Myśl Poranka :)

Rano myśli mi się zdecydowanie najlepiej. Szczególnie tuż po przebudzeniu lub pod prysznicem :) No i wtedy właśnie rodzą się Myśli. Jedna goni drugą, jak fale na otwartym morzu. W większości przypadków nie mają one większego znaczenia - powstają, przebiegają przez umysł i giną gdzieś w przestworzach otwartej świadomości. Ale czasem któraś z nich jednak zabłyśnie bardziej, przyciągnie moją uwagę i odczuję gorącą potrzebę jej odnotowania.

Nie jest to zwykle nic odkrywczego. Jak to ujął Kohelet - "Nie ma nic nowego pod słońcem. [...] To, co było, jest teraz, a to, co będzie, już było"  (Koh. 1:9 i 3:15). I nie ma co się dziwić, że tak jest, albowiem "Wszystka mądrość od Pana pochodzi i jest z Nim przez wieki" (Syr 1:1).  Dlatego nawet nie próbuję traktować tych myśli jako własnych - a tym bardziej nie mogą one przecież stanowić mojej własności. Stąd pomysł na cykl towaryszący blogowi, w ramach którego czasem będę zapisywał po prostu krókie myśli o charakterze apologetycznym. Myśli, które sobie powstają czasem ni z gruszki ni z pietruszki o poranku :)



27.05.2021 r.

Myśl poranka: nigdy nie rozumiałem nihilizmu. Jeśli wszystko jest bez sensu, to po co w ogóle o tym mówić i kogokolwiek o tym przekonywać? :)


8.05.2021 r.

Przychodzę ostatnio do kościoła do spowiedzi, aż tu ksiądz daje naukę i mówi: „Oczywiście, chodzenie do spowiedzi jest ważne. Życie w czystości jest ważne. Ale co nam po tym, że cały czas będziemy unikać grzechu, spowiadać się i ostatecznie przyjdziemy do Pana Boga z czystymi rękami, jeśli będą one puste?”. Nic dodać, nic ująć…


18.04.2021 r.

Prawie wszyscy szukają możliwości znaleźć dobrą żonę lub dobrego męża dla siebie. I tylko nieliczni szukają możliwości zostać dobrym mężem lub dobrą żoną dla kogoś.

03.04.2021 r.

Ludzie, którzy szukają w religii jedynie pozytywnych doświadczeń, duchowego uniesienia oraz „poczucia obecności Boga” zapominają o tym, że ciągłe karmienie się smakołykami niechybnie prowadzi do zatrucia. Gdybym moje ulubione tiramisu jadł na śniadanie, obiad i kolację, to zapewne bardzo szybko przestałoby ono być moim ulubionym przysmakiem. Gdyby dzieci karmiły się tylko czekoladowymi cukierkami, zapewne dość szybko by się pochorowały. Podobnie jest z pokarmem dla duszy: chwile pocieszenia, przypominające zjadanie słodkości, mogą ustępować miejsca jedzeniu duchowego „suchara”, chleba praśnego, który choć dostarcza wartości odżywczych – to nie koniecznie jest źródłem przyjemności. I nie jest to przecież coś złego.

Nie warto przenosić hedonistyczne wzorce do życia duchowego.


01.01.2021 r.

Często-gęsto nazywamy dyskusją coś, co jest zwykłym przekazywaniem informacji. Odbywa się to według schematu: jedna osoba, która jest kompletnym ignorantem w temacie, rzuca jakieś mało-sensowne hasło. W odpowiedzi na to hasło przytaczamy garść informacji co do stanu faktycznego. Reagując na to, „inicjator dyskusji” z kolei zaznacza, że któż to tak naprawdę wie, jak jest, a w ogóle to każdy ma swoją prawdę… W tym momencie rozmowa się zazwyczaj urywa.

Otóż, moi drodzy, nie dyskutuje się z ignorantami. Im co najwyżej się przekazuje informacje – a co oni już z tą informacją zrobią lub nie zrobią – to jest ich odpowiedzialność. Moje doświadczenia pokazują, że zwykle informacje wsiąkają w umysł takiego ignoranta jak woda w piasek na pustyni. Ale nie ma co skreślać ludzi – trzeba cierpliwie głosić Ewangelię nadal, licząc na to, że z czasem Bóg potrafi przemienić nawet najsuchszy piasek w żyzną glebę. Nadziei nie wolno tracić nigdy :) Szalom!


10.12.2020 r.

Problemem współczesnych jest odrzucanie ofiarności w miłości. Składanie siebie w ofierze jest niemile widziane we współczesnej kulturze. Lecz miłość bez ofiary nie jest miłością. Co to za miłość, w ramach której tylko biorę, a nic z siebie nie daję? A jeśli już coś daję, to składam ofiarę – i nie dlatego, że muszę, tylko – bo chcę. Ile związków rozpadło się właśnie dlatego, że relacja miała służyć tylko zaspokajaniu osób zaangażowanych w te związki? Tymczasem nie znam ani jednego takiego związku, który by się rozpadł ze względu na to, że osoby w ten związek zaangażowane służyły sobie wzajemnie i z radością się poświęcały drugiemu. Dopóki więc siłą napędową jest prawdziwa, ofiarna miłość – to i związek będzie prawdziwy i trwały. A jeśli ktoś buduje na egoizmie – to i związek będzie tylko atrapą, która nie przetrwa próby czasu.


08.11.2020 r.

Konformista podobny jest do żołnierza, który widząc przeważające siły wroga w natarciu, zaczyna się zastanawiać, że skoro jest ich tak dużo, i wszyscy strzelają do nas, to może oni mają rację? Przecież nie bez powodu strzelają? Jeśli tak, to może powinienem się odwrócić i również palnąć w swoją stronę? Po czym się odwraca i oddaje strzał po swoich kompanach. Tak, na wszelki wypadek. Żeby nie wyszło, że jest się zbyt kategorycznym i fundamentalistycznym. Żeby się przypodobać wrogowi.

Kochani, konformizm jest dramatyczną formą zdrady: siebie, swojego otoczenia, swoich ideałów, Pana Boga. Nie dość, że po akcie konformizmu można się poczuć szmatką, ustawianą przez wiatr w dowolnym kierunku, to jeszcze niszczy on samo sedno jakiejkolwiek relacji, czyli zaufanie. Bycie konformistą na dłuższą metę nie przysporzy zaufania ani ze strony przyjaciół, ani ze strony wrogów.

Dlatego bądźmy wytrwali w oddaniu Prawdzie. I nie wahajmy się, nawet jeśli siły wroga zdają się być pod każdym względem przeważające. Bądźmy non-konformistami, nie ulegajmy negatywnemu wpływowi otoczenia.


11.10.2020 r.

Od chwili zobaczenia filmu „Milczenie” Martina Scorsese’a zastanawiałem się dlaczego nie wolno publicznie zarzekać się wiary w Jezusa? Przecież nikt nie powinien mieć pretensji do kogoś o to, że pod groźbą tortur lub utraty życia zrzeka się własnej wiary, choć w sercu pozostaje się przy tym wierzącym. Przecież życie jest najcenniejszym darem, a z kolei słowa – to „tylko” słowa. Zrozumiałem natomiast, że Bóg, który jest niematerialnym Duchem – nie ma innej opcji, prócz jak wyrażać się „tylko” w Słowie. Dlatego słowna zdrada Boga, nawet jeśli tylko na chwilę i z przymusu, jest tożsama ze zdradą małżonka w sposób fizyczny tylko na chwilę i z przymusu. Nie da się takiej zdrady uczynić nie godząc w samo sedno relacji miłosnej. Właśnie dlatego publiczne zaparcie się Boga jest pod każdym względem podobne do zdrady małżeńskiej. Nie każdy oczywiście jest gotów poświęcić swoje życie za wierność małżeńską, tak samo jak nie każdy jest gotów ofiarować życie za bycie wiernym Bogu. Ale w obu przypadkach pozostanie wiernym niewątpliwie będzie cnotą wartą najwyższej pochwały.


10.10.2020 r.

Jest dla mnie rzeczą zdumiewającą, że większość ludzi z dwóch podstawowych przykazań by miłować Boga całym sercem, całą duszą i całym umysłem jak też by miłować bliźniego jak siebie samego, słyszy przede wszystkim słowa „miłować” i „siebie samego”. Cała reszta jest w jakiś spektakularny sposób ignorowana, tak jakby nie miała większego znaczenia. Jeszcze miłość do bliźniego to ujdzie (no bo rodziców, dzieci czy drugie połówki jakoś tam jeszcze kochamy). Ale by miłować Boga? I to jeszcze z całych sił? Bez przesady, nie ma co popadać w skrajności. Natomiast takie wybiórcze stosowanie prawa jest podobne do tego, by dostrzegać tylko zielony sygnał na światłach, co nieco wiedzieć o żółtym, a zupełnie nie kojarzyć czerwonego. Dla chrześcijanina nie ma tutaj dwuznaczności: albo stosujemy te przekazania w całości, zwracając uwagę na pełne ich brzmienie, albo nie stosujemy je w ogóle. Podobnie jak sprawa ze światłami ma się dla kierowcy: albo się stosujemy do całej sygnalizacji świetlnej, albo nie powinno się nas po prostu nazywać kierowcami...

20.08.2020 r.

Jest rzeczą uderzającą, jak często we współczesnej kulturze masowej słowa „tolerancja” oraz „akceptacja” występują razem (np. po wpisaniu tych dwóch słów w Google ma się ponad 1 mln wyników...). Przecież tolerancja jest poszanowaniem odmiennego poglądu, ale równocześnie brakiem akceptacji dla niego, niezgadzanie się z nim. Akceptacja natomiast jest zgodzeniem się z jakimś poglądem. Tym samym powiedzieć „tolerować i akceptować” to mniej więcej to samo, co powiedzieć „nie zgadzać się i się zgadzać”. Przykładowo, kiedy ktoś mówi, że pewnej społecznej grupie należy się tolerancja i akceptacja, to jest to tożsame z mówieniem, że z postępowaniem tej grupy społecznej należy się nie zgodzić oraz się zgodzić. Równie dobrze możemy mówić, że należy kogoś unikać oraz nie unikać, kogoś nie kochać oraz kochać, czemuś się przeciwstawiać jak i temu ulegać…
Dlatego, drogi czytelniku lub czytelniczko, następnym razem jak usłyszysz od kogoś, że należy „tolerować i akceptować”, powiedz na próbę, że należy „nie zgadzać się i się zgadzać”. Zapewniam Cię, że wyraz twarzy współrozmówcy będzie w tym momencie bezcenny


13.06.2020 r.

Ludzie często dziś nie rozumieją, jak można równocześnie miłować i być sprawiedliwym. Przyjrzyjmy się jednak bliżej obydwu pojęciom. Otóż miłość definiujemy jako dążenie do dobra, a sprawiedliwość – jako oddanie komuś tego, co mu się należy. Wyobraźmy sobie na chwilę, że żyjemy w świecie nie rozróżniającym dobra i zła. Czy można w takiej sytuacji wciąż dążyć ku dobru? Niestety, w takim świecie staje się to niemożliwe. Tym samym rozróżnianie dobra i zła jest warunkiem koniecznym dla miłości. A więc bycie sprawiedliwym, poprawnie rozróżniającym dobro i zło oraz oddającym drugiemu to, co mu się należy – jest warunkiem koniecznym dla miłości.

Nie oznacza to jednak wcale, że na byciu sprawiedliwym można poprzestać. Sprawiedliwość bez miłości staje się tyranią, tak samo jak miłość bez sprawiedliwości – przeradza się w permisywizm. Sprawiedliwość i miłość muszą występować razem. „Po tym można rozpoznać dzieci Boże i dzieci diabła: każdy, kto nie postępuje sprawiedliwie i nie miłuje brata swego, ten nie pochodzi od Boga.” (1 Jana, 3:10). Nie łudźmy się więc: nie da się równocześnie być niesprawiedliwym lecz miłującym, albo sprawiedliwym i niemiłującym: dzieckiem Bożym jest się wtedy i tylko wtedy, gdy się jest wiernym obydwu tym cnotom równocześnie.

03.05.2020 r.

Ciekawe, że słowa "cierpienie" i "cierpliwość" mają ten sam rdzeń. Nie ma cierpliwości bez cierpienia. My nigdy nie cierpimy z powodu dostępu do tego, czego prawdziwie potrzebujemy. Cierpienie pojawia się zawsze wtedy, kiedy odczuwamy dotkliwy brak czegoś (zdrowia, poczucia bezpieczeństwa, sytości itd.). Cierpliwość jest jednak szczególnym rodzajem cierpienia, albowiem bazuje na nadziei (że zamysł się uda, że zdrowie powróci, że inny człowiek się odwróci od złego postępowania itd.). Dlatego cierpliwość jest przeciwieństwem cierpienia gniewnego, rozpaczliwego, pozbawionego nadziei. Cierpliwość jest oczekiwaniem, bazującym na wierze, że dobro ostatecznie pokona zło, że sprawiedliwość zostanie przywrócona, że staniemy w pełni chwały, że nagroda będzie naszą. Dlatego człowiek cierpliwy - choć w tym swoim oczekiwaniu cierpi - to jednak żyje pełnią życia i co istotne - pozostaje cały czas otwarty na miłość. Człowiek porywczy, zniecierpliwiony, unoszący się gniewem, albo popadający w rozpacz - nie ma wiary w te wszystkie dobre rzeczy, a przez to nie ma nadziei i zamiast miłości kieruje się oziębłością. Właśnie dlatego cierpliwość jest owocem Ducha Świętego - bo gdzie jest Bóg, tam wiara, nadzieja i miłość zawsze zradzają cierpliwość, jako naturalną cechę charakteru. Brak tych trzech niestety sprężony jest z utratą cierpliwości i zmienia człowieka z dobrotliwego i cierpliwego anioła we wściekającego się z byle powodu demona. Dlatego, kochani, brak cierpliwości w jakimkolwiek cierpieniu jest wiernym symptomem tego, że nie jesteśmy przepełnieni Duchem i nie żyjemy zgodnie z Jego zamysłem względem nas. Szukajmy więc Jego woli i ją pełnijmy - a cierpliwość nam zostanie w obfitości dodana.

13.01.2020 r.

Jednym z błędnych założeń dzisiejszych czasów jest to, że każdy ma swoją prawdę. Dlatego często-gęsto prowadzimy dyskusję w taki sposób, że bronimy "swojej" prawdy, albo atakujemy "czyjeś" rzekomo błędne twierdzenie. Ale czy jakiekolwiek prawdziwe twierdzenie, jak choćby takie, że 2+2=4 - może faktycznie do kogoś należeć? Prawda jest zewnętrzna, obiektywna, niezależna od człowieka, cokolwiek by o niej nie sądzić. Może być tak, że mamy zawężoną perspektywę, nie mamy kompletu informacji i inny wycinek rzeczywistości widzimy - ale wynika to z tego, że nie widzimy całego obrazu, a nie z tego, że "nasza prawda" jest inna. Moment, w którym całość obrazu staje się dostrzegalna - nagle wprowadza jasność co do tego, czym jest prawda. Dlatego dyskutujmy, proszę, jednak ze spokojem i rozwagą, bez wzajemnego obrażania się, będąc świadomym, że chodzi o proces nauki i poznania, a nie - o bitwę, w ramach której "moją prawdą" koniecznie trzeba kogoś jak nie zabić, to przynajmniej okaleczyć. I w drugą stronę - jeśli nie mam racji, to mam być gotowy to ze spokojem i rozwagą wyznać, a nie iść w zaparte, byle tylko udowodnić, że jednak "moja prawda" jest górą. W końcu pierwotnym założeniem dyskusji jest poznawanie Prawdy, a nie prowadzenie wojen! Szalom! :)

True_versus_truthpng

24.10.2019 r.

Myśl poranka: bardzo często mi ludzie mówią – musisz koniecznie poznać tę osobę, jest bardzo wierząca. Ale ja się pytam w tym momencie – od kiedy to kryterium wierzącego człowieka jest wystarczające by ocenić cokolwiek? Mnie interesuje, czy osoba w pełni zawierzyła swoje życie Chrystusowi! Mnie interesuje, czy Bóg prawdziwie odmienił jej życie. Bardzo jestem ciekaw, czy ta osoba uważa się za umarłą dla grzechu. Czy żyje pełnią radości? Czy szczyci się nadzieją? Czy trawi ją gorąca miłość do Boga – który jest prawdziwie na pierwszym miejscu w jej życiu? I nie interesuje mnie – doprawdy – jak często ona się modli, które modlitwy preferuje, jak często jest w kościele, z jaką częstotliwością chodzi do spowiedzi i tak dalej. Czy nie widzicie, że te zewnętrzne oznaki religijności w ogóle o niczym nie świadczą? Można „modlić się” nowenną pompejańską przez dziesiątki lat, a jak nie ma od Boga łaski odmieniającej w sercu – to to wszystko na nic. Można codziennie chodzić na Mszę Świętą, co tydzień być u spowiedzi, jeździć na tysiące pielgrzymek – a jak nie będzie daru Życia w sercu – to to wszystko na nic. Można iść nawet przez pół kuli ziemskiej na kolanach do Częstochowy, ale jak nie zaprze się przy tym samego siebie – to będzie tylko szkoda kolan. Poza tym pamiętajcie, moi drodzy, że „demony też wierzą i drżą.” (Jak 2:19). Ładne więc mi towarzystwo – dla wszystkich wyłącznie wierzących…

Dlatego bądźmy precyzyjni w określaniu, czy ktoś jest Chrystusowy, czy nie. Mówmy może, na przykład– czuję, że ta osoba jest prowadzona przez Ducha Świętego. Albo: sądzę, że ta osoba prawdziwie zawierzyła swoje życie Jezusowi… Bo to faktycznie da się wyczuć. Wcale tych osób na świecie tak dużo nie ma – a jak już, to pełnię życia w nich nie da się z niczym pomylić. Wiara bez Miłości jest niczym. I niech nas kwestia bycia wierzącym nigdy nie myli i nie zwodzi. Szalom! :)

11.08.2019 r.

Myśl poranka: ocena przydatności rzeczy w dużej mierze zależy od stopnia dojrzałości, która z kolei definiuje nasze bieżące potrzeby. Przykładowo, moja dwuletnia córka nie jest w stanie w tej chwili wyobrazić sobie życie bez smoczka. I choć go już stopniowo ograniczamy, to jednak zaśnięcie bez smoczka póki co przerasta jej możliwości. Gdybym to ja miał skorzystać ze smoka przed zaśnięciem - to pewnie bym się zmęczył i zamiast zasnąć - tylko się rozzłościł.

Podobnie jest w świecie duchowym. Uganiamy się za większymi zarobkami, lepszymi wykształceniami, posadami, tytułami a nawet mocniejszą wiarą - i wielu innymi rzeczami, bez których trudno nam jest sobie wyobrazić nasze życie. Koniecznie musimy mieć to i owo, gromadzimy rzeczy, wiedzę, relacje, doświadczenia duchowe - bo nawet nam przez myśl nie przejdzie, że może być inaczej. Aż przychodzi moment w życiu, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że to wszystko - nie tyle jest zbędne, co wręcz przeszkadza... „Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, myślałem jak dziecko, rozumowałem jak dziecko. Gdy stałem się dojrzałym człowiekiem, pozbyłem się cech dziecinnych. Teraz widzimy niejasno jak w zwierciadle, potem zobaczymy bezpośrednio - twarzą w twarz. Teraz poznaję częściowo, potem poznam [całkowicie], tak jak sam jestem poznany. Teraz ważne są trzy rzeczy: wiara, nadzieja, miłość. A z nich największa jest miłość.” (1 Kor 13:11-13). Wiara, nadzieja i miłość - moim smokiem na teraz? No cóż innego mi pozostaje. Jednak wierzę, że przyjdzie taki moment, kiedy i wiary z nadzieją już nie będę potrzebować. Moment, kiedy zostanie mi tylko czysta miłość, którą zasmakuję w pełni, bez domieszki niedojrzałości w ustach...


20.04.2019 r.

Ostatnio się zorientowałem, że zaufanie Bogu wymaga odwagi. Bycie sprawiedliwym, postępowanie zgodnie z Prawdą, ponoszenie odpowiedzialności za własne życie przed Bogiem – wymaga męstwa. Patrzenie ludziom w oczy, bycie przykładem dla własnych dzieci oraz innych, niesienie godnie swojego cierpienia – wymaga hartu ducha. Dlatego wiara w Boga i podążanie za Nim nie jest dla tchórzliwych, wystraszonych, żyjących w strachu. Ktoś spyta – to jak się tego strachu pozbyć? Odpowiedź brzmi - wystarczy prawdziwie zaufać Bogu. A jak prawdziwie można zaufać? Wystarczy Go prawdziwie pokochać. A jak Go prawdziwie pokochać? Wystarczy przestać polegać na sobie, poskromić swoją pychę, zaniechać zbawiania siebie samego poprzez bilans dobrych i złych uczynków oraz prawdziwie dostrzec Jego obecność w swoim życiu. Dlatego właśnie „W miłości nie ma bojaźni, lecz doskonała miłość usuwa bojaźń, ponieważ bojaźń powstaje z powodu kary, a kto się boi, nie kocha doskonale” (1 J, 4:18).

18.04.2019 r.

Dziś rano schodziłem cały hiperpermarket w poszukiwaniu baranka paschalnego na stół. I muszę powiedzieć, że jest coś symbolicznego w tym, jak króliczki, kurczęta oraz kolorowe jajka na tle zielonej trawki wypierają z przestrzeni handlowej bardziej tradycyjne baranki. Te ostatnie jeśli nawet się pojawiają – to w postaci pluszaków. Ewentualnie – mini-czekoladek. Zero produktów wskazujących na poświęcenie, ofiarę czy choćby trochę przypominających o cierpieniu. Ma być miło i przyjemnie.

Zauważone zjawisko nie dotyczy też wyłącznie strefy handlu. Wystarczy sobie wpisać w wyszukiwarce grafik w Google hasło „Wielkanoc”, by się zorientować, że prawdziwego znaczenia tych Świąt czy też wydarzeń, które leżą u ich podstaw – chyba wolimy specjalnie nie rozpamiętywać.

Żeby nie było – nie mam pretensji. Stwierdzam tylko fakt. Dla kogoś ten fakt w odbiorze będzie smutny, dla kogoś – obojętny, dla kogoś – radosny. Nie o to mi chodzi, by rozstrzygać, jak powinniśmy na takie zjawisko reagować. Tak się jednak tylko zastanawiam - czy oby na pewno jest sens utrzymywania tego Święta na poziomie ustawowym? Czy można ustawą nakazać komuś by zaczął kochać?..

Oczywiście to jest pytanie retoryczne. Baranka w końcu kupiłem – i to nic, że czekoladowego. Nie ma to istotnego znaczenia. Ważna jest radość pełna, której z utęsknieniem wypatruję i już nie mogę się doczekać! Dlatego, kochani – przy tej okazji prawdziwie radosnych Świąt nam wszystkim życzę! :)

24.03.2019 r.

Myśl poranka: istnieje sporo ludzi, którzy uzasadniają współczesną gospodarczą działalność człowieka słowami Boga z Księgi Rodzaju: „Płodni bądźcie i mnóżcie się; napełniajcie ziemię i ujarzmiajcie ją. Władajcie rybami morza i ptactwem nieba, i wszelkim zwierzęciem, ruszającym się na ziemi” (Rdz 1:28). Zapominają przy tym o jednej bardzo istotnej okoliczności: mianowicie słowa te zostały skierowane do człowieka przed jego upadkiem moralnym; dotyczyły one ludzi doskonale sprawiedliwych, wolnych, niewinnych oraz świata, w którym Bóg widział, że „wszystko, co uczynił, jest bardzo dobre” (Rdz 1:31). To, co zostało powiedziane człowiekowi po grzechu pierworodnym ma już zupełnie inny wydźwięk: pierwsze błogosławieństwo dotyczące ujarzmiania ziemi zamienia się w przekleństwo ziemi z naszej winy; z panów tej ziemi zamieniamy się w niewolników grzechu, zdobywających w znoju pokarm po wszystkie dni swego życia, spożywających w pocie czoła chleb swój (Rdz 3:17-19). Dlatego przymierzanie na siebie w tej chwili pierwotnego błogosławieństwa jest absolutnie nie na miejscu; a już tym bardziej nie jest na miejscu uzasadnianie tymi słowami swojej pazerności i pożądliwości biznesowej, chciwości pieniędzy, niszczenia środowiska naturalnego bez namysłu czy wykańczania planety w odruchu niepohamowanego konsumpcjonizmu. W ślad za S.C. Lewisem powiem, że nie jestem w tej chwili godzien tego, by rządzić kurnikiem (C.S. Lewis, Równość), a co dopiero – by panować nad całą ziemią i wszystkimi zwierzętami. Dlatego, na litość boską, przestańmy tak bezmyślnie szafować słowami Boga! Odrobina skromności w życiu jeszcze nikomu nie zaszkodziła.


12.12.2018 r.

Pewnego razu po powrocie do domu, gdy wysiedliśmy z dziećmi z samochodu, musiałem też zanieść do mieszkania zakupy. Średnia córka - wówczas czterolatka - patrząc na moje zmagania z ciężarem, zaproponowała mi pomoc z jedną najlżejszą siateczką. Byłem z niej w tym momencie bardzo dumny. Poza tym ta pomoc była realna - zawsze to jedna siatka mniej! Wręczyłem jej z podziękowaniem siateczkę, którą ona przez parę kroków nawet dzielnie i z poważnym wyrazem twarzy dźwigała. Po czym stwierdziła, że jest jej ciężko i z takim samym poważnym wyrazem twarzy poprosiła się do mnie na ręce. Przez chwilę patrzyłem na nią nie mogąc powstrzymać uśmiechu :) Po czym przełożyłem wszystkie moje siatki do jednej ręki, dźwignąłem córkę trzymającą cały czas swoją siateczkę - na drugą rękę, no i w ten sposób pokonaliśmy dzielnie resztę drogi z parkingu. Jakież było moje zdziwienie, spotęgowane dodatkowo przez występujący już brak tchu, gdy zaraz po przekroczeniu progu mieszkania - córka tak samo dzielnie oznajmiła mamie, że oto ona właśnie pomogła tacie przynieść z auta zakupy!

Oczywiście, śmialiśmy się z żoną potem długo. Jednak nie byłbym sobą, gdybym w tym momencie nie wyciągnął z tej historii wniosku teologicznego. A wniosek, kochani, jest taki: gdy Jezus zaprasza nas wziąć swój krzyż i iść za Nim, to tak naprawdę wręcza nam właśnie taką małą siateczkę do niesienia. Gdy cały czas biadolimy potem, że już nie dajemy rady, bierze nas na ramiona z tą właśnie siateczką w naszych dłoniach, i niesie nas do domu Ojca. A my w tym czasie z poważną miną myślimy, że Jemu faktycznie pomagamy... :))


06.11.2018 r.

Myśl poranka: jak to jest być chrześcijaninem? Nie ma co ukrywać - łatwo nie jest.

Po pierwsze, nie mam stuprocentowej wiedzy. Przez to - skazany jestem na błędne wybory, upadki, zranienia. Ale mam pewną Wiarę.

Po drugie, nie mam stuprocentowej pewności. Przez to prześladują mnie wątpliwości, strach i niepokój. Ale szczycę się pełnią Nadziei.

Po trzecie, nie jestem jeszcze w stu procentach pełen radości. Przez to nie jestem idealnie kochający dla otoczenia, często zawodzę, nie starcza mi sił i cierpliwości. Ale odkryłem doskonałą Miłość. Głęboko na dnie mojego ducha, u samego początku źródła mojego życia - ta Miłość jest, kiełkuje i rośnie; aż przyjdzie moment, gdy wypełni sobą mnie całego i strawi bez reszty mój nędzny egoizm.

I właśnie dlatego - nie mam więcej nic do powiedzenia poza jedynym: dziękuję.

Chwała Panu! :)


22.10.2018 r.

Dużym błędem w rozmyślaniu o wolności jest odarcie jej z miłości. Wolność bez miłości jest jak woda bez naczynia: rozlewa się, przecieka między palcami, jest pozbawiona uporządkowania i sensu: jest, ale niczemu specjalnemu nie służy i nie da się z niej efektywnie skorzystać przy budowaniu stosunków społecznych. Wolność bez miłości degraduje do permisywizmu. Dopiero troska o dobro swoje, bliźniego jak i całej wspólnoty – zwana też miłością – prowadzi nas ku poznaniu wolności jako czegoś, co ma sens.


28.09.2018 r.

Mamy problem ze zrozumieniem, że wolność, jak samo słowo wskazuje, zakłada poruszanie się w obrębie tego, co nam w ogóle wolno. Ciekawe też, że w momencie, gdy wchodzimy na teren grzechu, czyli zaczynamy czynić to, co nam czynić nie wolno, mówimy wtedy o popadnięciu w niewolę grzechu. Innymi słowy wolność z pewnością przewiduje posłuszeństwo; podczas gdy wykroczenie przeciwko prawu bożemu automatycznie zakłada zniewolenie. Człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy aktem własnej, niezmuszonej woli decyduje się na pozostanie w obszarze tego, co wolno.

Oczywiście, podobnie jak Wy, mam w tym momencie mocny odruch sprzeciwu wobec tak postawionej sprawy wolności. Dlaczego w ogóle powinniśmy pozostawać w obszarze tego, co wolno? Co to za dyktatura, która obiecuje życie w radości i w miłości tylko pod warunkiem posłuszeństwa? Pytania te nie są banalne i zdaje się, że po raz pierwszy z rodzaju ludzkiego zadali je sobie właśnie Ewa z Adamem w Edenie. To, czego nasi prarodzice wtedy nie rozumieli, to fakt, że konsekwencją grzechu zawsze jest szkoda dla tego, kto go popełnia jak i dla otoczenia – do tego stopnia, że prowadzi wręcz do uśmiercania człowieka, „zapłatę bowiem za grzech stanowi śmierć, darem zaś Boga jest życie wieczne w Chrystusie Panu naszym” (Rz 6:23). Z tego punktu widzenia gdy ktoś postanawia włożyć palec do kontaktu mimo, że mu tego czynić nie wolno – nie powinien mieć jednak pretensje do innych za to, że mu na to zabraniali, nieprawdaż? Przecież w takiej sytuacji chodzi tylko i wyłącznie o to, by dla siebie samego wybrać wolę lub niewolę, życie albo śmierć… Tylko i aż tyle. Pytanie więc – czy naszej własnej wolnej woli stać na to, by wybrać w tym wypadku właściwie?


23.09.2018 r.
Kryzys wiary i upadek dotyka każdego. Judasz zdradził, ale i Piotr zdradził. Ten drugi - gorzko się wypłakał i został kamieniem narożnym Kościoła. Judasz - poszedł i się powiesił. Różnica wynika z akceptacji własnej niedoskonałości. Piotr ją przyjął z pokorą. Judasz - w swej pysze nie mógł jej znieść. Nagrodą za pokorę jest twarda wiara i nadzieja, przepełniona miłością, które razem składają się na życie pełne (czyli wieczne). Nagrodą za pychę jest rozpacz i następująca po niej śmierć.

20.09.2018 r.
Mówienie, że się woli modlić wyłącznie swoimi słowami, przypomina mówienie, że się woli czytać wyłącznie napisane przez siebie książki. W obu przypadkach rezygnuje się z całej mądrości, zawartej w dziełach innych autorów.

28.08.2018 r.

Ateiści często powołują się na zbrodnie, grzechy i niegodziwości opisane na łamach Pisma Świętego, zwłaszcza w Starym Testamencie, by dyskredytować zarówno Pismo Święte jak i samą wiarę w Boga, jako okrutnego, niesprawiedliwego, nieodpowiadającego współczesnym cywilizowanym wyobrażeniom o standardach moralnych i tak dalej. Chyba najbardziej wyrazistym podsumowaniem w tym zakresie może być cytat słynnego ateisty Richarda Dawkinsa z jego „Boga urojonego” o tym, że „Bóg Starego Testamentu to chyba jeden z najmniej sympatycznych bohaterów literackich...”. Z poczucia przyzwoitości nie będę przytaczał całego cytatu ze wszystkimi wyzwiskami, którymi szanowny naukowiec raczył dalej obdarzyć Boga (szczególnie dociekliwych odsyłam do linku – chociaż uprzedzam, że czynicie to na własne ryzyko).

Pomijając fakt wątpliwej jakości argumentacji, którą trudno uznać za przyzwoitą, a co dopiero za przystającą do światowej klasy naukowca, mam tylko jedno spostrzeżenie w tym temacie. Otóż owe wyobrażenie dziejów zarówno osobnych postaci jak i całych narodów, opisanych w Biblii, jako odpowiadających charakterowi Boga, przypomina mi próbę wnioskowania o charakterze producenta narzędzi na podstawie opisu charakterów poszczególnych przestępców, którzy te narzędzia wykorzystali do celów popełnionej zbrodni. Równie dobrze możemy wnosić o charakterze producenta samochodu na podstawie charakteru przekraczającego prędkość przy użyciu tego samochodu kierowcy; charakteru producenta patelni, na podstawie charakteru kobiety, ogrzewającej przy jej pomocy głowę męża i tak dalej. Przecież prawie każda rzecz czy substancja może stać się narzędziem zabójstwa: mało kto wie, ale również wypicie 6 litrów zwykłej wody z kranu na raz stanowi dla człowieka śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy to oznacza, że dostawca wody powinien ponosić za taki czyn odpowiedzialność? Analogicznie Bóg, jako „producent” naszej wolnej woli – nie może odpowiadać za jej nieprawidłowe użycie!

Inna sprawa, o której nie sposób tutaj nie wspomnieć, jest domniemanie jakichś – jedynie ateistom samym znanych – standardów, które Pismo Święte, wspólnota wiernych oraz sam Bóg powinni łącznie spełniać. Każdy upadek kogoś, kto należy do Kościoła, każdy występek kleru, każdy akt terrorystyczny z imieniem Boga na ustach – jest bezlitośnie wykorzystywany by pokazać, jak hipokryzyjną i niesprawiedliwą jest wiara w Boga z Nim na czele. Pytanie, które jednak nie mogę w tym miejscu nie zadać, brzmi – na jakiej podstawie takie domniemanie się przyjmuje? Kto w ogóle stwierdził, że droga całego Kościoła jak i poszczególnych jego członków ku zbawieniu powinna być wolna od upadków, błędów, cierpienia i niedoskonałości? Na pewno nie jest tym kimś Bóg, który właśnie nie przyszedł po to, „aby świat potępić, ale go zbawić”. A przecież nie zbawia się czegoś, co jest doskonałe i wolne od braków, nieprawdaż?


20.08.2018 r.

Czy zwracaliście kiedykolwiek uwagę, jak promienie słońca, wpadając przez okno wydawałoby się dopiero co posprzątanego mieszkania, wychwytują na podłodze lub innych powierzchniach wcześniej niewidoczne dla oka kurz, drobne ziarenka piasku, tłuste plamki, włoski i inne podobne, niechciane elementy wnętrza? Nie zdąży człowiek „spocząć na laurach” swojego wysiłku, nie zdąży nacieszyć się urządzoną przez siebie czystością i kontrolą nad sytuacją, aż tu nagle słoneczny intruz nam dobitnie udowadnia, że wkoło wcale nie jest tak czysto, jak to sobie wyobrażaliśmy. Jaka jest wtedy Wasza pierwsza emocja? Gniew? Rozczarowanie? Zdziwienie? Udawana obojętność? Chęć wyjścia z pomieszczenia lub zasłonięcia okna?..

Myślę, że właśnie tak samo będziemy się czuć, gdy nasza dusza stanie w jasnym świetle Boga. Coś, co wydawałoby się być pod kontrolą, posprzątanym i takim zwykłym, miłym sercu, czymś, do czego zdążyliśmy się przez całe życie idealnie przyzwyczaić, nagle może się okazać (i z pewnością się okaże) pełne niedoskonałości, niedociągnięć i braków w pełni światła Bożej Prawdy o nas samych. Albowiem nasze wyobrażenia o sobie i to, kim prawdziwie jesteśmy – prawie zawsze się mijają. Gdyby tak nie było, to skąd brałyby się te nagłe wybuchy złości, frustracji, wulgaryzmów, płytkich kłamstewek, uczuć wyższości i innych zachowań, większości z których potem zdecydowanie żałujemy? Kim naprawdę jesteśmy, skoro potrafimy siebie samych niejednokrotnie tak niemile zaskoczyć?

Drodzy, nie łudźmy się: do ideału każdemu z nas bardzo daleko. I im prędzej ten fakt zaakceptujemy, tym szybciej przestaniemy się wpatrywać w podłogę i inne pobrudzone powierzchnie naszej duszy, zamiast wejrzeć w końcu przez jej okno na wspaniały, prawdziwie realny duchowy świat, zalany blaskiem jakby porannego słońca…


18.05.2018 r.

Szalom. Rozmyślałem ostatnio o tym, że bardzo lubimy narzekać. Przyczyną narzekania jest niezadowolenie. Natomiast niezadowolenie najczęściej cechuje brak spełnienia oczekiwań przy zestawieniu wymyślonej (a więc i nieprawdziwej) rzeczywistości względem rzeczywistości faktycznej (prawdziwej), gdzie ta druga z założenia znajduje się na przegranej pozycji. Przykładowo, wracając do domu po ciężkim dniu pracy, wyobrażam sobie kolację przy uprzątniętym stole, w towarzystwie uśmiechniętej żony i radosnych dzieciaków. Natomiast zastana rzeczywistość jest zgoła odmienną: zmęczona żona, która sama szuka pocieszenia, wrzeszczące dzieci i daleki od uprzątnięcia stół. Oraz, oczywiście, brak widoków na kolację w rozsądnym terminie. Idąc do kościoła, wyobrażam sobie, jak się cudownie pomodlę, jaką wspaniałą usłyszę homilię i tak dalej. A tu nagle sąsiedztwo w ławce permanentnie przeszkadza w skupieniu, a ksiądz nagle postanawia zamiast głębokiego i przemyślanego kazania zaserwować sprawozdanie finansowe parafii. Albo zaczyna pouczać wiernych w kościele o konieczności chodzenia do kościoła i schodzi na tematy polityczne. Żenada. Przykłady można mnożyć. Cały czas narzekamy i sądzimy, że powinno być jakoś inaczej – tak, jak to sobie sami wymyśliliśmy.

W związku z powyższym można wnioskować, że nasze permanentne narzekanie bierze się z ciągłego wymyślania, jakimi rzeczy, ludzie lub sprawy mają być, zamiast przyjmowania ich takimi, jakimi są. Przez to wymyślanie – skazujemy się na ciągłe nieprzyjmowanie i negowanie rzeczywistości. Zastanówmy się, zatem, co jest przyczyną chęci wymyślania alternatywnej rzeczywistości? Czy jest nią głęboko ukryta w człowieku tęsknota za Bogiem, za rajem utraconym? To by było jakimś rodzajem usprawiedliwienia… Czy będzie nią raczej chęć naprawy i stworzenia świata na nowo w wyniku uzurpacji kompetencji Boga w obszarze stwarzania i zbawiania świata? Możliwe. Jak by tam nie było – cały czas tworzymy świat wedle własnych wyobrażeń i cały czas jesteśmy niezadowoleni. Jedynym sposobem na zrzucenie z siebie pęt niezadowolenia wydaje się być zaprzestanie odgrywania roli Boga.

To dlatego „… Jezus powiedział: - Pozwólcie dzieciom przyjść do Mnie i nie powstrzymujcie ich, bo do takich [jak one] należy królestwo niebieskie” (Mt 19:14). Dzieci nie zaprzątają sobie głowy tym, jak być powinno, lecz akceptują świat takim, jakim on jest, co im otwiera szeroką drogę ku radości. Przestańmy, więc, zatruwać się nawzajem ciągłym narzekaniem. Doprawdy warto spróbować dostrzec pozytywne cechy w każdym człowieku lub elemencie naszego otoczenia, przestać doszukiwać się w nich wyłącznie wad i zaprzestać prób ciągłego tworzenia i zbawiania Wszechświata. Przypominam, że on już jest stworzony i zbawiony. Warto pamiętać, że ku szczęściu niczego, poza naszą akceptacją rzeczywistości, nie potrzeba.

Przez powyższe nie neguję twórczości i potrzeby pracy człowieka. Nie popadajmy znowu w skrajność. Nawołuję jedynie do aktu pokory względem własnego miejsca we Wszechświecie.

Bogu niech będzie dzięki za wszystko, co nam dał. Chwała niech będzie Jemu za trud aktu stwarzania oraz za cierpienie związane z naszym zbawieniem.

Życzę wszystkim radosnego i udanego dnia :)


26.04.2018 r.

Po dłuższej przerwie nadchodzi myśl poranka (pomimo, że wieczorem ;) ). Otóż przy okazji wieczornego zmywania podłóg, olśniło mnie, że prawdziwa wolność polega nie na tym, że się czyni to, co się chce, lecz że się nie chce tego, czego się nie czyni. Ktoś powie: no dobrze, ale taki warunek działa w obie strony: albowiem można nie chcieć czynić zarówno zło jak i dobro. Pytanie jednak, na ile brak chęci czynienia dobra jest stanem prawdziwie pożądanym? Jeśli zaprzestajemy dążyć ku dobru, to obiektywnie mu zaprzeczamy, a zaprzeczenie dobra jest złem. W związku z powyższym brak chęci czynienia dobra jest tożsamy z chęcią czynienia zła, a więc jest tożsamy z chęcią robienia tego, czego raczej byśmy nie chcieli robić, czyli jest wewnętrznie sprzeczny.

Obiektywnie trzeba wskazać, że religie wschodu proponują w tym momencie alternatywę w postaci zachęty do wygaśnięcia cierpienia poprzez całkowite zaniechanie własnego „ja” i zaprzestanie dążenia ku czemukolwiek. Jednak dla mnie osiągnięcie stanu nirwany jest podobne do zostania kamieniem, w którym nie ma życia. Istota żywa tym się różni od rzeczy martwej, że ma określony wewnętrznie wektor rozwoju. Przykładowo, na poziomie biologicznym dążymy co najmniej do przekazania własnego DNA potomkom. Na poziomie duchowym dążymy chociażby ku wolności – i ta tęsknota stale się w naszym wnętrzu odzywa. Czy naprawdę można przestać dążyć ku czemukolwiek będąc żywym? Z powyższego względu odrzucam propozycję buddyzmu w zakresie nirwany jako logicznie sprzeczną. Zbytnio sobie cenię dar własnego życia i wolności, by je świadomie poddać procesowi anihilacji i zamiany w nicość. Według mnie dążenie ku nirwanie jest jedynie ucieczką przed zmierzeniem się z faktem własnego życia.

W związku z powyższym wolność odnajduję tylko w dążeniu ku dobru i braku chęci czynienia zła (rozumianego szeroko – również jako nieczynienia dobra). Dopóki żyję i poszukuję dobra – jestem wolny. We wszystkich pozostałych sytuacjach – popadam w niewolę zła, w chrześcijaństwie zwanego również grzechem, zapłatą za który jest… śmierć. Zobaczcie, jakie to jest niesamowite. Okazuje się, bowiem, że przy pomocy prostego rozumowania połączonego ze zdroworozsądkową intuicją w trakcie mycia podłogi można dojść do tego samego wniosku, do którego doszedł św. Paweł w Liście do Rzymian aktem wiary (vide Rz 6:23).

Chwała Panu! :)


25.03.2018 r.

Polski satyryk Jan Sztaudynger swego czasu napisał: „Tam, gdzie rządzą moje żądze, tam, niestety, ja nie rządzę”. Ten aforyzm idealnie rozstrzyga o problemie wolności w postępowaniu człowieka.

Jak każdy człowiek, posiadam umysł i zmysły. Nie mniej o moim człowieczeństwie stanowi ten pierwszy, bo tylko w nim jest zawarta wolna wola. Zmysły działają na poziomie instynktów, chwilowych zachcianek, uwarunkowanych biochemicznie emocji – i nie posiadają wolnej woli. Dlatego jeśli świadomie oddam władzę, którą jako istota posiadająca wolną wolę mam w ramach umysłu – moim zmysłom, wtedy pozwalam tym zmysłom pozbawić mój umysł wolności, czyli pozwalam się zniewolić.

Oczywiście, w procesie przekazania władzy zmysłom przez umysł – jakiekolwiek znaczenie ma tylko ten drugi. Tak samo jak przekazanie władzy abdykującego króla swojemu następcy – jest w całości zależne od woli tego króla i to ten król ponosi pełnię odpowiedzialności za to, komu tę władzę ostatecznie powierza. Skoro, więc, pozwalam przejąć tę władzę komuś, kto następnie zaprowadzi w całym królestwie tyranię – to całą sytuację można porównać z dobrowolnym udaniem się do więzienia. Przykładowo, oddając się zdradzie małżeńskiej późnym popołudniem co piątek przez weekendem lub przy okazji kolejnej delegacji (a znam kilka takich przypadków w moim otoczeniu) – postępowałbym tak, jakbym co piątek przed weekendem lub w delegacji w istocie sam siebie wtrącał do więzienia. Dobrowolnie i z rozkoszą!

Jasne, że ostatecznie w starciu umysł versus zmysły liczy się bilans zysków i strat. Jeśli chwilowa korzyść z upojenia się rozkoszą cielesną wydaje się przewyższać korzyść wynikającą z wierności małżeńskiej – los człowieka staje się przesądzony. Jednak pamiętajmy, że taka zasada jest czystym hedonizmem. Można spowiadać hedonizm we własnym życiu – tylko co mamy na końcu takiego postępowania poza wypełnioną po brzegi beczką cuchnącej rozpaczą bezcelowości?

No bo jaki jest cel – bez wyraźnego na to powodu – świadomego więzienia samego siebie? Ktoś w tej chwili może powiedzieć – przecież to jest sprawa tylko tego człowieka. I tu właśnie popełni wielki błąd! Nieprawdą jest, bowiem, że moje życie należy tylko do mnie. Moje życie należy też do mojego Stwórcy, moich dzieci, mojej żony, do moich partnerów biznesowych, do moich przyjaciół, rodziców, kontrahentów – do wszystkich, kto ode mnie oczekuje celowości w działaniu, pracy konstruktywnej, twórczej, przesiąkniętej poczuciem odpowiedzialności i wnoszącej dobro w ich życie. Człowiek tworzący dobro tylko od poniedziałku do piątkowego przedpołudnia, topiący resztę czasu w smrodzie alkoholowym – w niczym nie różni się od człowieka, który co weekend dobrowolnie zamyka się we więzieniu, negując tym samym samego siebie.

Oczywiście, nie nawołuję tym samym do pracoholizmu czy perfekcjonizmu. Nie twierdzę też, że należy sobie odmawiać jakiejkolwiek przyjemności. W życiu powinien być czas zarówno na żmudną pracę w pocie czoła jak i na radosną kontemplację; czas na wypełnienie stresujących obowiązków i czas na spacer na łonie natury; czas na pracę w miłości jak i czas na przeżywanie tej miłości. Chodzi tylko o to, by nie oddać prawdziwej wolności – która polega na oddaniu dobru – zniewoleniu i nałogom folgujących tylko naszym zmysłom. Nie można podmienić prawdziwego życia atrapą i udawać, że nic się nie dzieje. Stawką w tej grze jest samo życie.


24.03.2018 r.

Dziś nie tyle poranne przemyślenie, co poranna obserwacja. Otóż siadłem rano przed komputerem, by przejrzeć wiadomości. Wśród nich była informacja o wczorajszym tak zwanym czarnym piątku w Polsce. Mój 6-letni synek, zaglądając mi przez ramię do monitora i patrząc na wymowne zdjęcie kilku kobiet ubranych na czarno z białym transparentem, zapytał, o co chodzi. Wyjaśniłem mu, że to jest demonstracja kobiet, które walczą o prawo do aborcji. Zapytał, co to jest aborcja. Wyjaśniłem mu, że kiedy kobieta zachodzi w ciąże i w brzuszku już ma takiego bardzo małego dzidziusia, to czasem może chcieć go z brzuszka usunąć. „I co potem z nim się dzieje?” – zapytał w tym momencie synek. „Umiera” – odpowiedziałem.

Synek popatrzył na mnie przez chwilę z niedowierzaniem, następnie się skrzywił i prawie się popłakał, podobnie jak i ja, patrząc na jego naturalną i tak niewinną jeszcze reakcję. Musiałem go przytulić i uspokoić, chociaż nie ukrywam, sam bardziej tego przytulenia w tej chwili potrzebowałem.

I tyle, moi drodzy, tytułem stosunku doskonałej sprawiedliwości do kwestii aborcji.

09.03.2018 r.

Myśl poranka: rozmawiałem wczoraj z 6-letnim synkiem, który w pewnym momencie zapytał, co to znaczy „święcić”. Musiałem się przez chwilę zastanowić. Zgodnie z wyjaśnieniem Słownika Języka Polskiego, „ święcić” ma dwa znaczenia: pierwsze to „nadawać czemuś charakter sakralny, kropić wodą święconą”; drugie to „obchodzić święto”. Lecz co to znaczy nadawać czemuś charakter sakralny? Kropić wodą święconą? Świętować? Każda z tych czynności wymaga dalszej definicji, a jej sens nie jest wcale taki oczywisty dla przeciętnego zjadacza chleba.

Odruchowo po pierwszym namyśle odpowiedziałem, że „święcić” oznacza to samo, co „oddawać coś Bogu”. W istocie, święcenie kojarzy mi się przede wszystkim z obrządkiem „poświęcenia”. W tym kontekście nie jest wcale przypadkowym fakt, że słowo „poświęcenie” z kolei oznacza „ofiarę, wyrzeczenie się czegoś”. Innymi słowy, kiedy my coś „święcimy”, to tak naprawdę to coś „poświęcamy”, czyli – „ofiarowujemy Bogu”. A czym że jest ofiara, jak nie symbolicznym oddaniem Bogu obiektu poświęcenia?

Pamiętać trzeba, że to „oddanie” czegokolwiek Bogu ma znaczenie przede wszystkim dla nas, albowiem jeśli wierzymy w Boga, stworzyciela nieba i ziemi, to zgadzamy się przecież z tym, że jest On Panem, do którego wszystko należy – bez względu na to, co my sobie na temat tej własności na co dzień wyobrażamy. Ofiarowywanie czegoś Bogu przypomina więc sytuację, kiedy małe dziecko bierze od rodzica pieniądze w celu zakupu temu rodzicowi prezentu. To nie kwota pieniędzy, ani prezent są w takim przypadku ważne, lecz odruch serca i gest, sprowadzający się ku stwierdzeniu, że rodzic jest przez to dziecko prawdziwie kochany. Innymi słowy ofiara jest aktem miłości; powiedzeniem innej osobie, że ofiarującemu zależy na niej nawet bardziej, niż na sobie.

Jak już przypomnieliśmy sobie pierwotne znaczenie słów i pojęć, wróćmy teraz myślami do czynności, które są związane ze święceniem, a które w naszej zbiorowej świadomości zdążyły już spowszechnieć, stracić pierwotny sens. Przykładowo: ochrzczenie dziecka lub osoby dorosłej, pokropienie budynku, święcenia kapłańskie, ślub. Ale też obchodzenie jakiegoś święta, aktywny wypoczynek, twórczość w imię Boga… Widzicie teraz? „Święcenie” w tych wszystkich przypadkach jest tylko przejawem miłości, gestem przekazania Bogu tego, co i tak do Niego należy. Przez takie „święcenie” mówimy przede wszystkim: Panie, kochamy Cię tak mocno, że stwierdzamy, że te osoby lub przedmioty, stanowiące dla nas największą wartość w życiu – należą do Ciebie. Tylko i aż tyle.

Gesty oddania nie są jednak najważniejsze: Bóg jest bowiem tym, kto „chce raczej miłosierdzia niż ofiary” (Mt 12, 1-7). Innymi słowy – to naśladowanie Boga w byciu miłosiernym jest prawdziwie ważne; przynoszenie ofiar / świętowanie / święcenie, jako symboliczne działanie, ma drugorzędne znaczenie. Chodzi o zmianę serca i dogłębnych motywów, a nie o składanie ofiar. Ofiara bez miłości jest tylko parodią, nie mającą dla Boga znaczenia. Lecz zrozumienie definicji miłosierdzia to już temat na zupełnie inne rozmyślania… :)


18.02.2018 r.

Wbrew powszechnemu mniemaniu, pierwotnym znaczeniem słowa „wiara” w chrześcijaństwie jest zaufanie, a nie twierdzenie, że „Bóg istnieje”. Dla ludzi sprzed czasów oświecenia twierdzenie „Bóg nie istnieje” było bezsensowne, a religia, teologia i metafizyka były głównymi nurtami zainteresowania naukowego. Uznanie się przez człowieka za stworzenie duchowe w owych czasach – bez względu na to, czy u podstaw światopoglądu leżał panteizm czy teizm – było aksjomatem i tylko sporadycznie próbowano temu aksjomatowi się sprzeciwiać. Dopiero nowoczesny materializm oraz redukcjonizm ontologiczny (poznawczy) mogły utorować drogę ateizmowi w dzisiejszym znaczeniu tego słowa.

Dlatego kiedy chrześcijanin mówi: „uwierz”, w istocie ma na myśli tyle samo, co „zaufaj”, a twierdzenie „wierzę w Boga” w istocie jest tożsame z „ufam Bogu”. Oczywiście nie sposób zaufać komuś, w czyje istnienie się powątpiewa. Analogicznie akt zaufania (czyli wiary) w sposób naturalny oznacza, że się pokłada w obiekcie zaufania nadzieję. Natomiast nie da się przecież ufać komuś, kogo się podejrzewa o brak życzliwości – czyli życzenia mi dobra. A jeśli zrozumiemy przy tym, że życzenie komuś dobra jest właśnie miłością, a czynne wsparcie tego życzenia dobra jest miłosierdziem – nie powinno wtedy być problemu z uświadomieniem sobie, że akt zaufania (wiary) jest nieodzownie związany z miłością i nadzieją. Oczywiście, miłość musi w tej trójcy przodować – bo bez niej nie jest możliwe zaufanie, a bez wiary istnienie nadziei nie ma podstaw. Stąd miłość jest największa z trzech kardynalnych cnót miłości, wiary i nadziei – przy czym kolejność w tym przypadku ma znaczenie. Miłość jest źródłem wiary, a wiara jest źródłem nadziei. Właśnie dlatego św. Paweł ostatecznie napisał: „Teraz ważne są trzy rzeczy: wiara, nadzieja, miłość. A z nich największa jest miłość” (1 List do Koryntian, 13:13).



14.01.2018 r.

Jako chrześcijanie cały nasz wewnętrzny wysiłek koncentrujemy częstokrotnie na tym, by czegoś NIE ROBIĆ. Patrzymy zwykle na katalog grzechów, jak na przykład „nie kradnij”, „nie zabijaj”, „nie cudzołóż” i mówimy wtedy z ulgą: „uf, jest dobrze, przecież ja tego nie robiłem(am)”.

Tym czasem istotą chrześcijaństwa jest aktywna postawa miłości, zwana miłosierdziem. Pamiętacie obraz sądu ostatecznego w Ewangelii od św. Mateusza o oddzieleniu owiec od kozłów? Względem grzeszników padają tam następujące słowa Pana: „[…] Zaprawdę powiadam wam: Czegoście nie zrobili dla jednego z tych najmniejszych, nie zrobiliście dla Mnie. I pójdą ci na mękę wieczną […]” (Mt 25:45-46). Z powyższego wynika, że będziemy sądzeni przede wszystkim za to, czego nie zrobiliśmy, a nie za to, co zrobiliśmy. Dlatego postawa chrześcijanina powinna się sprowadzać do tego, by właśnie pewne rzeczy ROBIĆ. Niech strach popełnienia błędów, których przy aktywnej postawie nie da się uniknąć, nie powstrzymuje nas od aktywnego czynienia dobra.

Zbyt dużo mamy do stracenia, nie robiąc nic; zbyt dużo do nabycia, robiąc cokolwiek. Wcale nie wystarczy przeżyć życie będąc jedynie przyzwoitym człowiekiem. Jak to ujął G. K. Chesterton: „[…] sam fakt, że człowiek chodzi do kościoła i zachowuje zwyczajną przyzwoitość wcale zbawienia nie zapewnia” (G.K. Chesterton, „Obrona Rozumu”). Analogicznie św. Jakub pisze: „Pokaż mi twoją wiarę bez uczynków, a ja z uczynków moich pokażę ci wiarę. Ty wierzysz, że Bóg jest jeden? – Dobrze czynisz; ale demony też wierzą i drżą. […] Jak bowiem ciało bez ducha jest martwe, tak też martwa jest wiara bez uczynków” (Jkb, 2:18-19, 26).

Wskrześmy w sobie aktywną postawę miłosierdzia. Życzę nam wszystkim, by na końcu życia mogliśmy pokazać naszą wiarę utkaną z wielu dokonanych uczynków. Zapomnijmy o byciu przyzwoitym: czas na bycie kimś znacznie więcej.


27.12.2017 r.

Materialistyczni ateiści twierdzą, że wiara jest irracjonalna. Jednak wiara jest przecież tylko nadawaniem dużego prawdopodobieństwa prawdziwości twierdzenia w warunkach braku wystarczającej wiedzy. Robimy to codziennie w sposób w pełni racjonalny przez wiele razy. Przykładowo, wyglądając rano przez okno i patrząc na zachmurzone niebo, określając przy tym duże prawdopodobieństwo opadów, zabieramy przecież na dwór ze sobą parasol. Czy mamy w tym momencie wiedzę, że będzie padać? Nie mamy takiej wiedzy. Na podstawie pewnych znaków i doświadczenia - wierzymy jednak, że tak raczej będzie; jest to po prostu wysoce prawdopodobne. Czy takie postępowanie jest irracjonalne? A może to materialistyczny ateizm jest zaprzeczającą samą siebie irracjonalnością?


25.12.2017 r.

Czy istnieje na świecie osoba, która potrafi zdefiniować pojęcie słowa bez odwoływania się do słów? Albo określić czym jest wyraz matematyczny, nie odwołując się do wyrazu matematycznego? Albo określić czym jest sens przy pomocy bezsensu? Natomiast ateiści uparcie usiłują znaleźć dowody na istnienie Boga bez odwoływania się do Boga. No cóż... Mimo wszystko życzę im powodzenia! :)


28.12.2015 r.
Moralność nie może być subiektywna. Gdyby tak było, nie byłoby potrzeby o niej mówić (bo po co, skoro każdy miałby swoje własne poczucie moralności?). Poza tym odnoszę trudne do odparcia wrażenie, że moda na subiektywną moralność przede wszystkim ma na celu minimalizację bólu i cierpienia. Dążenie do prawdy wymaga podjęcia wysiłku (czasami sprężonego z bólem), natomiast współcześnie co raz powszechniej zaczyna się uważać, że prawda ma mniejsze znaczenie, niż cierpienie. Osoby głoszące takie tezy popadają w prymitywny konformizm, a sama pozycja przypomina pozycję małych, wrednych dzieci, którzy uważają, że jakikolwiek ból jest zły i należy go za wszelką cenę unikać, a jakikolwiek komfort jest dobry i należy go za wszelką cenę maksymalizować. Gdyby tak myślano od zarania dziejów, człowiek nigdy nie stanąłby na Księżycu.