnym popołudniem co piątek przez weekendem lub przy okazji kolejnej delegacji – postępowałbym tak, jakbym co piątek przed weekendem lub w delegacji w istocie sam siebie wtrącał do więzienia. Dobrowolnie i z rozkoszą!

 

Jasne, że ostatecznie w starciu umysł versus zmysły liczy się bilans zysków i strat. Jeśli chwilowa korzyść z upojenia się rozkoszą cielesną wydaje się przewyższać korzyść wynikającą z wierności małżeńskiej – los człowieka staje się przesądzony. Jednak pamiętajmy, że takie postępowanie jest czystym hedonizmem. Można spowiadać hedonizm we własnym życiu – tylko co mamy na końcu takiego postępowania poza wypełnioną po brzegi beczką cuchnącej rozpaczą bezcelowości?

 

No bo jaki jest cel – bez wyraźnego na to powodu – świadomego więzienia samego siebie? Ktoś w tej chwili może powiedzieć – przecież to jest sprawa tylko tego człowieka. I tu właśnie popełni wielki błąd! Nieprawdą jest, że moje życie należy tylko do mnie. Moje życie należy też do mojego Stwórcy, moich dzieci, mojej żony, do moich partnerów biznesowych, do moich przyjaciół, rodziców, kontrahentów – do wszystkich, kto ode mnie oczekuje celowości w działaniu, pracy konstruktywnej, twórczej, przesiąkniętej poczuciem odpowiedzialności i wnoszącej dobro w ich życie. Człowiek tworzący dobro tylko od poniedziałku do piątkowego przedpołudnia, topiący resztę czasu w smrodzie alkoholowym – w niczym nie różni się od człowieka, który co weekend dobrowolnie zamyka się we więzieniu, negując tym samym samego siebie.

 

Oczywiście, nie nawołuję tym samym do pracoholizmu czy perfekcjonizmu. Nie twierdzę też, że należy sobie odmawiać jakiejkolwiek przyjemności. W życiu powinien być czas zarówno na żmudną pracę w pocie czoła jak i na radosną kontemplację; czas na wypełnienie stresujących obowiązków i czas na spacer na łonie natury; czas na pracę w miłości jak i czas na przeżywanie tej miłości. Chodzi tylko o to, by nie oddać prawdziwej wolności – która polega na oddaniu dobru – zniewoleniu i nałogom folgujących tylko naszym zmysłom. Nie można podmienić prawdziwego życia atrapą i udawać, że nic się nie dzieje. Stawką w tej grze jest samo życie.