W obronie Tradycji

Ludzie dziś mówią, że Kościół „straszy piekłem”, że jest moralizatorski, że zagląda im pod kołdrę, że ogranicza wolność i poucza ludzi, jak mają żyć. Zarzucają Kościołowi nieudolność, obłudę i niekonsekwencję lecz przy tym czują się też zobowiązani, by Kościół unowocześniać, zmieniać, dostosowywać do własnych wyobrażeń. „Nie mogą już słuchać” tradycjonalistycznego ks. Szymona Bańki. „Nie znoszą” konserwatywnego Dawida Mysiora. „Nie mogą patrzeć” na napominającego Krystiana Kratiuka. Naśmiewają się z Najjjki. Zarzucają im wszystkim syndrom oblężonej twierdzy, język wojenny, skupianie się na grzechu i złu. Mówią, że są smutasami i pesymistami, że nie ma w nich radości. Niniejszym więc chcę wyrazić sprzeciw takiej postawie. Chcę stanowczo obronić głos skrzydła, który dziś otrzymał miano „tradycyjnego” w Kościele. I nie będzie niestety miło. Jeśli ktoś jest zbyt wrażliwy i szuka w Kościele tylko przyjemności, to niech sobie odpuści dalsze czytanie.


Dla tych, co jednak czytają dalej - zacznę od przypomnienia, że Kościół nie jest ustanowiony dla człowieka. Kościół jest mistycznym ciałem Jezusa, jest stworzony przez Boga i dla Boga, a nie dla nas, jego członków. Członki ciała służą całości, a nie sobie. Jeśli ręka zaczęłaby sobie wyobrażać, jakim reszta ciała ma być i dostosowywać tę resztę do własnych wyobrażeń, to kto by tolerował taką rękę? My mamy służyć Kościołowi, a nie Kościół ma służyć nam. Każdy chrześcijanin jest zobowiązany do służby Chrystusowi, a nie na odwrót.


Poza tym aktualnie Kościół, poza nielicznymi wyjątkami, przestaje straszyć piekłem, nie jest moralizatorski, stacza się w permisywizm i woli nie wtrącać się z „prywatne życie” ludzi. Jezus nie wstydził się tego robić i w kolejnych przypowieściach mówił wprost o miejscu, gdzie będzie już tylko „płacz i zgrzytanie zębów”, przestrzegał przed grzechem, zakazywał dalszego grzeszenia, napominał i surowo karcił tych, co nie chcieli się nawrócić. Św. Paweł czynił to samo, prosząc, by się nie łudzić, że całe grupy grzeszników królestwa Bożego nie odziedziczą (1 Kor 6, 9-11). Z niewiadomych powodów to już jednak nie jest podstawowym przesłaniem Kościoła. Aktualnie naczelnicy Kościoła wręcz mówią choćby tak: „Wielu myśli i czuje inaczej, szukając Boga lub spotykając Go w różny sposób. W tym tłumie, w szeregu różnych religii, jedno jest absolutnie pewne dla wszystkich: jesteśmy dziećmi Boga.” (Papież Franciszek, https://www.youtube.com/watch?v=-6FfTxwTX34&t=2s). Czyżby Papież nie wiedział, że poza dziećmi Boga po świecie chodzą też dzieci diabła (1 J 3, 7-10)? Czyżby wszystkie religie były sobie równe, a nasz Bóg przestał być Bogiem zazdrosnym (2 Kor 11, 2)? Czyżbyśmy zapomnieli, że nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, niż przez Jego Syna (J 14, 6)? Ludzie, ocknijmy się! Piekło istnieje naprawdę, jest przerażającym miejscem wiecznego potępienia i męki! Przecież nie będzie żadną przesadą powiedzenie, że trafia tam zdecydowana większość ludzi z dzisiejszego świata! Nie wierzycie mi? A proszę mi wskazać takich w Waszym otoczeniu, ze sobą na czele, kto uczciwie wyzna, że kocha Boga całym sercem, duszą, ze wszystkich myśli i z całych sił (Mk 12,30); że nie szuka w życiu swego (1 Kor 13, 5), że szuka przede wszystkim dobra bliźniego (1 Kor 10,24), że we wszystkim, co czyni, spełnia wolę Boga, a nie swoją (Mt 7,21)? Macie z takim wskazaniem kłopot? Macie co do samych siebie w tym zakresie wątpliwości? Słusznie, bo ja też.


I jeśli sądzicie teraz, że Was osądzam – to się mylicie. Nie osądzam, tylko stwierdzam prawdę, która brzmi: w przytłaczającej większości żyjemy egoistycznymi celami i samolubnym życiem; staramy się uratować własne życie, a nie utracić go dla Pana; jesteśmy przekonani, że jesteśmy dobrymi ludźmi, choć tylko Bóg jest dobry (Łk 18,19). To znowu może będzie szokujące dla wielu współczesnych, ale nikt z nas w oczach Boga dobry nie jest. Każdy zgrzeszył, więc każdy zasługuje na potępienie. Powtórzę raz jeszcze: każdy z nas, w oderwaniu od Boga – zasługuje jedynie na potępienie.


Nie tak jednak nauczają współcześni przedstawiciele Kościoła. W tym kontekście słyszymy na przykład coś takiego: „Głęboko wierzę i mam taką nadzieję, że absolutnie wszyscy będą zbawieni. Wszyscy. Absolutnie wszyscy. W momencie śmierci będzie sąd i zobaczymy całą prawdę o Bogu, dobru i złu. Nie będzie oszustw i zakłamań. Zobaczymy jaki jest Bóg. I Bóg nas zapyta: - Teraz kiedy widzisz całą prawdę - czy chcesz być ze mną na wieki czy trafić do piekła? Jeśli człowiek zapragnie być w niebie, to Bóg wpuści go. Może przez czyściec. Ale kiedy człowiek zobaczy Boga, to Mu się nie oprze. To nie będzie branie siłą. Nikt nie wpadnie na pomysł, by Mu się oprzeć i Go wybierze. Jeśli chrześcijanin nie ma takiej nadziei, to jest to dupa, a nie chrześcijanin. Jeśli ktoś nie pragnie tego, nie marzy, nie działa by tak się stało – to żaden z niego chrześcijanin.” (o. Adam Szustak OP, https://www.youtube.com/watch?v=uuUwoJ0sqPI&t=0s). Świetną odpowiedź na ten tekst przygotował Mikołaj Kapusta: https://www.youtube.com/watch?v=-D8gKZUZnhs&t=234s. Jednakowoż zastanawiam się, ile sumień o. Adam Szustak niepotrzebnie uciszył swoją wypowiedzią? Za ilu będzie odpowiadał przed Panem? Nie wolno mi jednak nawet stawiać takich pytań. Chrześcijanin przecież nie może mieć takiej oskarżycielskiej postawy. Powinniśmy przecież rozmawiać (tudzież nieodpowiedzialnie paplać i przedstawiać własne widzimisię), szanować zdanie innych (tudzież nie zwracać uwagi na to, co kto mówi), wybaczać wszystkim (tudzież nie reagować na jawne grzechy), nie potępiać (tudzież nie oceniać i nie poddawać konstruktywnej krytyce), być miłosiernym (czyli być obojętnym)…


Otóż nie, nie i jeszcze raz nie. Tak być nie powinno! Zastanawiam się, jak to w ogóle się stało, że zapomnieliśmy o Bożej Sprawiedliwości, a myślimy tylko o Jego Miłosierdziu? Jak to jest, że nie rozumiemy, że żeby być miłosiernym, to najpierw trzeba być sprawiedliwym, inaczej to jest fałszywe miłosierdzie? Przecież żeby komuś wybaczyć dług, to dług musi być prawdziwy, a nie udawany. Przecież jeśli spisuję mojemu dłużnikowi miliony złotych długu – to jednak nie jest tak, że mnie to w ogóle nic nie kosztuje, i że mogę to robić nawet wbrew woli temu, komu wybaczam – bez żadnego udziału z jego strony. Przecież ofiara Jezusa na krzyżu nie została oddana z jakiejś trudnej do zrozumienia zachcianki Pana Boga, tylko była i jest realną, doskonałą i pełną cierpienia ofiarą za to całe bagno, w którym my wszyscy – jako dusze chodzące po tym padole łez – ugrzęźliśmy po uszy. Owszem, przyjęcie Jego ofiary jest wyzwalające. Owszem, zjednoczenie z Jezusem oznacza pełnię radości. Owszem, nawrócenie oznacza przede wszystkim poszukiwanie możliwości czynienia dobra. Ale to nie jest tak, że można już o złu zapomnieć, bo kto mniema, że stoi, niech baczy, aby nie upadł (1 Kor. 10:12). Mamy być zawsze czujni, zawsze uważać na własną pychę, która przecież nawet najdoskonalszego z aniołów strąciła z niebios, a co dopiero mówić o nas, tak słabych i tak niedoskonałych? Kto dał nam prawo mówić, że owe zwracanie uwagi, przestrzeganie przed złem, napominanie i nawoływanie ku nawróceniu, pokucie i zadośćuczynieniu jest nie na miejscu? Czyżbyśmy już byli tak święci, że możemy o tym z łatwością rozstrzygać? Jezus nie jest niczyją maskotką, Miłosierdzie Boże nie jest chusteczką do zmazywania wszelkich smutków, a chrześcijaństwo nie jest michą pełną słodyczy. Chrześcijaństwo to niesienie swojego krzyża – w pokorze i trudzie, w cierpieniu i w cierpliwości. Miłość ogólnie jest ofiarna, miłość to zawsze poświęcanie się dla kogoś, składanie siebie w ofierze – z miłości do niego. Ale my już o tej prostej prawdzie nie pamiętamy. Wolimy tych tradsów „zbanować od razu”, do czego zachęca przecież o. Remigiusz Recław SJ, i nie zaprzątać sobie takimi trudnymi tematami głowy.


Drodzy, nawrócenie to uświadomienie sobie swoich grzechów, a nie zapomnienie o nich. Św. Paweł pisze o swojej grzesznej przeszłości, ale równocześnie nakazuje, by nieustannie się radować – bo my jesteśmy zbawieni nie bez względu na poziom naszej winy, a właśnie przez nią, bo tam gdzie wzmaga się grzech, jeszcze obficiej rozlewa się łaska (Rz 5, 20). Przylgnięcie do Jezusa i schronienie się w Jego Miłosierdziu – to nie tylko nie grzeszenie więcej, ale i podążanie za Nim, dokądkolwiek nas poprowadzi. A On jest względem nas wymagający, jak cierpliwy, kochający ale nieskończenie mądry Ojciec. Jezus stawia nam poprzeczkę wysoko. Jezus nie jest naszym „ziomem”, „kumplem”, „fajnym gościem”, tylko naszym Panem i Bogiem – Któremu bezwzględnie należy się szacunek za to, co dla nas zrobił i wciąż robi.


I jeśli tych wszystkich, co Tobie być może w sposób nieudolny, może mało-empatyczny, a może zbyt dla Ciebie surowy ośmielają się cokolwiek powiedzieć – Ty traktujesz bez takiego szacunku, to przykro mi to mówić – ale to świadczy tylko i wyłącznie o Twoim braku szacunku do samego Pana Boga.


Na sam koniec dodam, że oczywiście jestem świadom zagrożeń, które czają się w zbytnim rygoryzmie, w formalizmie, w „kwasie, jakim jest obłuda faryzeuszy” (Łk 12, 1). Oczywiście, że na hipokryzję chorujemy my wszyscy – bo nie ma ani jednego, kto by nie zgrzeszył, a skoro tak – to nie ma co się łudzić, że w takim lub innym stopniu każdy z nas nie uległ wewnętrznemu zepsuciu. Jeśli w ten sposób podchodzić do sprawy, to nikt z nas tak naprawdę nie ma prawa by pouczać drugiego, przestrzegać go przed czymś lub zwracać mu na cokolwiek uwagę. Ale to nie tędy droga, moi drodzy. Bo właśnie w takim „zero-jedynkowym” podejściu, że albo tylko święty ma prawo ewangelizować, albo wcale – kryje się najtrudniejsza do rozpoznania hipokryzja. Bo albo będziemy się o siebie nawzajem prawdziwie i z miłością troszczyć, przestrzegając się również przed złem, albo staniemy się na siebie nawzajem obojętni. I proszę się nie łudzić, że za taką obojętność, którą dla niepoznaki nazwiemy miłosierdziem, Pan Bóg nas na końcu naszej życiowej drogi pochwali.


Nawracajmy się i wierzmy w Ewangelię. W pełnię Ewangelii, a nie tylko w te miłe i wygodne dla nas jej fragmenty. Bo albo z całym naszym sercem wejdziemy do Królestwa niebieskiego, albo wcale. I Tradycja pod tym względem naprawdę nie zmieniła się od dwóch tysięcy lat.

Szalom.