Zazdrość versus Miłość

W opinii publicznej w Polsce utarła się ostatnio narracja na temat mowy nienawiści. Co jakiś czas, a zwłaszcza przed wyborami – temat wraca na pierwsze strony gazet. Rada Europy definiuje mowę nienawiści jako: „wszystkie formy ekspresji, które rozpowszechniają, podżegają, wspierają lub usprawiedliwiają nienawiść rasową, religijną, ksenofobię, antysemityzm lub inne formy nienawiści wynikające z nietolerancji, łącznie z nietolerancją wyrażoną za pomocą agresywnego nacjonalizmu i etnocentryzmu, dyskryminacją i wrogością wobec przedstawicieli mniejszości, imigrantów i osób obcego pochodzenia”. Bazując na takim podejściu, zwolennicy liberalno-lewicowych poglądów ogłosili mowę nienawiści złem absolutnym, na trwale przyczepiając swoim oponentom łatkę zwolenników mowy nienawiści. Natomiast zwolennicy prawicowych poglądów niemrawo bronią się poprzez odwoływanie się do wolności słowa i kontratakując przeciwników narracją o „dyktaturze tolerancji”. Pierwsi zyskali niezaprzeczalny „dowód” swych racji w postaci publicznej ofiary mowy nienawiści – Prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. W odpowiedzi, komentując tę tragedię, Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla magazynu „W Sieci” (nr 6/324, 2019) powiedział tak: „Odrzucam pojęcie «mowy nienawiści», które przy tej okazji próbuje się wprowadzać. To pojęcie, za pomocą którego próbuje się wprowadzić jednostronną cenzurę dotyczącą tylko prawicy. Można grać «Klątwę», można wzywać do zamordowania mnie, a nie można, w skrajnych przypadkach, cytować Pisma Świętego”.

W ten sposób temat bulwersuje i jednych i drugich, a kolejne argumenty tylko podsycają konflikt, z którego zdaje się nie ma wyjścia.

Skoro o Piśmie Świętym mowa, to zobaczmy, co faktycznie Biblia mówi na temat nienawiści. Przeszukując Słowo Boże natrafiamy na wiele fragmentów zawierających słowo „nienawiść”. Na przykład:

1.     "Zaprawdę, nie jesteś Bogiem, który by upodobał sobie nieprawość; zły człowiek nie śmie z Tobą obcować, głupcy nie ostoją się przed Tobą. Ty nienawidzisz wszystkich złoczyńców, gotujesz zgubę kłamcom. Jahwe czuje odrazę do człowieka żądnego krwi i do oszusta." (Księga Psalmów, 5:5-7).

2.     "Jahwe przypatruje się bacznie sprawiedliwemu i bezbożnemu, a tego, kto skory jest do gwałtu, ma w nienawiści." (Księga Psalmów, 11:5).

3.     "Albowiem jednakowo nienawidzi Bóg bezbożnego, jak i jego bezbożności." (Księga Mądrości, 14:9).

4.     „Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz kochał bliźniego, a nienawidził wroga”. A Ja wam powiadam: Kochajcie waszych wrogów i módlcie się za prześladowców, abyście stali się synami waszego Ojca, który jest w niebie. Bo Jego słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, a deszcz spada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.” (Mt 5:43-45).

5.     „Nikt nie może dwom panom służyć, bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego kochał, albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie!” (Mt 6:24).

6.     „Brat wyda na śmierć brata, a ojciec syna; dzieci wystąpią przeciwko rodzicom i będą ich zabijali. I wszyscy was znienawidzą z powodu imienia mojego. Ale kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.” (Mt 10:21-22).

7.     „Wtedy będą was uciskać i zabijać, i z powodu mojego imienia będą was nienawidzić wszystkie narody. Wtedy wielu się załamie i jedni drugich będą wydawać i nienawidzić.” (Mt 24:9-10).

8.     „A mieli wtedy znacznego więźnia, zwanego Barabaszem. Kiedy więc się zebrali, powiedział im Piłat: - Kogo wam wypuścić: Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem? Bo wiedział, że Go wydali z nienawiści.” (Mt 27:16-18).

9.     „Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światłości i nie zbliża się do światła, aby jego uczynki nie zostały potępione.” (J 3:20).

10.   „Kto Mnie nienawidzi, nienawidzi też mojego Ojca.” (J 15:23)

11.   „Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest mordercą, a wiecie, że żaden morderca nie ma w sobie życia wiecznego.” (1 J 3:15).

12.   „Umiłowałeś sprawiedliwość a znienawidziłeś bezprawie, dlatego namaścił Ciebie, Boże, Twój Bóg olejem wesela, a nie żadnego z Twych towarzyszy.” (Hbr 1:9).

Z powyższych fragmentów nasuwa się kilka wniosków:

1.     Sposobem na przeciwstawienie się nienawiści jest miłość (a nie tylko wąsko rozumiana tolerancja).

2.     Nienawiść w Biblii często łączy się z zamiarem zabójstwa. Ale równocześnie w Bogu znajdujemy zabieganie o zbawienie grzesznika – pomimo całej odrazy do niego i jego grzechu.

3.     Nienawiść do sprawiedliwości jest domeną tych, co źle czynią, natomiast gdy się kocha sprawiedliwość, nienawistnym staje się bezprawie. Nie da się kochać i sprawiedliwości i niesprawiedliwości równocześnie: opowiedzenie się za jednym odrzuca drugie i vice versa.

W związku z powyższym powstaje pytanie – w jaki sposób można kochać i nienawidzić równocześnie? Cóż to za miłość, która równocześnie dopuszcza nienawiść? Czy Bóg kocha grzeszników czy jednak ich nienawidzi? I jeśli Bóg nienawidzi złoczyńcę, to dlaczego równocześnie poleca za niego się modlić i go kochać? Ba, Sam za niego ostatecznie woli oddać życie w mękach?

Otóż, o ile nie chcemy powiedzieć, że Bóg sam sobie zaprzecza – jedyna słuszna odpowiedź, która się nasuwa brzmi: owszem, można równocześnie i kochać, i nienawidzić. Jest jednak drobna, ale bardzo istotna różnica w dwóch rodzajach nienawiści: jednej opartej na odrazie, a drugiej – opartej na zazdrości. Może to dla kogoś będzie odkrywcze, czy wręcz rewolucyjne – ale nienawiść wcale nie musi polegać na życzeniu komuś zła.

Żeby to wyjaśnić – można posłużyć się kilkoma przykładami. Załóżmy, że w trakcie spaceru mój wzrok pada na coś doprawdy odrażającego czy wstrętnego – na przykład na węża. Większość ludzi czuje taką odrazę też do szczurów lub dużych pająków... Czy w związku z tą odrazą – możemy powiedzieć, że życzymy temu konkretnemu żyjątku zła, że żywimy względem niego na co dzień nienawiść? Nie, raczej chodzi o to, że mając naturalną predyspozycję do takiego wstrętu po prostu nie możemy przybywać w pobliskim sąsiedztwie tych obiektów naszego wstrętu – jest to dla nas nienaturalne. Dlatego większość ludzi, natrafiając na coś naprawdę odrażającego, ratuje się po prostu oddaleniem lub ucieczką. Nikt nie mówi potem, spotkawszy przyjaciela: „Wiesz, ostatnio po drodze natrafiłem na okropnego węża. Chodź, będziemy po nim skakać, aż pożałuje, że w ogóle pojawił się na świecie”. Albo: „Nie uwierzysz, ale spotkałem ostatnio pod moim domem dużego szczura z obleśnym ogonem. Z całego serca życzę go dorwać i się nad nim poznęcać”. Odrazie, którą czujemy przy tego typu spotkaniach – nie towarzyszy zazdrość, czyli życzenie komuś zła. Tak ogólnie to mogę nawet kochać węże, pająki czy szczury, niech sobie żyją – byle nie musieć je oglądać w miejscu mojego zamieszkania na co dzień :)

Analogicznie, - i proszę nie bulwersować się natychmiast od takiego porównania – można czuć odrazę na przykład do osób tej samej płci współżyjących ze sobą. Jest to dla mnie tak nienaturalna myśl, że po prostu czuję wstręt i wolę nie mieć nawet z potencjalną możliwością takiego współżycia niczego wspólnego. Jak najbardziej rozumiem, że osoby o skłonnościach homoseksualnych – istnieją. Mam kilku takich znajomych – przebywam z nimi na co dzień, szanuję ich, koleguję się. Ale gdybym miał „pójść w tym kierunku”, albo oglądać całowanie się dwóch mężczyzn czy dwójki kobiet – po prostu czuję wtedy odrazę. I proszę nie wmawiać mi w tym momencie, że coś ze mną jest nie tak. Mam pewien naturalny odruch, który towarzyszy zgodnie z badaniami naukowymi większości osób heteroseksualnych – i nie ma w tym niczego złego.

Poza tym czuję taki wstręt do wielu rodzajów grzechu. Nie cierpię pijaństwa, złorzeczenia, wulgarności, przemocy, chamstwa… Nie, nie jestem „świętoszkiem”, jak zapewne niektórzy mogą pomyśleć (o tym, dlaczego się tak myśli – napiszę za chwilę). Sam mam swoje „za uszami” i znam swoje grzechy. Jednak nie próbuję przez to, że niektóre rodzaje grzechu popełniałem – je wybielać. Grzech jest tym czym jest – bez względu na osobę, która go popełnia: czymś wstrętnym i odrażającym. Oczywiście, mogę zacząć chodzić do psychologa, który będzie mnie przekonywał, że mam „zaakceptować siebie takim, jakim jestem”, „przestać żyć w oparciu o poczucie winy”, „nie przesadzać względem szkodliwości popełnionych przeze mnie czynów” – i na wiele innych tego typu podobnych sposobów przekonywać mnie i moje sumienie, że wcale ten grzech nie jest aż taki wstrętny i odrażający. Mogę nawet temu psychologowi uwierzyć, oszukać mnóstwem bardzo racjonalnych dowodów samego siebie i faktycznie zacząć robić dobrą minę do złej gry, udając, że w istocie nic wielkiego się nie stało. Ale w głębi serca – wciąż rozumiem, co by kto nie mówił, że jednak pewne rzeczy na zawsze pozostaną szkaradne i niechlubne. Czymś, co w głębi serca zawsze będę nienawidzić i woleć tego nie rozpamiętywać. Nie jest to jednak powód ku temu, bym siebie nienawidził. Znając swoje słabości i niedoskonałości – mogę być pysznym lub pokornym. To w przypadku pychy „nie mógłbym sam siebie znieść”. Dlatego wolę pokornie przyznać się do własnych ograniczeń – bo właśnie dzięki temu potrafię wciąż siebie kochać, wciąż życząc sobie dobrze.

Widzicie, co się stało? Właśnie w ten sposób nienawiść do pewnych aspektów osoby (nawet własnej) – spokojnie używa się w tym samym sercu z miłością do tej samej osoby. Dlatego nie bez kozery głównej cnocie miłości w chrześcijaństwie nie przeciwstawia się nienawiść, jak zwykle sądzą współcześnicy. Na liście grzechów głównych nienawiści nie ma – jest tam jednak zazdrość (lub też inaczej smutek – np. z powodu powodzenia innych, czyjegoś statusu itp.). Miłości, jako życzeniu komuś dobra, przeciwstawia się więc zazdrość, jako życzenie komuś zła. Nienawiść może – ale nie musi bazować na zazdrości. Co więcej, choć to będzie zapewne szokującym odkryciem dla wielu z Was – nienawiść pozbawiona zazdrości – może wręcz bazować na miłości.

Mówię o tym w kontekście dość modnej ostatnio w środowisku katolików tezy, że trzeba oddzielić grzech od człowieka, który go czyni. Oraz że o ile można i trzeba nienawidzić grzech – o tyle nie wolno nam nienawidzić popełniającego ten grzech grzesznika. Pomijam „dziwność” powyższego konstruktu, z którego wynika grzech jako byt, istniejący w oderwaniu od osoby, która go czyni. To, czego prawdziwie nie mogę w takim podejściu zrozumieć – to w jaki sposób mamy „dokleić” do takiego podejścia odpowiedzialność za własne czyny, pojęcie kary, nagrody oraz zrozumienie bezcenności daru zbawienia. Gdy syn marnotrawny wracał do Ojca – jak najbardziej miał te wszystkie przemyślenia w głowie, kombinując, co by tu Tacie na powitanie powiedzieć, żeby jako tako zachować jeszcze twarz. To, że Ojciec zachował się miłosiernie – właśnie wynika z tego, że istotnie było co przebaczać. To nie była jakaś błahostka – znieważyć żyjącego jeszcze Ojca, zabierając swoją część spadku, roztrwonić go z prostytutkami w upojnym życiu, skończyć nędznie pasąc świnie – i wrócić. Nie tylko ówcześni Żydzi, słuchający tej przypowieści Jezusa, ale i współcześnicy – nie mogą się nadziwić, jakim cudem miłosierdzie w tej sytuacji było w ogóle możliwe. Wielu znacie osób, ze sobą na czele, którzy są w stanie tego typu przewinienie przebaczyć? Mamy często problem, by odpuścić kasjerce, która pomyłkowo nie wydała nam dwóch złotych na kasie w sklepie. A co dopiero – wybaczyć tego typu występek…

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Miłosierdzie Ojca ma swój wymiar i swoją ogromną wartość. Pokazuje bezmiar Miłości, która, choćby przy odrobinie skruchy – jest w stanie przebaczyć dosłownie wszystko. Nie oznacza to jednak wcale, że w momencie odejścia i błąkania się syna marnotrawnego – Ojciec był tym faktem szczególnie pocieszony. Jestem bardziej niż pewien, że wręcz nie mógł na to odejście patrzeć i nienawidził wtedy syna z powodu jego głupoty – całym sercem. Jedynie równocześnie posiadana w sercu miłość – nakazywała Mu jednak dać synowi wolność i pozwolić upaść tak nisko, jak ten ostatecznie upadł. My się często spodziewamy, że nas ktoś będzie namawiał, powstrzymywał, przekonywał… Bóg jednak na tyle kocha człowieka i na tyle szanuje jego wolność – że pozwala się stać nawet bardzo złym rzeczom w życiu każdego z nas, skoro tego prawdziwie chcemy. Czasami, bowiem, to jest jedyna szansa na to, by człowiek jednak przewartościował swoje życie i odnalazł w nim to, co prawdziwie cenne.

Mam w rodzinie przypadek osoby nędznej – alkoholika, który porzucił żonę i własne dzieci, prowadzi rozpustne życie, żyje w związku z inną kobietą (od pewnego momentu przestałem liczyć, która to już aktualnie „w kolejności”), już kilka razy wyleciał z pracy z powodu pijaństwa, przy okazji o mały włos nie doprowadzając do tragedii itd. Czy ja go kocham? Ależ oczywiście, że wciąż go kocham i modlę się o jego nawrócenie. Życzę mu dobrze i wręcz marzę o tym, by się zmienił, odnajdując w końcu pokój w sercu. Bardzo chcę, by wrócił do żony, zapewnił porzuconym dzieciom ojcostwo, został oporą rodziny, odnalazł spełnienie i pełnię radości. Ale czy ja go nienawidzę? Za to, co aktualnie wyprawia – jak najbardziej tak, i nie zamierzam nawet przed samym sobą udawać, że tak nie jest. Zwracam przy tym uwagę, że ta nienawiść nie polega na tym, że marzę o jego ukaraniu, poniżeniu, odgrywaniu w głowie scenek o tym, jak go w końcu dopada „ręka sprawiedliwości” itd. – bo takie podejście jest właśnie oznaką zazdrości. Nienawiść, o której mowa, polega na tym, że czuję odrazę do tego, kim ten człowiek aktualnie jest. Wciąż dostrzegam w nim resztki godności i ubolewam nad tym, że w istocie sam w sobie tę pierwotną godność zniszczył. „Nie-na-widzę” czyli – „nie-na to-patrzę”, nie chcę mi się patrzeć, chcę odwrócić wzrok. Odraza, o której mowa, świadczy jedynie, że jeszcze jestem zdrowy i poprawnie reaguję na niesprawiedliwość. To się dzieje mimowolnie, wręcz instynktownie – tak samo, jak gdy dotknę parzącej powierzchni – natychmiast odrywam rękę, albo gdy spotykam węża – to instynktownie się zatrzymuję lub cofam.

Powyższe podejście dotyczy wszystkich – od prezydenta sąsiedniego kraju, najeżdżającego mój rodzimy kraj, do człowieka, grubiańsko zachowującego się względem mnie na drodze. W pierwszej kolejności nie pomijam w tym jednak siebie, często-gęsto czyniącego absolutnie nie to, co w jakiejś konkretnej sytuacji powinienem czynić. Przyznaję, tak jak już wspomniałem, zdarzały mi się w przeszłości w życiu momenty, w których dosłownie nienawidziłem siebie. Nie dlatego, że życzyłem sobie źle, ale dlatego, że jak miałem spojrzeć sobie w oczy w lustrze, to czułem wstyd i odrazę. Był to zwykle pierwszy krok ku temu, by żałować za własne winy – i tym prędzej szukać ratunku u Jezusa.

Dlatego nie dajmy sobie wmówić, że mowa nienawiści to „ekspresja wynikająca z nietolerancji”. Albo że jest to jedynie sposób walki politycznej czy cenzury (bez względu na rodzaj obozu politycznego, który tego typu rozważania snuje). Rozmawiajmy o tych swoich nienawiściach – otwarcie i szczerze. Dopóki prawdziwie życzymy sobie nawzajem dobrze, dopóki smuci nas grzech oraz urąganie chwale Bożej, dopóki zależy nam na zbawieniu nawet naszych prześladowców – taka nienawiść świadczy o naszym zdrowiu duchowo-psychicznym. Problem zaczyna się wtedy, gdy pozwalamy do tej naszej odrazy przedostać się zazdrości – podobnie jak to Kain uczynił względem Abla (zazdroszcząc mu przyjęcia ofiary przez Boga), Dawid – względem Uriasza (zazdroszcząc mu pięknej żony), faryzeusze – względem Chrystusa (zazdroszcząc Mu autentycznej miłości i wpływu na tłumy)… Ale też – masy społeczne w Niemczech w przededniu II Wojny Światowej – względem Żydów (zazdroszcząc im względnej zamożności), masy robotnicze w carskiej Rosji – względem arystokratów (zazdroszcząc im generalnie wszystkiego), rebelianci w trakcie Wielkiej Rewolucji Francuskiej – względem przedstawicieli monarchii oraz kleru i tak dalej. Co więcej – jestem bardziej niż pewien, że u źródeł współczesnej nienawiści skinheadów względem choćby homoseksualistów – tak samo leży głęboko ukryta przed samym sobą zazdrość i chęć dowartościowania samego siebie. Taka nienawiść, marząca o poniżaniu, uciszeniu, umniejszaniu, pobiciu czy zabijaniu, ciesząca się z niepowodzeń innych nawet w błahych sprawach – jest nienawiścią z piekła rodem, i powinniśmy jej za wszelką cenę unikać. Dosłownie za wszelką, bo cena, którą musimy zapłacić w związku z taką nienawiścią – znacząco przekracza wszystko, co jesteśmy w stanie sobie teraz wyobrazić. W historii właśnie taka, podszyta zawiścią nienawiść – powodowała wszystkie wojny, pojedyncze zbrodnie czy całe ludobójstwa. I względem takiej nienawiści – absolutnie się zgadzam – nie ma mowy o byciu tolerancyjnym.

Bądźmy więc miłosierni do siebie nawzajem, tak jak i nasz Ojciec jest miłosierny, bez względu na politykę. Szukajmy porozumienia. Bądźmy gotowi już z góry po tysięczny raz przebaczyć komuś opowiadanie się za legalizacją związków LGBT, a jeszcze komuś – przesadną dumę narodową. Wybaczajmy sobie nasze wzajemne przewinienia, bo „… gdzie rozpanoszył się grzech, jeszcze pełniej zatriumfowała łaska” (Rzy 5:20). Życzmy nawet naszym otwartym wrogom wszystkiego, co najlepsze, choć stójmy wytrwale i mężnie na skale Słowa Bożego. Szukajmy prawdy, zbliżajmy się całym sercem do Boga, by zamiast upodlenia – znaleźć pocieszenie, by zamiast obrzydzenia – znaleźć zachwyt, by zamiast permanentnego wkurzenia – znaleźć nieograniczoną radość. Bo w takim właśnie podejściu – sedno człowieczeństwa, miłość odwieczna i pełnia samego życia.

Szalom! :)