Wszechświat duchowy

Pozwolę sobie na odrobinę fantazji, którą proszę potraktować wyłącznie jako indywidualne wyobrażenie człowieka na określonym etapie rozwoju duchowego. To jest tylko pewna intuicja, która zapewne nie jest w pełni poprawna. Chcę jednak z Wami podzielić się tą wizją, jako czymś, co może zachęcić Was do otwierania szerzej Waszych duchowych oczu. Wpatrujmy się w tę rzeczywistość z całych sił, albowiem to z niej pochodzą najważniejsze w naszym życiu opcje do wyboru.

Otóż wyobraźmy sobie Wszechświat, w którym siłę grawitacji zastępuje siła Miłości. Centrum takiego Wszechświata jest zapewne Jego początkiem, ale też upragnionym końcem, do którego ciąży całe stworzenie. Centrum musiałoby się składać z co najmniej dwóch Osób, albowiem nie jest możliwą Miłość zamknięta wyłącznie w jednej Osobie. Wzrost temperatury w takim Wszechświecie odczuwany jest jako nasilenie się radości, jej zanik – jako oziębła obojętność. Światło byłoby Duchem zradzanym z Miłości Dwóch Osób, i siła Jego oddziaływania byłaby prawie że pomijalna z racji swej delikatności i subtelności. Lecz Życie bez tego Światła byłoby niemożliwe. Istniejące w takim Wszechświecie byty musiałyby siłą rzeczy być przede wszystkim bytami duchowymi. Z racji jedynego Centrum, jako źródła Światła – owe byty nie mogłyby same z siebie świecić, przypominając bardziej lusterka, odbijające wypełniającą wszystko jasność. W tym Wszechświecie zapewne byłoby się całkowicie wolnym i dałoby się przemieszczać siłą własnej woli – wystarczyłoby prawdziwie zechcieć - i już by się było w dowolnym miejscu. Jedyną przeszkodę w tak wolnym przemieszczaniu się, a szczególnie w zbliżaniu się do Centrum, stanowiłaby masa własna w postaci egoizmu i pożądania tego, co jest poza Centrum. Te dwie rzeczy składałyby się na siłę odśrodkową, która równoważąc siłę przyciągania – nie pozwalałaby do tego Centrum się zbliżyć. Rozwiązaniem tego impasu mogłaby być pokora, poprzez praktykowanie której siłę odśrodkową moglibyśmy zmniejszać, zbliżając się ku upragnionemu i prawdziwie wartościowemu Celowi.

Co istotne, czas w takim Wszechświecie nie miałby zasadniczego znaczenia. Albowiem skoro wszystko jest osadzone w falach przyciągającej wszystko Miłości i oświetlone światłem Ducha, to czas byłby do tego stopnia niepotrzebny, że pewnie trudno byłoby nawet sobie zdawać sprawę z jego istnienia. Podobnie jak na randce z ukochaną czy ukochanym – raczej nie pamiętalibyśmy o czymś takim jak czas. Bylibyśmy tam – każdy z osobna i w połączeniu – w każdej chwili całymi sobą, bez zmian stanów przejściowych naszej samoświadomości, bez snu, głodu, pragnienia i żadnych innych potrzeb: ot, czysta kropla samoświadomości oraz istnienie po to, by być i się wygrzewać w falach nieustającej radości, dzieląc się całymi sobą i wypełniając się światłem Ducha nieustannie; kontemplując owo święto Życia w wieczności.

Czy coś takiego mogłoby być nudnym? Dla złych ludzi, którymi jesteśmy wskutek dziedziczonego grzechu pierworodnego – owszem. Z tego prostego powodu, że nawet nie moglibyśmy się w takim Wszechświecie odnaleźć: byłby dla nas de facto niewidoczny. Wskutek grzechu straciliśmy integralność i sprawiedliwość, - tę powłokę, która odbijając światło Ducha, pozwala nam jako lusterkom świecić w ciemnościach. Niczym prześwitujące upiory – jesteśmy obecnie cieniami samych siebie, prawie że niedostrzegalni dla tego wspaniałego świata duchowego, ale zarazem ślepi na jego istnienie. Zbawiennym przy tym jest, że prawo Miłości nie przestało nigdy działać. Nawet będąc niewidomymi – wciąż ciążymy ku Centrum, szukając po omacku nieustannie tej radości, pokoju i Miłości, które, jak czujemy w duchu – gdzieś tam wciąż są obecne. Ta tęsknota w nas nie jest żadnym urojeniem, ani skutkiem działania obojętnej na wszystko ewolucji. Ona jest realna, prawie że namacalna – bo jest zwykłym odczuwaniem siły przyciągania w rozchodzących się falach Miłości naszego Twórcy. Siła ta działa niezmiennie i nieustannie – poza czasem i na zawsze. Takie jest podstawowe prawo natury duchowego Wszechświata, i podobnie jak siły grawitacji we Wszechświecie naszym, materialnym – nie da się jej po prostu wyłączyć lub odwołać.

Właśnie też z racji działania owych odwiecznych praw, zbieżnych z samą naturą Boga i obecności wolnej woli w każdym stworzeniu – grzech stał się powodem pojawienia się śmierci w opisywanej rzeczywistości. Wolna wola koncentrująca się na zaprzeczeniu Życia, paradoksalnie zaprzecza Życie w samej sobie. W momencie, gdy wybieramy grzech – świadomie abdykujemy z pozycji mieszkańców Nieba, robimy się wyrzutkami „na zewnątrz” Światłości, niczym wyrzuceni bez skafandrów kosmonauci w próżni. Tracimy nie tylko sens oraz istotę życia – tracimy samą możliwość jego kontynuacji. Zapłatą za grzech jest śmierć – i nie jest to kwestia Boskiej surowości charakteru, tylko zwyczajnego następstwa głupoty połączonej z brakiem odpowiedzialności w ramach powierzonego nam w akcie stworzenia daru wolności.

Czy w takim razie możliwy jest ratunek? W analogicznej sytuacji w naszym Wszechświecie materialnym niechybnie byśmy zginęli nieodwracalnie. We Wszechświecie rządzonym Miłością – jak się okazuje istnieje możliwość zbawienia poprzez akt zaufania (Wiary) w pomoc nadchodzącą bezpośrednio od samego Boga. Na każdy nasz akt głupiego w istocie nieposłuszeństwa – On odpowiada aktem swej nieskończenie mądrej Miłości, rozszerzając granice Światłości po to, by nam nie pozwolić zostać w ciemnościach na zawsze. Czyniąc to z racji swojego nieskończonego Miłosierdzia – za każdym razem musi jednak ofiarować Samego Siebie, albowiem skoro zapłatą za grzech jest śmierć, to wykupieniem ze śmierci innego jest uśmiercenie samego siebie. Życie za życie zostaje w ten sposób zastąpione na śmierć za śmierć; prawo odwetu zamienione na prawo przebaczenia. A że w Nim nie ma śmierci i nie może ona nad Nim w żaden sposób zapanować – to On staje się jej Panem, rozcieńczając ją w sobie, niczym zmrożone płatki śniegu we wrzącym źródle. W ten sposób zarówno prawo Sprawiedliwości nie cierpi, jak i prawo Miłości zwycięża. Bóg jest w zgodzie ze swoją naturą zawsze – również wtedy, gdy śpieszy nam na ratunek.

Dramatyczna akcja ratunkowa, którą opisałem, implikuje równie dramatyczny wybór dla każdego z nas: przyjąć Jego ofiarę czy zginąć na zawsze? Rodząc się w naszym materialnym Wszechświecie mamy tylko jeden nadrzędny cel – umrzeć opowiadając się za jedną z dwóch opcji. Dostrzec Jego poświęcenie i przyjąć łaskę? Czy wciąż tkwić we własnej głupocie, odrzucając wyciągniętą do nas pomocną dłoń? Jakże smętny jest los człowieka, który owej dłoni Zbawiciela nie przyjmuje… To dlatego „Każdy grzech i bluźnierstwo będzie ludziom odpuszczone, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone” (Mt 12:31). Co, bowiem, można uczynić jeszcze z człowiekiem, który z własnej niewymuszonej woli wciąż ucieka ze strefy jasności w Duchu, która oznacza Życie, w kierunku śmiercionośnej ciemności? Albo który już będąc umarłym, wciąż woli w tej śmierci tkwić, drwiąc ze wszelkich wysiłków ukierunkowanych na jego ratunek? A właśnie tak przecież czynimy, kiedy zaciekle udowadniamy, że nasze tak zwane „życie w grzechu” jest ważniejsze od oferowanego Życia przez Jezusa Chrystusa. Kochani! Nie ma czegoś takiego, jak „życie w grzechu”! Ten frazes jest tylko iluzją, mającą zastosowanie do naszego istnienia na Ziemi – które przemija przecież jak mgnienie oka! W grzechu jest tylko śmierć i nic poza nią. Powinniśmy, jako świadomi chrześcijanie, mówić raczej „śmierć w grzechu”, a nie „życie w grzechu”. Prawdziwe życie w grzechu jest tak samo niemożliwe, jak prawdziwa kąpiel w suchym basenie: w takim przypadku można co najwyżej poudawać, że się pływa.

Powyższemu zagadnieniu poświęcony jest 6. rozdział Listu do Rzymian, w którym św. Paweł podsumowuje całość w następujących słowach: „Cóż więc powiemy? Czyż mamy trwać w grzechu po to, aby łaska w pełni się okazała? Na pewno nie! Jakżeż my wszyscy, którzy umarliśmy dla grzechu, mielibyśmy jeszcze żyć w nim? Czyż nie wiecie, że wszystkich nas, których przez chrzest zanurzono w Chrystusie Jezusie, w Jego śmierci zanurzono? Pogrzebano nas z Nim razem dzięki zanurzeniu w śmierci, dlatego abyśmy - wzorem Chrystusa zmartwychwstałego dzięki chwale Ojca - i my postępowali według zasad nowego życia. Jeśli bowiem jak szczep zrośliśmy się z podobieństwem Jego śmierci, to tak samo zrośniemy się z Jego zmartwychwstaniem. Wiemy o tym, że stary nasz człowiek został z Nim współukrzyżowany, aby zniszczyć ciało, które było własnością grzechu, i abyśmy nie byli w niewoli grzechu. Ten bowiem, kto umarł, wolny jest od grzechu. Jeśli zaś umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że również żyć z Nim będziemy. Wiemy, że zmartwychwstały Chrystus nie umiera już więcej i śmierć nie ma już nad Nim żadnej władzy. To bowiem, co umarło, raz na zawsze umarło dla grzechu; to zaś, co żyje, żyje dla Boga. Tak również i wy uważajcie się za takich, którzy umarli dla grzechu, a żyją dla Boga w zjednoczeniu z Chrystusem Jezusem. Niech więc nie króluje grzech w waszym umarłym ciele, abyście nie musieli ulegać jego namiętnościom. Nie czyńcie również ze swego ciała broni dla nieprawości grzechu, lecz jako zmartwychwstali poświęćcie się Bogu, a wasze ciało niech będzie bronią sprawiedliwości Bożej. Grzech bowiem nie będzie panował nad wami, bo nie jesteście już pod panowaniem Prawa, lecz pod panowaniem łaski. Cóż więc? Czy mamy grzeszyć, ponieważ nie jesteśmy pod panowaniem Prawa, lecz pod panowaniem łaski? Na pewno nie! Czyż nie wiecie, że jesteście niewolnikami tego, którego słuchacie, a więc oddaliście się w niewolę: czy to grzechowi, prowadzącemu do śmierci, czy też posłuszeństwu, które prowadzi do usprawiedliwienia? Dzięki Bogu za to, że - będąc niegdyś niewolnikami grzechu - okazaliście płynące z serca posłuszeństwo nauce, która stała się wzorem waszego postępowania. Uwolnieni od grzechu staliście się niewolnikami sprawiedliwości. Znając słabość waszego ciała, mówię na sposób ludzki: Jak niegdyś wydaliście swe ciało w niewolę nieczystości i bezprawia, pogrążającego was w większe jeszcze bezprawie, tak teraz wydajcie swe ciało w niewolę sprawiedliwości, która przywiedzie was do uświęcenia. Niegdyś byliście niewolnikami grzechu, teraz zaś jesteście wolni wobec sprawiedliwości. Jakież wówczas zbieraliście owoce? Wstydzicie się ich teraz. Śmierć przecież jest ich końcem. Obecnie jednak uwolnieni od grzechu staliście się sługami Boga i zbieracie owoce, które wiodą was ku świętości, a końcem ich jest życie wieczne. Zapłatę bowiem za grzech stanowi śmierć, darem zaś Boga jest życie wieczne w Chrystusie Panu naszym.” (Rz 6).

Chwała niech będzie Jedynemu Bogu na wieki wieków! Szalom!